O znieczulicę trudno, każda śmierć zostawia ślad w psychice
Męski świat

O znieczulicę trudno, każda śmierć zostawia ślad w psychice

– Po śmierci pacjenta mam kryzys. Zawsze. Śmierć nie powszednieje, obrazy pozostają. Mówi się o znieczulicy, ale o nią trudno, jedynie chcemy, żeby ona była. Każda śmierć ma na nas wpływ, wcześniej czy później do nas wraca. Pracuję osiem lat, prawie codziennie walczymy o życie pacjentów, w mniejszym lub większym stopniu, ale jednak. Ślady w psychice pozostają na zawsze.

Zapraszamy do świata Moniki Piątczak, pielęgniarki ratownictwa medycznego. Świata, w którym za śmieszne pieniądze, bez pomocy psychologicznej, ponad 300 godzin miesięcznie walczy się o życie pacjentów. Często po cichu, bo nierzadko liczy się przede wszystkim to, żeby utrzymać na duchu osobę, która przyjeżdża ze świadomością, że już ze szpitala nie wyjdzie.

Rozmawiamy nie tylko o blaskach i cieniach często wycieńczającego szpitalnego życia, ale również – między innymi – o rozwodzie i ułożeniu sobie wszystkiego od nowa, byle tylko wyrwać się ze schematu normalności. O rzuceniu dobrze płatnej pracy, by spełniać się w zawodzie za 600 złotych miesięcznie, czy wyjazdach do Afryki, dzięki którym można docenić zwykłą codzienność. Zapraszamy.

*

– Domyślam się, że wszyscy będziemy mieć za chwilę wrzody, nie daj Bóg, żeby nie doszło do wycieńczenia czy gorszych spraw, bo ten zawód musi się na nas odbić.

*

Chyba nigdy nie rzuciłaby tej pracy. Mimo wszystko.

Mimo że nierzadko myśli pani: „Koniec. To jest ostatni dzień. Składam wymówienie, więcej tam nie pójdę”, gdy na sali umiera pacjent?

Mimo wszystko.

Oczywiście, konflikty są, tak samo jak przeciążenia. „Kurczę, mam tego dość, jestem zmęczona” – myślę. Nie powiem, że nie, jednak nie wyobrażam sobie, by tę pracę rzucić.

Po śmierci pacjenta mam kryzys. Zawsze. Walczę sama ze sobą. Dlaczego? Nie ma śmierci, która jest bez znaczenia. Nieważne czy pracujesz pięć, czy dziesięć lat – w obliczu śmierci człowiek nie jest w stanie działać mechanicznie. Podejście na zasadzie: walczymy, pacjent umiera, trudno, przychodzi następny, powtarzamy operację, jest niemożliwe, nie ma takiej opcji.

Kiedy wchodzimy w działanie, kiedy wykonujemy procedury, musimy robić to mechanicznie. Ale tylko wtedy. Po pracy wszystko wraca ze zdwojoną siłą. Każdy człowiek czuje emocje, musi odreagować. Zawsze ciągamy to do domu. Kiedy spotykam się ze znajomymi, zakładam sobie, że nie będę rozmawiała o medycynie. I wiesz co? I nie ma bata, żeby założenie zrealizować. I tak opowiadam o emocjach, i tak wyrzucam z siebie to, co czuję. Mimo wszystko to dobre. Komuś wygadać się trzeba, a przecież nie mamy zapewnionej pomocy psychologów. Osób, które – wydaje mi się – powinny przy nas być, tym bardziej, że ze śmiercią mamy kontakt regularny, nierzadko codzienny.

Na zachodzie to naturalna sprawa.

Właśnie. Wielka bolączka, bo sami widzimy, że to potrzebne. Chodzimy na własną rękę i rozmawiamy. Dlaczego wielu z nas – z szeroko pojętej medycyny, od ratowników po pielęgniarki – poszło na dodatkowe studia i uczelnie psychologiczne? Wiemy, że musimy pomagać sobie samemu, skoro pomocy psychologicznej nie mamy zapewnionej z góry.

Choć wiadomo, sami siebie do końca nie zaobserwujemy, to działanie potrzebne, ale – siłą rzeczy – prozaiczne. A jak jeszcze, oprócz studiów, mamy na głowie kolejne obowiązki? Rodzina i główna praca to jedno, prawda jest taka, że większość z nas robi coś dodatkowo. Żyjemy w pędzie. Pracuję na etacie w Śląskim Centrum Chorób Serca na oddziale transplantologii serc, oprócz tego mam dyżury na izbie przyjęć, do tego szkolenia medyczne. Dyżury są 12-godzinne, na etacie wychodzi około 160 godzin miesięcznie, plus druga praca w innym szpitalu. 300 godzin miesięcznie to zazwyczaj minimum.

