Narzekanie na poziom kursów to wymówka trenerów
Weszło Extra

Narzekanie na poziom kursów to wymówka trenerów

– Polscy trenerzy mogą być słabi, bo wybierają bycie słabymi. Szukają wymówek – bo poziom kursu jest słaby, bo nie ma boiska, bo za mało płacą. Biorąc pod uwagę fundusze na szkolenie, jesteśmy biednym krajem, więc zejdźmy na ziemię. Jeżeli w Hiszpanii jest tak samo, jeżeli w Anglii jest tak samo, jeżeli wszędzie trenowanie jest pracą dorywczą, to dlaczego oczekujemy cudów? Szkoleniowcy obwiniają wszystkich dookoła, zamiast spojrzeć na siebie – uważa Radosław Mozyrko, menedżer akademii Legii Warszawa, wcześniej pracujący między innymi w Manchesterze United czy angielskiej federacji.

Nie ma obecnie ważniejszego tematu w polskiej piłce niż szkolenie młodzieży, któremu poświęciliśmy ostatnio ogromny tekst, a teraz – między innymi – odnosimy się do niego w rozmowie z osobą, która poznała od podszewki angielski system szkolenia i ma wyrobione zdanie na temat tego, co dzieje się w Polsce.

Czy polskie szkolenie to przerost formy nad treścią? Czy brakuje nam luzu? Czy naszą naturą jest lenistwo? Dlaczego trenując jedynie w klubie, nie zostanie się profesjonalnym piłkarzem? Dlaczego wszyscy rodzice są tacy sami. Dlaczego licencja UEFA Pro powinna obowiązywać tylko w Ekstraklasie?

Zapraszamy.

*

Co jest największym problemem sportu młodzieżowego?

Ego i brak świadomości dorosłych, którzy zabijają pasję i chęć rozwoju zawodników. Patrzą przez pryzmat tabel i wyników. Czy jak grałem na ulicy i przegrałem w meczu z innym osiedlem, to w domu dostawałem reprymendę od rodziców, że nie potrafiłem wygrać? Nie. Bolała mnie porażka, ale nie interesowała ona rodziców. Żyli swoim życiem, zachowywali zdrowy rozsądek.

W Polsce ego dorosłych jest duże. Tak było w Anglii, mniej więcej piętnaście lat temu. Trenerzy robili wszystko, by wygrywać, co nie pozwalało na rozwój zawodników. Zwycięstwo za wszelką cenę, kosztem szlifowania umiejętności młodych. W takim kierunku to szło. I co zrobili Anglicy? No właśnie wyeliminowali tabele i rozgrywki ligowe do 16. roku życia. Ale mecze nie przypominają sparingów, bardziej derby lokalnego, półprofesjonalnego klubu. Po prostu chłopaki mają w sobie chęć zwyciężania, rywalizacji.

Podjęto odważne kroki, znaleziono receptę. My swoją receptę również musimy szukać, ale nie jest powiedziane, że trzeba pójść tą samą drogą. Anglicy również odczuli skutki uboczne. Zawodnicy w akademiach nie zderzali się z sytuacjami typu walka o awans czy walka o utrzymanie, które tworzą presję. Zdrową, której im brakowało. Pewnego razu pojechałem z angielską drużyną U-13 na turniej do Hiszpanii. Wygraliśmy dwa mecze, przegraliśmy jeden. Do końca pozostały dwa spotkania. Nie krzyczałem, nawet się nie unosiłem. Po prostu powiedziałem, że musimy wygrać następne dwa mecze, jeżeli chcemy zakwalifikować się do ćwierćfinału. Prosta, czytelna informacja, która spowodowała, że dwa ostatnie spotkania wyglądały najgorzej. Nie potrafiliśmy wymienić prostych podań, całościowy paraliż. Zawodników zżarła presja, do której nie byli wcześniej przyzwyczajeni. Wiedzieli, że w kolejnych fazach czekały takie drużyny Real, Barcelona czy Ajax. A w fazie grupowej takich rywali nie było. Jak widać – efekt braku rywalizacji ligowej powoduje, że zawodnicy nie uczą się gry pod presją. W Holandii nawet 7-latkowie rywalizują w lidze, tylko że świadomość trenerów jest inna. W Anglii też się zmieniła, ale potrzebny był impuls. Powoli powracają mini ligi, turnieje, puchary w piłce zawodowej, bo w amatorskiej są od zawsze.

W polskiej piłce ego i świadomość dorosłych się zmienia?

Do Anglii wyjechałem dwanaście lat temu, wróciłem przed dwoma laty. W międzyczasie spędziłem rok w Zniczu Pruszków. I widzę postęp, choć jest też dużo do poprawy, nie popadajmy w samozachwyt. Robimy postęp, ale tak samo postęp robi północ. I południe, i wschód, i zachód. Pytanie, czy nasz postęp jest wystarczająco szybki, by zniwelować różnicę, jaka jest przede wszystkim między nami a zachodem.

I jakie wnioski?

Oczywiste. Postęp nie jest wystarczająco szybki, mógłby być znacznie szybszy.

Jakie są powody takiego stanu rzeczy?

Naturą człowieka jest lenistwo. Jak nie jesteś do czegoś zmuszony, nie rozwijasz się wystarczająco dobrze. Jest bardzo mało osób, które mają wewnętrzną motywację, by ciężko pracować i wyciskać z siebie wszystko, niezależnie od okoliczności.