To się siłą rzeczy musi odbić na tym, co robimy. Niedospanie, całodobowe dyżury, rozbity rytm dnia. Gdy jesteśmy w pracy, wpadamy w trans. Nie ma mowy o odpuszczaniu, robimy wszystko najlepiej jak potrafimy, ale zmęczone ciało nierzadko ogranicza. To oczywiste, ale tak wyglądają nasza praca, innej drogi niż pracy za dwóch nie ma.

Pani korzystała z pomocy psychologa?

Tak, nie będę ukrywała. Mam na tyle dobrą sytuację, że dwie moje przyjaciółki są psychologami. Komfort. Nieważne, która godzina – gdy mam potrzebę, to sięgam po słuchawkę i dzwonię. Ale pamiętajmy, że taka sytuacja do przywilej, szczęście. Większość ludzi związanych z szeroko pojętą medycyną musi radzić sobie samemu.

Na co dzień mierzymy się ze śmiercią, która może zostawiać ślady w psychice, więc taka pomoc byłaby wskazana. Przecież żadna śmierć nie jest nam obojętna, zresztą – zdarzają się pacjenci, o których nie zapomnimy nigdy.

Kiedy się do jakiegoś pacjenta przywiązujemy, rozmawiamy z nim, wspieramy w walce z chorobą, a on w końcu nie daje rady i odchodzi, czujemy, jakby umarł ktoś z naszych bliskich. Z niektórymi spędzamy kwadrans, z innymi – trzy godziny. Nierzadko zdarzają się pacjenci, którzy wracają. Tworzy się więź. Nie ma opcji, żeby przechodzić obojętnie wobec wszystkich, a w moim przypadku nawet wobec kogokolwiek.

To jest trudne, może nawet w jakimś sensie wyniszczające, ale taka praca. Praca, którą kocham.

Jaki był pani najbardziej pamiętny pacjent?

Trudno powiedzieć o jednym, takich pacjentów było wielu. Zwłaszcza kiedy zaczęłam pracę na transplantologii.

Chirurdzy nierzadko mówią, że to najtrudniejsza z dziedzin współczesnej medycyny.

Widzimy się z osobami, które zostały zakwalifikowane do przeszczepu. Co jakiś czas przyjeżdżają, w międzyczasie poznajemy się. Bo nie zawsze jesteśmy tylko pielęgniarkami, równie często koleżankami z korytarza. Śmiech, luźne rozmowy – chcemy, by pacjenci czuli się swobodnie. Zbliżamy się do nich, a oni zbliżają się do nas.

Moment, w którym przyjeżdżają na przeszczep, jest dla nich bardzo mocnym przeżyciem, doznaniem. Zdają sobie sprawę, że to może być ostatni dzień ich życia. Nigdy nie wiadomo, czy wszystko będzie dobrze. Czy będzie serce, czy zacznie bić.

Generalnie, śmiech śmiechem, ale mocnych rozmów nie brakuje. O życiu, o rodzinie, o tym, jak się czują. I kiedy takie osoby ostatecznie umierają, czujemy się fatalnie. Może w jakimś sensie umiera cząstka nas?

Przyznawała pani, że na oddziale o życie walczy się niemal codziennie.

Walka o życie odbywa się codziennie, ale w różnym wydaniu. Nie popadajmy w skrajność – nie jest tak, że codziennie mamy do czynienia z rozróbami, laniem krwi, jak nierzadko jest to przedstawiane w mediach. Czasami walczymy po cichu. Pilnujemy parametrów, obserwujemy, jak dana osoba wygląda, zmieniamy podaż leków, czy po prostu podtrzymujemy pacjenta na duchu.

Mamy wielu pacjentów na transplantologii. Jednym udaje się wyjść z operacji cało, u drugich niewydolność powiększa się krok po kroku. Tak naprawdę idą w kierunku śmierci i też mają tego świadomość.

Więc zgadza się, walka o życie jest. W większym lub mniejszym stopniu, ale jest praktycznie codziennie.

Zdarzają się pacjenci, po których na starcie widać, że są nie do odratowania?

Niestety tak. Gdy ktoś pyta, jak się względem takich osób zachowywać, odpowiadam, że normalnie. Wiem, że człowiek jest nie do odratowania, ale zostawiam tę myśl z boku. Rozmawiamy o tym, co ci ludzie robią w życiu, kim są, o rodzinie i marzeniach. Do tego żarty. Dużo żartów, żeby odwrócić uwagę pacjenta od tego, że wszystko idzie w jednym, nieodwracalnym kierunku.

To nie jest łatwe. Człowiek zaczyna myśleć: „Kurczę, a gdyby to był mój koniec?”. Przygnębiające przemyślenia, albo bardziej chwilowy przystanek w życiu, który prowadzi do zastanowienia się i podsumowania – co mam teraz, w jakim miejscu jestem, co jeszcze chciałabym zrobić.

Generalnie, ludzie mają tak po śmierci bliskiej osoby. U pani takie zjawisko występuje co chwilę.

Owszem. Co chwilę myślę o tym samym, co chwilę – jakkolwiek spojrzeć – podsumowuję swoje życie, myślę o przyszłości. Wydaje mi się, że dzięki temu bardziej świadomie podchodzę do życia. Każdą chwilę wyciskam jak cytrynę. Nie potrafię odpoczywać. Wiem, że to nie jest do końca dobre, ale mój odpoczynek polega na tym, że działam. Spotykam się ze znajomymi, wychodzę z dziećmi, biegam, jadę w góry.

Kontakt z pacjentami, dla których dni w szpitalu są ostatnimi chwilami życia, daje dużo do myślenia. Za pięć minut mogę umrzeć, więc muszę korzystać z wszystkiego, co daje życie. Wiem, że to trochę filozoficzne, proste, może nawet oczywiste, ale kurde – taka jest prawda.

Generalnie, tak samo boli śmierć pacjenta, który od początku nie jest do odratowania, jak i takiego, któremu nie udaje się operacja, który odchodzi nagle. Jak masz pacjenta i widzisz, że idzie on w jedną stronę, czujesz bezradność. Najgorsze jest właśnie poczucie bezradności. Ale z drugiej strony – jak walczysz o pacjenta, widzisz, że wszystko idzie dobrze, a on nagle umiera, to też jest straszne. „Tyle zrobiliśmy, wszystko było dobrze, dlaczego?”…

A i tak najgorszy jest widok umierających dzieci.

Spójrz na spoty reklamowe, zbiorki pieniężne. Przedstawia się dzieciaki, bo najbardziej wrażliwi jesteśmy na młodych. Od kilku lat nie pracuję przy dzieciach i już bym nie poszła. Nie byłabym w stanie. Tym bardziej że mam własne dzieci, byłoby mi jeszcze trudniej. Wolę świadomie zdecydować, żeby pracować z dorosłymi.

Najczęstszy kontakt z dziećmi mam, gdy wyjeżdżam do Afryki. Widzę biedne dzieciaczki, z ranami i wielkim wysiłkiem jest to, żeby nie ulec emocjom. Taki widok łapie za serce. Zdarza się, że sytuacje są bardzo trudne, że dzieci umierają na naszych oczach. Później idę w kąt i płaczę. Inaczej się nie da, emocje trzeba wyładować. I to nie tylko w Afryce – zdarzają się sytuację, że trzeba nalać sobie kieliszek whiskey, albo pobuczeć w kącie. Naturalna sprawa.

Niektórzy przyznają, że występuje u nich znieczulica. Że śmierć na oddziale powszednieje. Pani pracuje osiem lat i przeżywa każde odejście pacjenta.

Wiesz co, chyba tak nie ma, że śmierć powszednieje. Jedynie chcemy, żeby tak było. Każdego się zapamiętuje – jednego bardziej, drugiego mniej. Jasne, staramy się wypierać pewne sytuacje z pamięci, żeby funkcjonować, ale obrazy zostają. Więc siła wyparcia jak najbardziej, ale znieczulica, kompletna obojętność? Każda śmierć ma na nas wpływ, wcześniej czy później do nas wraca.

Śmierć nie powszednieje, nie ma takiej opcji. Pracuję osiem lat, prawie codziennie walczymy o życie pacjentów, w mniejszym lub większym stopniu, ale jednak. Ślady pozostają.

Do tej walki da się w jakiś sposób przygotować?