Co mam na myśli, co według mnie powinno się poprawić? Certyfikacja, licencje. Powinna powstać porządna certyfikacja, bardzo sroga i wymagająca dla akademii profesjonalnych klubów. Tak jak kiedyś było, że musiały powstać stadiony, trybuny, podgrzewane płyty. Wszyscy mówili, że nie ma na to kasy, ale się znalazła. Teraz budujemy stadiony, właśnie ogłoszono, że nowy obiekt dostanie Polonia Warszawa. I tak się zastanawiam, czy za 150 milionów złotych nie lepiej wybudować trzy ośrodki treningowe w Warszawie? Fajnie, że budujemy stadiony, ale jeśli nie pójdzie za tym infrastruktura, to będzie źle. Nie mówię o piętnastu boiskach w każdym ośrodku, bo jak ktoś mówi, że potrzebuje tylu boisk, to według mnie ma małą wiedzę o szkoleniu. Wystarczą dwa-trzy i już będzie postęp.

Ostatnio PZPN zatwierdził Program Certyfikacji Szkółek Piłkarskich.

Certyfikacja weszła właśnie na element amatorski. Super inicjatywa, mam nadzieję, że wyjdzie dobrze. Ale mówię o certyfikacji profesjonalnej akademii, która zmusi je do zatrudniania pracowników na pełnym etacie. Do przedstawienia jasnej strategii i wizji tego, jak szkolą i jak mają zamiar wprowadzać zawodników do pierwszego zespołu, i generalnie jaką wizję pierwszego zespołu posiadają. Do przygotowania filozofii edukacji, rekrutacji zawodników, trenerów. Ponadto zmusi koordynatorów i dyrektorów do przedstawienia tego, jak edukują swoich trenerów.

Pierwszym elementem, który był ważny, okazała się zmiana systemu rozgrywek w starszych kategoriach wiekowych. Mamy Centralną Ligę Juniorów, rozgrywki U-17 i U-15 to również CLJ-ki. Bardzo ważny krok, na którym mi zależało. Drugim krokiem powinna być zmiana przepisów, żeby zawodnicy późno dojrzewający i urodzeni w ostatnim kwartale nie byli niszczeni przez system ligowy, czyli by mogli grać na przykład w młodszych grupach wiekowych. Trzeci element, ten o którym mówię, ten jeszcze niewprowadzony – stworzenie certyfikacji. Wtedy rozwinie się zarówno Legia, jak i cała polska piłka.

Certyfikacja przy okazji wyeliminuje lenistwo, o którym wspominałeś. Jeżeli ktoś będzie zmuszony do poprawy warunków, będzie musiał to zrobić.

Jest jeszcze inna sprawa, kwestia finansów. W Anglii są trzy kategorie koordynatorów. 5-11, 12-16, 17-21. Przepis mówi, że wszyscy koordynatorzy muszą mieć taką samą pensję. Bo wiadomo, jak to jest. Trenerzy 5-11 chcieli awansować, iść do 17-21, bo tam są większe pieniądze niż w młodszych grupach wiekowych. A ten przepis powoduje, że wszyscy mają tę samą podstawę. Żeby nie było, że trenerzy maluchów są pomijani. Ciekawy pomysł, ale była dziura w systemie. Na podstawie doświadczenia trenera i kwalifikacji są widełki finansowe. Niektóre akademie, uznały doświadczenie zawodnicze jako doświadczenie trenerskie, czyli jak ktoś grał w piłkę długo, na dobrym poziomie, to mógł zarabiać dużo więcej na samym wstępie. Czyli nie liczyły się kwalifikacje i doświadczenie trenerskie, a inne aspekty. Powstałą dziura w systemie, niektórzy ją wykorzystali, przez co trenerzy 17-21 nierzadko zarabiali znacznie więcej niż ci od najmłodszych roczników. W niektórych klubach taka sytuacja ma miejsce do dzisiaj.

W tej sytuacji ważna jest jasna filozofia. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że my – jako Legia – taką posiadamy. Nie płacimy trenerom więcej tylko dlatego, że trenują starsze grupy wiekowe. Bierzemy pod uwagę doświadczenie, ale też wiedzę i umiejętności. Chodzi o to, żeby wypromować specjalistów od drużyn młodzieżowych. Na przykład specjalistę od U-15, chcącego pracować z drużyną U-15, a nie – po dwóch-trzech latach – szukającego awansu do U-16 czy U-17 w poszukiwaniu większych pieniędzy. Mam chłopaka, który pracuje w U-12 i U-13. Już jest dobry, a wierzę, że będzie bardzo dobry. Liczę, że stanie się specjalistą w tej kategorii wiekowej i z powodów finansowych nie będzie musiał odejść do U-18 czy innego klubu.

Generalnie w Polsce trenerzy młodzieży bardzo często narzekają na warunki, w którym przychodzi im pracować. – Jakość szkolenia byłaby wyższa, gdyby trenerzy mogli skupić się na swojej pracy, a nie musieli biegać z miejsca na miejsce. Praca z młodzieżą nie jest doceniana. W Stali Szczecin pracowałem przez siedem lat jako trener, zarabiając 250 złotych za zespół. Prowadziłem dwa roczniki, więc otrzymywałem 500 złotych. Zresztą, chyba nigdy nie dostaliśmy wypłaty w terminie. Pracowałem w szkołach, a piłka była dodatkiem. W Chemiku Police zarabiałem z kolei 600 złotych, z czego część wydawałem na dojazdy ze Szczecina – mówił mi Maciej Mateńko, najbardziej utytułowany trener młodzieży w województwie zachodniopomorskim. A to tylko jeden z przykładów.

Powiem szczerze, że w większości Europy jest tak samo. Spójrzmy na Hiszpanię, która dla wielu jest wzorem tego, jak szkolić piłkarzy. Tam 98 procent trenerów młodzieżowych traktuje szkolenie dzieci jako pracę dorywczą, ewentualnie hobby. Nierzadko więcej dopłacają niż zarabiają. W Niemczech w 2002 roku doszło do rewolucji systemowej. Chcieli mieć jak najwięcej trenerów młodzieży na pełnym etacie. W Anglii podobnie. Ale dalej – na dziesięć tysięcy licencjonowanych trenerów w Anglii – może 400 jest na pełnych etatach w profesjonalnych akademiach. Dla reszty to praca na pół etatu, dorywcza, a dla większości – po prostu wolontariat. No, ewentualnie dostają na dojazd.

Niestety, takie są realia. Biorąc pod uwagę fundusze na szkolenie, jesteśmy biednym krajem, więc zejdźmy na ziemię. Jeżeli w Hiszpanii jest tak samo, jeżeli w Anglii jest tak samo, to dlaczego oczekujemy cudów?

4

Patrząc na retorykę trenerów, można odnieść wrażenie, że tylko w Polsce jest mało pieniędzy.

Ale w piłce amatorskiej w Polsce – mam przez to na myśli małe szkółki piłkarskie, bez zaplecza w postaci klubów profesjonalnych – jest więcej pieniędzy dla trenerów niż w piłce amatorskiej w Anglii. U nas zdarza się, że trener dostanie 500-600 złotych za grupę amatorską. A w Anglii nic nie dostanie. Hobby. Jasne, to też nie jest dobre, moim zdaniem jakieś pieniądze powinien dostawać, ale tak wygląda sytuacja.

W idealnym świecie ten zawód powinien być sprofesjonalizowany, ale idealnego świata nie ma. Na razie, może kiedyś będzie, dobrze by było. Ktoś kiedyś pytał retorycznie: „Chciałbyś wysyłać syna do szkoły, w której nauczyciel matematyki nie dostaje pieniędzy tylko traktuje swoją pracę jako hobby?”. Tak samo jest z piłką nożną czy innymi sportami. Pytanie, jak zrobić, by trenerzy zarabiali większe, godne pieniądze? Trudna sprawa. Trenowanie w jakimś sensie jest edukacją. Jakkolwiek spojrzeć, ludzie w edukacji zarabiają mało. Choć, oczywiście, najlepsi dochodzą do pewnego poziomu i zarabiają sporo. Zresztą, mam taką opinię. Jeżeli poświęcasz się swojej pracy, jesteś jednym z najlepszych, nawet gdyby było to coś niszowego, i tak będziesz godnie żyć. Ale nie oszukujmy się – to, że chcę być specjalistą od piłki młodzieżowej nie spowoduje, że gdy mi się uda, to będę pływał jachtami. W piłce młodzieżowej takich pieniędzy nie ma i nie będzie. Coś za coś.

Skąd sukces Hiszpanów? Są wzorem do naśladowania, a – z tego, co mówisz – wielkiej różnicy, przede wszystkim finansowej, nie ma.

Porównując Polskę z innymi krajami, używam jednego zdania. Przerost formy nad treścią. Strasznie się napinamy, popadamy w skrajności. W szkoleniu brakuje nam luzu. Nastawienie na wynik, upartość trenerów. Może dlatego? Generalnie na ten temat można napisać pracę doktorską, czynników jest wiele.

W Polsce narzeka się na ceny kursów. Tymczasem koszt UEFA Pro u nas to 17,5 tysiąca złotych. Do tego dochodzą dojazdy do Szkoły Trenerów w Białej Podlaskiej, wikt i opierunek. Mimo to trzeba powiedzieć szczerze: jak na warunki europejskie nie jest kwota wygórowana za, pamiętajmy, najważniejszą licencję trenerską w piłce nożnej. Wyspy Brytyjskie – 10 tysięcy funtów. Niemcy – 10 tysięcy euro. Nawet Białoruś to 5000 euro.

Pamiętajmy, żeby wziąć pod uwagę średnią krajową, choć fakt – ceny nie są wygórowane.

Odnośnie do kursów – trenerzy w dużym reportażu Leszka Milewskiego i Przemka Mamczaka narzekali, że kursy – na przykład UEFA A, bo do UEFA Pro zastrzeżeń nie było – są łatwe. „Nie sposób ich nie zdać” – pojawiały się głosy.

Nie chciałbym przekręcić fajnego powiedzenia, ale chyba Albert Einstein powiedział, że edukacja zaczyna się, kiedy kończymy szkołę. Według mnie kursy nie są najważniejszym powodem tego, czy ktoś jest dobry czy nie. Narzekanie na poziom kursów w Polsce to wymówka trenerów. Jak ktoś chce być dobry, to znajdzie rozwiązanie, żeby się rozwijać. Liczy się podejście.

Zrobiłem kursy w Irlandii, zrobiłem kursy i studia w Anglii, zrobiłem kursy w Polsce. Można porównywać, ale trzeba pamiętać o kwestii finansowej. W Anglii są zawodowi edukatorzy, którzy zajmują się tylko tym.