Lata praktyki i profesjonalne podejście, tylko i wyłącznie. Tak naprawdę nie da się przygotować do tego, żeby w pełni ogarnąć daną sytuację mentalnie. Najważniejsze jest wejście w inną skorupę, w pewnym sensie odłączenie się od otaczającego nas świata. Od innych bodźców, bo wtedy skupiamy się tylko i wyłącznie na pacjencie.

Jeżeli się rozkleimy, nie będzie nikogo, kto pomoże. Trzeba zacisnąć zęby. Zauważyłam u siebie, koledzy i koleżanki również zwracają na to uwagę, że z im bardziej krytyczną sytuacją mamy do czynienia, tym mocniej wchodzimy w fazę spokoju i opanowania. Cykl analiz i procedur, które trzeba – za wszelką cenę – wykonać.

Co innego później. Zrzucamy z siebie cały ciężar, gdy trafia się chwila przerwy, albo kiedy wracamy do domu. Zaczynamy analizować, emocje przychodzą. To jest praca pod olbrzymią presją i odpowiedzialnością, pod prądem musisz być cały czas.

Zobacz – skończyliśmy operację, ogarnęliśmy oddział. Teoretycznie mamy przerwę, kilka minut żeby usiąść i spokojnie wypić kawę. Odpocząć. Jedna sprawa, że to tylko kilka minut, druga – i tak zdarza się, że za chwile się zrywamy. Bo musimy. Bo ktoś zawołał, bo coś się dzieje. Czujka cały czas.

8

Da się do tego przyzwyczaić, czy siłą rzeczy jest to praca destrukcyjna?

Praca odbija się na niewyspaniu i stanie zdrowia. Odwodnione organizmy są popularnym zjawiskiem, problemy z wątrobą i żołądkiem również. Nie dobierzemy odpowiednich leków, nie skonsultujemy się ze specjalistą, bo oczywiście jesteśmy mądrymi medykami i damy radę. No nie, nie zawsze. Co gorsza – nierzadko wpadamy w taki trans, że objawy pojawiają się u nas późno.

Jeszcze jedno – przynosimy stres do domu. Wchodzimy do mieszkania i przeszkadzają nam zwykłe rzeczy. Źle postawiona szklanka, nieumyte naczynie. Pierdoły.

Pani miała takie sytuacje?

Mam problemy z piciem. Na dyżurze zapominam, żeby dbać o nawodnienie. Kolejną sprawą jest żołądek – nie dość, że czasami jemy to, co jest pod ręką, czyli śmieciowe jedzenie, to jeszcze na szybko, bo musimy pędzić. Różne godziny zmian nie pomagają. Przykład ostatniego dyżuru. 23:00, jakkolwiek spojrzeć, jeść się już raczej nie powinno. Ale byliśmy głodni, zachciało nam się pizzy. Dobre jedzenie, szybkie, ciepłe. Czasami przeginamy, ale przeginać musimy. Nie mamy wyjścia. Możesz przygotowywać jedzenie, jasne, ale wypadnie ci druga czy trzecia nocka z rzędu i nie będziesz miał siły, by cokolwiek zrobić samemu.

Jest jakiś dyżur, który pamięta pani do dziś?

W głowie mam momentu wycinane z wielu dyżurów. Generalnie, staram się jak najszybciej zapominać, nie żyć dyżurami, bo w pewnym momencie wszystko zaszło za daleko. Oczywistą sprawą jest to, że wracając do domu, trudno kompletnie odciąć się wydarzeń z pracy. Ale żeby odrabiać lekcje z dziećmi i zamartwiać się tym, co dzieje się z pacjentami? Ktoś powie – empatia, rzecz naturalna, ludzka. Ja powiem, że to coś nie do końca dobrego, może nie coś wyniszczającego, ale właśnie nie do końca dobrego. Idzie popaść w przesadę, dlaczego trzeba uważać. Pytanie – jak?

No właśnie. Jak?

Szczerze mówiąc, nie wiem.

Ja sobie zdaję sprawę, że całego świata nie zbawię. Że zamartwianie się i myślenie w domu o tym, co dzieje się z pacjentami nie jest dobre. Ale inaczej nie potrafię.

Nie da się wyjść, trzasnąć drzwiami i zostawić wszystko za sobą.

Z tego co wiem, taki myk nie udaje się nikomu. Skąd to się bierze? Trochę z pasji, trochę z tego, jaka jest specyfika naszego zawodu. Mam wielu znajomych bardzo wkręconych w to co robią, a jak robisz coś, na czym ci zależy, siłą rzeczy myślisz o tym również po godzinach. Zresztą, za bardzo mamy ludzkie życie na ręku, żeby przejść obok niego obojętnie.

W krytycznych sytuacjach zawsze zachowuje pani spokój?

Chyba się już tego nauczyłam.

Początki był trudne?

Miałam świetnych nauczycieli, starszych kolegów ratowników. Chodziłam na wiele kursów, na których opanowanie było najważniejszą rzeczą. Im więcej chaosu, tym więcej błędów.

Generalnie, pielęgniarką zostałam z przypadku. Nienawidziłam pobierania krwi, jako dziecko ta perspektywa była dla mnie tragedią. Później chciałam iść na resocjalizacje, ale z powodu różnych sytuacji życiowych okazało się, że nie mogę pójść do szkoły, do której się dostałam. Mieszkałam w Częstochowie, a ostatnia szkoła, która w tamtym dniu przyjmowała dokumenty to było studium pielęgniarskie. Chciałam nawet złożyć dokumenty na budowlankę, byle przetrwać rok, byle nie iść na pielęgniarstwo. Ale tylko tam można było składać, więc zrobiłam to. Okazało się, że moja klasa – całe 30 osób – to byli ludzie z przypadku, którzy chcieli iść gdzieś indziej. I z tych 30 osób dziś w zawodzie pracuje około 20. Przypadek, ale strzał w dziesiątkę.

To zawód, do którego trzeba mieć powołanie?

Do każdego zawodu, w którym mamy kontakt z ludźmi, trzeba mieć powołanie. Zdarzają się osoby, po których widać, że go nie mają i tylko odwalają swój etat. To straszne, bo tak być nie powinno. To działanie na szkodę pacjentów.

Pytam o powołanie dlatego, że jest to zawód, gdzie raczej dla pieniędzy się nie pójdzie, skoro nawet ratownik medyczny za około 80 interwencji w miesiącu dostaje 2240 zł. Średnio 14 zł netto na godzinę.

Fajnie byłoby, gdybyśmy zarabiali więcej przede wszystkim dlatego, że nie musielibyśmy dorabiać. W pielęgniarstwie pracuję z pasji, drugi etat – dodatkowe dyżury, kontrakty – robię po to, żeby wyżywić rodzinę. Tak jak każdy. Ceny idą do góry, musimy pracować. A że robimy to co lubimy, to dokładamy sobie obowiązków i ciągniemy w tym samym zawodzie, choć oczywiście nie wszyscy.

Problem w tym, że to zawód, w którym trzeba być w pełni skoncentrowanym. A tu dochodzi druga praca, przemęczenie.

Trzeba działać automatycznie. Nie każdy tak potrafi, tym bardziej na początku, ale generalnie to trudna sprawa. Stresująca. Domyślam się, że wszyscy będziemy mieć za chwilę wrzody, nie daj Bóg, żeby nie doszło do wycieńczenia czy gorszych spraw. Pielęgniarstwo czy ratownictwo, generalnie medycyna, to praca, w której musisz być cały czas po prądem. Nieważne, czy jest środek dnia czy druga w nocy. Masz przerwę, ale dzieje się coś ważnego, więc zrywasz się i pędzisz. Musisz zacząć działać i myśleć. To nie jest proste, bo każdy błąd może kosztować ludzkie życie. A jak jesteś przepracowany, o błąd łatwiej. Pracujesz 12 godzin w jednej pracy, po jakimś czasie lecisz do drugiej, gdzieś w międzyczasie się zdrzemniesz, ale zaraz ktoś wyrwie cię, bo zdarzy się krytyczna sytuacja. I tak w kółko. Z jednej strony działasz jak w transie, z drugiej – organizm się odzywa.

Nie, to nie jest dobre.

Pielęgniarstwo to niewdzięczny zawód? Nierzadko pacjent, pełny bólu i goryczy, że trafiło na niego, odreagowuje. Na pielęgniarkach chyba najłatwiej.

Chyba najłatwiej, fakt. Wiele razy słyszymy, jakie to nie jesteśmy. Lecą wyzwiska, nawet podniesione ręce. Zdarza się, że ludzie obwiniają nas o wszystko, bo nie każdy pacjent rozumie, jak wygląda nasza praca. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to, iż muszą poczekać trochę dłużej, to nie nasza wina.