Kolejny wniosek z reportażu – nie tylko trenerzy w Polsce nie mogą skupić się w stu procentach na swojej pracy, ale również edukatorzy.

Finanse, finanse i jeszcze raz finanse. W Anglii miałem szkolenia w pięknych ośrodkach treningowych, spałem w pięknych, drogich hotelach. Schodząc na śniadanie, miałem wybór jedzenia jak w 5-gwiazdkowym hotelu.To zmienia ocenę kursu, ale nie jest najważniejsze. Trzeba mieć przede wszystkim otwartą głowę i chęć, by się rozwijać. Moim zdaniem polscy trenerzy mogą być słabi, bo wybierają bycie słabymi. Szukają wymówek – bo poziom kursu jest słaby, bo za mało płacą, bo nie mam boiska. Obwiniają wszystkich dookoła, zamiast spojrzeć na siebie. A czy kursy mogą być lepsze? Oczywiście, że mogą być lepsze.

Z kolei czy kursy w Anglii mogą być lepsze? Oczywiście, że również mogą być lepsze.

Byłem dłużej w Anglii i USA, spędziłem trochę czasu w Irlandii, we Włoszech, Japonii i Australii. Spotykałem wielu ludzi, ale – co ciekawe – najciekawszą rzecz na temat szkolenia młodzieży usłyszałem od polskiego trenera Dr Śledziewskiego. „W piłce młodzieżowej co roku ktoś będzie mistrzem Polski. Bo takie są przepisy. Wszyscy mogą grać słabo, do dupy, ale i tak ktoś będzie mistrzem Polski. Ale już dobrych piłkarzy co sezon wychowywać nie musisz. Prawdziwą umiejętnością trenera jest wychowywać dobrych piłkarzy co roku niż wygrywać rozgrywki ligowe”. Dlatego podniecanie się tym, że sięgnęło się po tytuł nie znaczy dla mnie nic. Bo ktoś musiał wygrać. Ale dobrych piłkarzy już nie każdy musi wychowywać.

To zdanie padło podczas kursu UEFA A. Trafiło do mnie. Wydaje mi się jednak, że większość osób przeszła obok niego obojętnie, bo nie chciała tego słuchać. Bardzo często widzę, że polscy trenerzy chcą gotowych rozwiązań. Jak wygrać mecz, jak być najlepszym szkoleniowcem. Dlatego nie chcę iść w kierunku tematów kursów, bo przede wszystkim trenerzy powinni ocenić samych siebie i zastanowić się, co robią, by się rozwijać, a nie co inni robią dla nich.

Ale temat słabej jakości kursów poruszano między innymi w obawie przed tym, jak będzie on odbierany za granicą. Wiadomo, że zagraniczne kluby będą respektować przykładowe UEFA A, ale pojawiały się wątpliwości, czy – pomimo wszystko – zechcą sięgnąć po Polaka w ostatecznej selekcji.

Zadam ci pytanie. Jesteś dyrektorem szpitala. Przyjeżdża do ciebie dwóch lekarzy. Jeden z Sudanu, który skończył medycynę w Sudanie. I jeden z twojego kraju, który skończył medycynę na Oxfordzie. Którego wybierasz? Nie będziesz patrzył nieco krzywo na Sudańczyka?

Będę.

Przez stereotypy?

Trochę tak.

No i widzisz. Dlatego te obawy, zarzuty trenerów, są racjonalne. Ilu polskich trenerów obecnie pracuje za granicą na wysokim poziomie, ilu trenerów osiągnęło duże sukcesy za granicą. Renoma kursów czy kwalifikacji będzie duża jeśli polscy trenerzy będą osiągać sukcesy na międzynarodowej arenie.

„Gratulacje. Macie licencje UEFA A, ale życie was zweryfikuje” – powiedział wykładowca przy okazji jednego z kursów. Święte słowa. Gdy Diego Simeone osiągał sukces z Atletico, nie miał licencji do prowadzenia zespołu. Zidane, nabierając doświadczenie w rezerwach Realu Madryt, miał słupa. Frank Lampard, który prowadzi Derby County w Championship – wg statystyk dziewiątej lidze w Europie – dopiero dwa miesiące temu uzyskał UEFA A.

Choć generalnie jak dla mnie sposób edukowania trenerów przez UEFA i tego, co jest wymuszane, jest zły. Chodzi o pieniądze. Ktoś kiedyś powiedział, że nie powinno być tak, że licencje są wydawane przez UEFA, tylko akademie powinny mieć profesjonalnych dyrektorów czy szefów szkolenia, którzy uczyliby trenerów, mieliby z nimi codzienny kontakt, i w danym momencie kwalifikowaliby ich na UEFA A czy UEFA Pro. Ale wiadomo, to nieopłacalne. Nie byłoby kasy z kursów.

Mówisz o tym, że koniec kursu powinien być początkiem edukacji. Ale późniejszej edukacji nikt kontrolował nie będzie. Stąd pojawiają się wątpliwości, czy aby za dużo nie jest pozostawione przypadkowi. A nuż słaby, nieambitny trener trafi na talent, który przez swoją nieudolność zmarnuje.

Pytanie. Kończąc jakikolwiek uniwersytet, jesteś przygotowany w stu procentach do zawodu? Nie. Każdy potencjalny pracownik musi się doszkalać. Czemu lekarze po kilka latach podstawowych studiów muszą kolejne lata doszkalać się w zawodzie, już w szpitalu, pracując za małe pieniądze? Bo nie są jeszcze gotowi. Proste. Doświadczenie jest najważniejszą rzeczą. Poznałem wielu trenerów, którzy mieli niskie licencje, a byli fantastycznymi szkoleniowcami. Bo chcieli się rozwijać, bo analizowali swoje treningi, bo mieli pasję do tego, co robią. Bo chcieli robić to, co robią. Licencja nie gwarantuje ci najważniejszych rzeczy.

Moja żona wie, co to spalony. Mogłaby mieć licencje trenerską, wystarczyłoby, żeby się uczyła. Ty możesz pójść na studia i zostać lekarzem. Wystarczy się uczyć, tylko tyle. Ale czy będziesz najlepszym lekarzem, jeżeli nie będziesz poświęcał dodatkowych godzin na poszerzanie swojej wiedzy? Nie. Tak jak mówiłem Trenerzy może oczekują, że po danym kursie zauważą super efekty. Od razu. Nie, trzeba się doszkalać. Nie będziesz dobry, jeżeli nie będziesz inwestował w siebie.

5

Jako wzór podejścia podaje się przykład Dinama Zagrzeb, który stawia na skauting trenerów.

Jasne, w Dinamie jest skauting, ale – szczerze mówiąc – połowy trenerów do Legii bym nie zatrudnił. Oczywiście, drugą połowę tak, bo byli bardzo dobrzy, ale nie jest tak, że wszyscy są tam perfekcyjni. My lubimy idealizować. Trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie. Skauting trenerów jest bardzo ważny, edukacja trenerów jest bardzo ważna. Kiedy byłem mentorem dla angielskiego związku, zdałem sobie sprawę, że pierwszym sukcesem jest zidentyfikowanie ludzi, którzy chcą się rozwijać. Bo jeśli spędzam czas z człowiekiem, który nie chce się rozwijać, tracę czas jako edukator. Muszę znaleźć ludzi otwartych, ale też gotowych na krytykę. To pierwsza rola mentora i edukatora.

Oczywiście, nie jest też tak, że wina leży tylko i wyłącznie w trenerach. Ale edukatorzy mogą odbić piłeczkę. Broni ich fakt, że dla większość rola edukatora nie jest zawodem. Są trenerami, koordynatorami, mają inne funkcje. W Polsce nie ma profesjonalnych edukatorów, chyba że pracują na uczelniach.

Co sądzisz o licencji UEFA Pro w drugiej lidze?

Rozumiem argumentację PZPN-u, ale nie zgadzam się z nią.

Potrzebujesz licencji UEFA Pro, by prowadzić Realem Madryt czy Skrę Częstochowa. Do tego mamy „braki kadrowe”. 205 trenerów z tą licencją – większość poza zasięgiem drugoligowców, część niepracująca w zawodzie, do tego dochodzi czynnik geograficzny.

Pojawiają się głosy, że przecież w Hiszpanii, w czwartej lidze, jest UEFA Pro. Ale pamiętajmy, że oni rozdają te licencje na prawo i lewo. Jest ona bardzo powszechna. Jeśli chłopak ma 23 lata i za dwa lata może mieć UEFA Pro to widać jak na dłoni, że zdobycie tej licencji nie jest trudnym procesem. A u nas dostępność kursów jest ograniczona, dlatego nie wprowadzałbym tego.

Moim zdaniem UEFA Pro powinna obowiązywać tylko w Ekstraklasie.

Nawet nie w pierwszej lidze?

W porządku, to profesjonalna liga, ale spójrzmy na poziom – zarówno infrastrukturalny, jak i finansowy. Więc nie, nawet nie w pierwszej lidze. Generalnie porównywanie Realu Madryt do Skry Częstochowy jest najlepszym dowodem na to, że coś jest nie tak.

Championship. 9. liga Europy. Ogromne budżety. A musisz mieć tylko UEFA A, by trenować zespół.

Albo aż. Bo z drugiej strony, dlaczego umniejszać wartość tej licencji? Zakładając, że licencja UEFA B jest licencjatem, a UEFA A jest magisterką i UEFA Pro jest doktoratem. Ile jest zawodów na świecie, gdzie musisz mieć doktorat, żeby pracować w zawodzie?

Podtrzymujesz to, co powiedziałeś kilka lat temu? Że łatwiej zrobić karierę za granicą niż w Polsce, gdzie jest sporo układów.

Byłem młodszym człowiekiem, nie znałem wszystkiego. Prawda jest taka, że za granicą też są układy w jakimś stopniu. Dziś moje myślenie się zmieniło, koncentruję się na sobie i nie myślę o rzeczach, których nie mogę kontrolować Jednak na pewno podtrzymuję to, że za granicą jest łatwiej, bo po prostu jest więcej miejsc pracy. Mówimy w końcu o całym świecie.

Uważasz, że polskim trenerom brakuje cierpliwości we wprowadzaniu młodych zawodników do seniorów?