„Przepraszam bardzo, ale to nie jest Zielona Góra” – mówimy praktycznie co chwilę. Szpital nie wygląda tak jak w serialach, że osoba wchodzi, a po dziesięciu minutach otrzymuje wszystkie wyniki badań. Zbieranie danych i leczenie trwa godzinami. Opisy, wchłanianie leków, kontrolne badania. A co widzi pacjent? Pielęgniarki albo lekarzy siedzących i pijących kawę. Ktoś wpada oburzony, że on tutaj czeka godzinami, a my sobie rozmawiamy. Tak, rozmawiamy. Przez trzy minuty, między jedną operacją a drugą, między jedną stresującą sytuacją a drugą.

Albo ktoś siedzi przez trzy godziny z jedną malutką kroplówką, która wolno kapie. „Nie można tego szybciej?!” – krzyczy. No nie można, bo potas spaliłby żyłę. Nikt nie robi niczego na złość, do tego zawsze mamy kilku pacjentów naraz, część narzekających, więc trzeba zachować spokój, by nie zwariować.

Zdarza się, że czuje pani w pracy bezradność?

Są takie momenty, ale wtedy staram się zrobić cokolwiek. Jeżeli medycyna jest bezsilna, to można chociaż postać i porozmawiać z umierającą osobą. Potrzymać ją za rękę. Chociaż tyle. Choć oczywiście, czasami sytuacje są tak drastyczne, że trzeba wyjść i porozmawiać z kimś innym, bo naprawdę nie można nic zrobić.

Pracuję w placówce, do której przyjeżdżają „zrzutki”. To brzydkie określenie, generalnie chodzi o osoby, które podrzucają nam inne szpitale. Kiedy specyfikacja szpitala nie pozwala na wdrożenie specjalistycznego leczenia, albo inne oddziały nie mają pomysłu, to zsyłają pacjenta do nas, do Zabrza. Mamy lepszy sprzęt, więcej możliwości wykonywania bardzo specjalistycznych procedur. Próbujemy zrobić cokolwiek, ale to bardzo trudne.

Potrafiłaby pani przekazywać rodzinie osoby zmarłej informację o śmierci?

Zgodnie z procedurami, jako pielęgniarki, nie możemy tego robić. To zadanie lekarzy, ale wiadomo – są sytuacje, że rodzina po rozmowie z lekarzem podchodzi do nas. Rozmowa może nie jest tak trudna jak za pierwszym razem, kiedy informację przekazuje lekarz, ale i tak piekielnie ciężka. Rodziny reagują różnie. Płaczą, krzyczą, mają pretensje, albo wszystko rozumieją. Nigdy nie wiadomo, co powiedzieć, jak rodzina zareaguje.

Na izbę przyjęć nierzadko trafiają pacjenci w stanie agonalnym. Nie da się nic zrobić. Trzeba poinformować rodzinę, że to są prawdopodobnie ostatnie godziny, minuty tego człowieka. Wtedy staramy się przenieść innych pacjentów do innych pomieszczeń i przekazujemy, że to czas na pożegnanie.

Zawsze mam ciary. Zrozumienie, że skończyła się nadzieja musi być cholernie dołujące. Bo jak czekasz, to zawsze masz nadzieje. Nawet na cud. A gdy idziesz zobaczyć się z kimś po raz ostatni, wszystko w tobie siada. Stop, już nic więcej nie wymyślimy, koniec.

7

Co jest najtrudniejsze w pani pracy?

Bezsilność, gdy nie możemy czegoś zrobić, bo ogranicza nas sprzęt. Wiadomo, nie da się tego zmienić, ale gdzieś z tyłu głowy mamy świadomość, że gdyby sprzęt był lepszy, być może pacjent by żył. Ale tak ten świat jest skonstruowany, że – niestety – wszystko kosztuje.

Wcześniej pytałem o powołanie, bo zanim została pani pielęgniarką, pracowała pani w firmie marketingowej i zarabiała dobre pieniądze. Rzuciła pani pracę, by dostawać 600 złotych miesięcznie. Mając małe dziecko.

Praca była fajna, niezbyt wymagająca fizycznie i nieobciążająca po powrocie do domu. Solidna stawka, ale gdy przypadkowo trafiłam do szkoły, o której wspominałam, to zawsze ciągnęło mnie do szpitala. Dziś nie wyobrażam sobie, żebym mogła robić coś innego.

Jak przeżyć za 600 złotych?

To dość szybko wzrosło, ale wówczas takie był stawki. Co ciekawe, nie miałam wielkich oszczędności, bo byłam świeżo po ślubie. Zaczynałam budować rodzinę. Oczywiście, pomagali rodzice, dało się wszystko ogarnąć. Potem dodatkowa praca w poradni.