Muszę wrzucić kamyczek do ogródka dyrektorów i prezesów klubów. Nie dają czasu trenerom. Jeśli średnia żywotność szkoleniowców w Ekstraklasie jest niska, to dlaczego trener – który wie, że tak naprawdę jest w klubie na chwilę – ma myśleć o przyszłości, o tym, co będzie za dwa-trzy lata. Musi myśleć tu i teraz, musi mieć za co płacić rachunki. Oczywiście, można powiedzieć, że dobry trener myśli o przyszłości, ale wiemy, jakie są realia. Dyrektorzy i prezesi są niecierpliwi, bo środowisko wymusza, żeby byli niecierpliwi.

Ważniejsza jest nauka elementów piłkarskich, czy stawianie na rozwój ogólny?

To bardzo ciekawy temat. Dziesięć lat temu mówiło się, że nie wolno specjalizować w młodych kategoriach wiekowych. Do jedenastego roku życia, tak zwanego złotego wieku. Na całym świecie jednak przeprowadza się mnóstwo badań naukowych na ten temat, stąd między innymi druga teoria, zupełnie inna. Z Niemiec. Według niej na początku można specjalizować w jednym sporcie, a potem – w wieku 11-13 lat – powinny dochodzić inne dyscypliny Trzecia teoria – na razie mało popularna – mówi o tym, że jeżeli chcesz być w czymś dobry, powinieneś skupiać się na jednej rzeczy. Tylko. Od samego początku do samego końca. Mówi się jednak, że nie jest to moralne podejście, bo zawodnicy mogą się wypalać, albo nudzić daną dyscypliną.

Jeżeli chodzi o mnie, uważam, że specjalizacja może występować, ale pod warunkiem, że dziecko naprawdę jej chce i nie jest zmuszana do specjalizacji przez rodziców. Nic na siłę. Ale jest jeszcze mały nawias – programy szkolenia w akademiach powinny uwzględniać również inne dyscypliny sportowe i program ogólnorozwojowy, tak jak dzieje się w Legii.

W poprzednich klubach stosowałeś uliczny rozwój ogólny.

Tak. Najprostsze rzeczy. Robiliśmy tory przeszkód, organizowaliśmy zabawy. Tak jak ktoś kiedyś opowiadał, że wchodził na jabłoń, kradł jabłka i uciekał przed właścicielem. To dopiero był tor przeszkód i o coś takiego chodziło. No, może wyłączając kradzież. (śmiech) Staraliśmy się nawiązać do tego, co było kiedyś. A nie tylko marudzić, że w dawnych czasach grało się w piłkę od zmierzchu do świtu. Teraz tego nie ma i już tego nie będzie.. Chyba że będzie wojna lub duży kryzys ekonomiczny.

Jakiś czas temu rozmawiałem z trenerem starszej daty. Opowiadał, że kiedyś więcej było ćwiczeń ścisłych – bez przeciwnika, dużo prostej techniki. To miało ręce i nogi, bo dużo ćwiczeń – gdzie zawodnik rywalizował, podejmował samodzielne decyzje – odbywało się na ulicy. Balans. Obecnie, przy ograniczeniu środowiska ulicznego, trenerzy nie mogą robić tylko rzeczy w formie bez przeciwnika.

Nie mówię o całkowitym braku środowiska ulicznego, bo to nieprawda. Ono jest, ale inne. Zupełnie inne. Już kiedy dorastałem, piłka uliczna umierała. Końcówka lat 90-tych. Wchodził internet, wchodziły gry, konsole. Liczba osób na boiskach piłkarskich malała. Z roku na rok. Gdy miałem 13-14 lat, na moim osiedlu – liczącym około dziesięć tysięcy mieszkańców – trudno było zebrać dziesięciu chłopaków. Już wtedy uwidaczniały się pierwsze efekty większego problemu.

Dlatego dziś piłka uliczna istnieje, ale wygląda inaczej. Jest bardziej indywidualna. Zamiast kilkunastu chłopaków często mamy jednego, który akurat wyszedł pokopać o blok. Jako trenerzy musi pokazywać mu, jak może sam prowadzić trening indywidualny. Można też zachęcać zawodników, żeby wychodzili sami na podwórku wykorzystując technologię. Przykład:prosimy zawodników, by nagrali najdziwniejsze miejsca, w których grali w piłkę. Niektórzy pokazywali miejsca z wakacji, jak kiwają się między palmami Jeden z chłopców wszedł na dach i grał w piłkę. Choć do dziś zastanawiam się, dlaczego rodzice mu na to pozwolili. Ale nieważne. Generalnie chodziło o to, żeby zachęcić ich do różnego rodzaju ćwiczeń. Ktoś wziął kilka śmietników z osiedla, ustawił je w różnych miejscach i strzelał.

Cóż, trzeba myśleć, reagować, motywować dzieci. Jak widać, trend jest odwrotny. Jak mówiłem – kiedyś było więcej gier na ulicy, więcej techniki na treningu. Dzisiaj mamy mniej gier na ulicy, mniej techniki na treningu, za to więcej na ulicy.

Prawda jest taka, że nie trenując jedynie w klubie, nie zostaniesz profesjonalnym piłkarzem Jeżeli sam nie weźmiesz piłki, jeżeli sam nie podszlifujesz techniki, moim zdaniem nie osiągniesz wysokiego poziomu. I nie chodzi mi o jakąś siłownię czy tego typu rzeczy. Po prostu – piłka i dzieciak. Tylko tyle.

Co do dryblingów. Gdy przyszedłeś do akademii Legii, zaskoczyło cię, że zawodnicy boją się grać jeden na jeden.