Nie potrafię zliczyć jak wiele pojawiło się głosów typu: „No i po co ci to było? Miałaś dobrą pracę, dużą kasę”. Zawsze odpowiadałam, że to po prostu nie było dla mnie. Do tej pory nie wszyscy mnie rozumieją. Przecież tak wiele rzeczy można byłoby robić za tę samą kasę albo większą, ale byłyby to rzeczy mniej męczące, mniej uciążliwe. Prawda, ale uwielbiam to, co robię.

To był pierwszy raz, kiedy tak naprawdę mocniej postawiłam na swoim. W dzieciństwie byłam spokojna, zazdrościłam tym, którzy wydawali się bardziej przebojowi. To był bardzo ważny krok w moim życiu, który sprawił, że jestem tu, gdzie jestem.

W związku z tym wzięła pani rozwód?

Tak. Czułam się ograniczana przez normalsowe podejście. Nie chciałam żyć w świecie, w którym do szczęścia wystarczy tylko i wyłącznie spełnianie się w rodzinie. Wiedziałam, że muszę robić coś więcej. Oczywiście, rozwód spowodowały różne rzeczy, ale ta irytacja miała spory wpływ na to, co zrobiłam. Chciałam od życia więcej .

Wybudowaliśmy dom, dwa tygodnie później mnie już w nim nie było. W pewnym momencie obudziłam się i stwierdziłam, że nie jestem w stanie tak żyć. Koniec, teraz, w tym momencie. Naprawdę – decyzja dojrzewała we mnie długo, ale podjęłam ją w ułamku sekundy.

Co musiało się stać, że zdecydowała się pani na tak odważny krok?

Takie momenty chyba często przychodzą. Myślisz, rozważasz wszystkie za i przeciw, analizujesz. To trwa jakiś czas, w pewnym momencie nawet nie musi dojść do punktu zapalnego. Po prostu wstajesz i podejmujesz decyzję.

Decyzję, którą wszyscy komentują. No bo spójrzmy: teoretycznie miałam wszystko. Teoretycznie, patrząc z boku. Wiele osób się ode mnie po prostu odwróciło, krytykując mój wybór. Ale poczułam, że robię dobrze, choć cholernie bałam się, że nie wyjdzie. Zostałam bez niczego. Wzięłam dwójkę dzieci, przeprowadziłam się do innego miasta. Bez pracy, bez pewności, dopiero złożyłam dokumenty. Wyklarowały się trzy osoby, które mnie wspierały. Prawdziwi przyjaciele. Swoją drogą, takie sytuacje są weryfikujące, bo wiele osób się ode mnie odwróciło. Nie każdy zrozumiał to, co zrobiłam.

Wiesz, co ta pokazuje? Nie chcę nikogo oskarżać, bo każdy ma swoje podejście. Jednak widać, że gdy ktoś spotyka osoby, które wyrywają się ze schematu i robią coś innego, to – podświadomie czy nie – odsuwa się od nich, by nie pokazywały mu one tego, co ma w swoim życiu niewygodnego. Większość ludzi jest przystosowana do życia schematycznego, mało kto stara się te schematy łamać. Najgorsze jest to, gdy ludzie zamykają się w sobie, poddają się i nie chcą robić nic ambitnego. Bo myślą sobie, że są z małego miasta i nic nie osiągną, czy po prostu nie wierzą w siebie. A to bzdura, bo wystarczy tylko chcieć.

Nie mówię, że jestem nie wiadomo kim, ale żeby robić to, co robię, musiałam mieć masę odwagi. Musiałam złamać schemat.

Nie żałuje pani decyzji, którą podjęła?

Nie żałuję żadnej trudnej sytuacji. Pojawiało się wiele trudności, padałam na kolana, znajomi śmieją się, że tak pod górkę jak ja nie ma chyba nikt. Jednak zauważyłam, że im bardziej trudna sytuacja, tym łatwiej z niej wyjść. Jeżeli chcesz, rozwiązanie się pojawi. Mieszkałam z dwójką dzieci w malutkim, wynajmowanym mieszkaniu. Trzeba było cierpliwości i ciężkiej pracy. Przeczekałam, dziś mam własne mieszkanie i samochód, który jest całkiem solidny. Wiedziałam, na co pracuję i udało się.

Dzięki niezależności poczułam się wolna.