Na treningach takiej gry było sporo, ale zawodnicy nie rywalizowali jeden na jeden w meczach. Tego mi brakowało. Mówiąc szczerze, po dwóch latach widzę, że postęp jest duży. Chyba przemówiliśmy do zawodników, widać, że stali się odważniejsi.

4

Z czego wynikała początkowa niechęć?

Nawet nie chodzi o to, że nie ćwiczysz dryblingu, ale możesz go nie promować. I to może być przyczyną, dlaczego zawodnicy – ale nie tylko młodzi, przecież w Ekstraklasie mało kto drybluje – boją się podejmować ryzyko.

Przykład. Zawodnik próbuje dryblować, traci piłkę. Ponawia próbę, znów traci, idzie kontra. Trener nic nie mówi. Nie deprymuje chłopaka, bo zachęca go do dryblingu. Tymczasem drugi zawodnik gra na dwa kontakty. Przyjmuje, podaje, przyjmuje, podaje. W ogóle nie drybluje. „Brawo” – krzyczy trener z ławki. I teraz spójrzmy, zakładając, że decyzja o kiwaniu pierwszego zawodnika była słuszna, ale nieudana. Trener nie miał do niego pretensji, nic nie mówił, ale również nie chwalił za podjęcie ryzyka. A jego kolega pochwałę dostał, mimo że grał bezpiecznie. I co myśli ten pierwszy? „W porządku, jeśli trener chwali za prostą grę, to też będę tak grać”. I tak się dzieje.

Ludzka rzecz. Jeżeli masz szefa, który chwali cię za prostsze rzeczy, a nie gratuluje po zrobieniu czegoś ambitniejszego, no to co będziesz robił częściej? Jasne, że rzeczy prostsze.

Mam taką śmieszną teorię, że większość zawodników w Polsce, którzy potrafią się kiwać, za młodu działała wbrew systemowi. Mieli problemy z trenerami, nie słuchali się. Nie działało na nich to, że szkoleniowiec chwalił kogoś innego za dobrą, ale prostszą grę. I dzięki temu zostawali dryblerami. Najlepszy przykład? Grosicki. Ale nazwiska można mnożyć.

Kiedyś czytałem, że Ronaldo w wieku 10-11 lat nie był uznawany za dobrego piłkarza. „Tylko się kiwał, nie chciał podawać” – pisano. Zastanawiam się, czy trenerzy mieli swoją wizję gry zespołu, a on łamał system i dlatego uważali go za nie tak bardzo zdolnego? Swego czasu rozmawiałem z dyrektorem akademii Sportingu Lizbona. Mówił, że CR7 do 17. roku życia praktycznie nie podawał, a zaczął dopiero wtedy, gdy awansował do pierwszego zespołu. Może dlatego, że miał słabszych kolegów wokół siebie, albo był skupiony tylko i wyłącznie na sobie? Ale to już dorabianie teorii. Tego nie wiem.

Co zaskoczyło cię, gdy zacząłeś pracować w akademii Legii?

Tempo treningów i meczów nie stało na wysokim poziomie. Intensywność kulała. Wróciłem z Anglii, gdzie środowisko piłkarskie opiera się na grze w szybkim tempie. Czułem się jak w slow-motion. Ale teraz treningi i mecze pod względem intensywności stoją na coraz wyższym poziomie..

W akademii Legii stawiacie przede wszystkim na rozwój mocnych stron. Dlaczego nie powinno kłaść się największego nacisku na te słabsze?

Jako ludzie – generalnie – mamy predyspozycje do wyłapywanie złych rzeczy, słabości. To jest nawet naukowo udowodnione. Idziesz na randkę, potem opowiadasz koledze, czego ona nie ma, w czym jest zła, zamiast powiedzieć, w czym jest dobra i jakie ma pozytywy. Uważam, że do kariery piłkarskiej doprowadzi cię szlifowanie mocnych stron, a nie poprawianie słabych. Choć nie można patrzeć na to zero-jedynkowo, lecz przez pryzmat tego, na jakim etapie rozwoju jesteś, ile czasu ci zostało i czy dana słaba umiejętność uniemożliwi ci osiągnięcie sukcesu. Bo nie można też popadać w skrajność.

Ktoś powie, że musi grać dwiema nogami. Pytam się, dlaczego? Jeżeli jest prawonożny, gra na lewym skrzydle, to może wrzucić z fałsza. Albo niech nauczy się schodzić do środka i uderzać. Dopóki jesteś w stanie wykorzystywać swoje mocne strony, nie uważam, że musisz pracować nad słabymi. Inną sprawą jest ćwiczenie umiejętności, które doprowadzą cię do wykorzystanie mocnych stron. Co z tego, że twoją mocną stroną jest wykończenie, skoro nie możesz znaleźć się w sytuacjach strzeleckich. Wtedy pracuj nad tym, jak urwać się napastnikowi, czy znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. To praca, która przybliża do wykorzystywania mocnych stron.

Trafiłem na kilka opinii, według których to ograniczanie zawodników.

Ale jeżeli większość ćwiczeń wykonujesz podczas gier – tak jak w akademii Legii – siłą rzeczy rozwijasz też słabe strony. Wprowadzamy kompleksowe formy treningu, ale trenerzy koncentrują się na rozwoju mocnych stron.