Pomagały pani zagraniczne wyjazdy?

Zdecydowanie. Współpracujemy z Fundacją Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Dzięki wyjazdom zyskuję siebie. To niesamowite przeżycia, doświadczanie siebie samego. Kocham Afrykę, żałuję, że teraz nie pojadę, bo jest organizowany wyjazd do Ugandy, ale jadą inne osoby zespołu ratunkowego. Zostaję dla dzieci, szkoleń i przyjaciółki, z którą mam plany wakacyjne.

Wyjazdy nauczyły mnie patrzenia na siebie przez pryzmat innych ludzi. Zwracanie uwagi na to, jak wygląda życie w innych krajach, ma wpływ na to, jak patrzymy na codzienność po powrocie do domu. Brak prądu, brak jedzenia, przekraczanie granic fizyczności. To jest coś niesamowitego.

Podczas pierwszego wyjazdu do Afryki, do Sudanu Południowego, nie mieliśmy prądu. Zorganizowaliśmy go po tygodniu, na godzinę dziennie, bo tylko na tyle było nas stać. Żyliśmy bez stałego dostępu do wody, pojawiały się problemy z kąpielą. Cieszyły mnie najmniejsze rzeczy – spadł deszcz, czułam się szczęśliwa, bo wiedziałam, że będę mogła wziąć prysznic. U nas wkładamy wtyczkę do kontaktu czy idziemy do łazienki i to co chcemy jest zawsze. A co będzie, jak zabraknie wody i prądu? Jak nie ma ciepłej wody czy światła przez godzinę, to jest tragedia. Czasami myślę, że gdyby stało się coś poważnego, ludzie byliby sparaliżowani.

Co pani najbardziej imponuje w Afryce?

Radość z życia, bardzo pozytywne podejście tamtejszej ludności. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi. Prowadzę zajęcia, a oni się śmieją. „Co jest? Zero szacunku do instruktora!” – myślałam. A to nie tak. Oni cieszyli się z każdego dnia – że żyją, że są ubrani, że mają co jeść. Celebrowali codzienność. Pojechaliśmy do Sudanu po 50 latach wojny. Każda chwila stanowiła niepewność, cieszyli się momentami spokoju, bo nie wiedzieli, czy za chwilę ktoś z ich rodziny nie zginie.

Byliśmy na szkoleniach strażackich w Kenii. Ludzie chłoną wiedzę, a gdy jest przerwa, to nie sięgają po telefony jak u nas, tylko siadają razem i rozmawiają, śmieją się. Interakcja między ludźmi, coś, co u nas jest coraz rzadsze.

6 4 5

Jeździmy w rejony, w których ludzie są biedni. Ot, czasami ktoś ma „śnieżący telewizor” i cieszy się, jakby był milionerem. Piękna sprawa, bo ludzie doceniają małe rzeczy. My, w przeszłości, też tacy byliśmy, dziś chyba nie wszyscy potrafią docenić to, co mają. Rozwój cywilizacji skrócił dojście do nas samych. Przejmujemy się małymi rzeczami, nie żyjemy do końca własnym życiem.

Co jest ważniejsze? Zakup pięknej, srebrnej choinki za 200 złotych czy zwykłe drzewko, przywiezione do domu i ubrane z rodziną?

Odpowiedź powinna być jasna, w dzisiejszym świecie nie jest. Ale zostawmy to, niech każdy żyje tak, jak chce.

Zmieniłaby pani coś w swoim życiu?

Wiadomo, pewne niuanse można by poprawić, ale to nie byłoby do końca moje życie. Nie ma ludzi nieomylnych, błędy trzeba popełniać, by wyciągnąć z nich wnioski, więc nie zmieniłabym nic.

Pracując w pielęgniarstwie, widząc ludzkie dramaty, bardziej docenia się to, że tak naprawdę nie mamy źle?

Jak najbardziej. Jestem zdrowa, mam zdrowe dzieci, dach nad głową, auto, kilku znajomych, którym ufam. Mogę pojechać w góry, nad morze. Zobacz, jak wiele rzeczy mam. Nie wszyscy są w tak dobrej sytuacji. Oczywiście, nierzadko chciałabym więcej, ale wtedy łapię się na tym i powtarzam sobie, że zamiast marudzić, że czegoś się nie ma, trzeba robić wszystko, żeby to zdobyć. Przede wszystkim ciężką pracą.

Norbert Skórzewski

KOMENTARZE (0)