Generalnie łatwiej rozwinąć coś, co jest słabe. Tak jak z dietą. Jak przytyjesz i będziesz chciał schudnąć, w pierwszych tygodniach zauważysz wyraźne efekty. Jednak w pewnym momencie – mimo wykonywania regularnych ćwiczeń – staniesz w miejscu. Nie będzie tak łatwo. Tak samo jest z pracowaniem nad słabymi stronami. Szybko widać efekt. To z jednej strony dla trenera mobilizujące, z drugiej – łatwe. Z kolei pracowanie nad mocnymi stronami, sprawienie, żeby zawodnik, który ma dobrą prawą nogę wskoczył na jeszcze wyższy poziom, jest znacznie trudniejsze. Przede wszystkim wymaga czasu, efekty nie są widoczne na pierwszy rzut oka.

Za to gra na wynik jest czymś, co może młodych zawodników ograniczać?

Zależy. Nie można patrzeć zero-jedynkowo. Sport ma uczyć rywalizacji. Wygrywania i przegrywania. Pracy w zespole. Hierarchii – trener, starsi zawodnicy, młodsi zawodnicy. Wynik jest częścią sportu, nieodłączną. Granie na wynik jest w porządku, w szczególności dla zawodników. A dla trenerów? Cóż, to nie jest coś, do czego muszą przykładać wielką wagę. Bo można wygrać 1:0, nie oddając strzału na bramkę. Albo przegrać 1:3 mimo znacznej przewagi. Ważna sprawa – nie można zwracać uwagę i wyciągać wniosków jedynie na podstawie suchego wyniku.

Inaczej sprawa wygląda z piłkarzami, o czym wspominałem. Oni muszą chcieć wygrywać. Jeżeli słyszę, że ktoś się tłumaczy, bagatelizuje porażkę, to wydaje mi się, że nie jest to gracz, który chce być najlepszy. A to droga donikąd.

Donikąd mogą zaprowadzić też rodzice, a właściwie ich wpływ na dzieci. W Polsce jest z tym duży problem, większy niż na przykład w Anglii?

Wszyscy rodzice są tacy sami. Porównuję Anglię, Irlandię i Stany Zjednoczone do Polski, bo w tych krajach najdłużej pracowałem. W Anglii rekrutuje się zawodników przez pryzmat rodziców. Jeśli jesteś bardzo utalentowanym dziesięciolatkiem, ale twój tata jest toksyczny, to klub cię weźmie. Żeby popracować nad tobą i rodzicem. Ale jeśli jesteś średnim zawodnikiem, a rodzic prezentuje takie same wartości, to klub cię nie weźmie. W obawie przed tym, że rodzic wpłynie na innych. A jeżeli jesteś w klubie, a twoi rodzice zaczynają marudzić, wpływać na innych, to niestety – nierzadko żegnasz się z klubem.

A w innym klubie o angaż ciężko, bo te się solidaryzują i nie biorą zawodnika wyrzuconego wcześniej. Oczywiście mówię o piłce profesjonalnej, bo amatorskie przyjmują każdego.

Tak tam jest. Jak widać – najważniejsze są jasne zasady.

W rozwoju zawodnika ważnych jest jednak kilka elementów. Obok rodziców także dobra współpraca szkoły, trenerów i kolegów. Jeżeli wszyscy mają podobne wartości, współżyją ze sobą, komunikują się na odpowiednim poziomie, to rozum zawodnika jest czystszy. Optymalnie wygląda to tak. Szkoła koncentruje się na tym, żeby uczyć zawodnika. Trener, żeby go rozwijać. Rodzice uczą wartości, przy okazji szanując opinię szkoły i trenerów. A przyjaciele pomagają rozwijać pasje i umiejętności społeczne. Ale jeśli szkoła będzie mówić, że chłopak ma słabe oceny, bo rodzice i trenerzy robią to i to, może powstać konflikt.

Jesteś przeciwnikiem zabraniania treningów z powodu słabych ocen.

Trzeba zadać sobie pytanie, dlaczego dziecko ma złe oceny, a nie iść na łatwiznę. Jeśli robi wszystko co może, a i tak ma złe stopnie, to może taki jest jego potencjał. Fajny rysunek krąży w internecie. Są różne zwierzęta: małpa, lew, wąż, ptak. Nauczyciel organizuje test. „Dzisiaj mamy egzamin, żeby był sprawiedliwy, wszyscy musicie wspiąć się na drzewo” – jest napisane. Wiadomo, kto będzie miał najłatwiej a kto najtrudniej.

Zabranianie trenowania to pójście na łatwiznę. Jak ktoś ma słabe oceny z matematyki, to jakoś nie zabrania się mu chodzenia na język polski. Jak dla mnie, piłka nożna to również przedmiot. Uczący wartości. Inna sprawa, że może stać się zawodem dziecka w przyszłości, ale na pewno dzięki grze nabierze ono umiejętności przydatnych w dorosłym życiu. Komunikacja, praca w zespole, radzenie sobie ze stresem, słuchanie rozkazów. Do tego zdrowy tryb życia i dieta – elementy, które w światowym społeczeństwie strasznie kuleją. Więc dlaczego gdy uczeń dostanie jedynkę, trzeba mu tego zabraniać? Nie rozumiem. Mówi się, że dlatego, iż to jego pasja. No i co z tego? To źle? Nie uważam, że to jest rozwiązaniem problemu. Aczkolwiek, są przykłady kiedy trzeba poświecić trening, żeby nadrobić naukę. Na przykład, zawodnik miał kilka wyjazdów i ma zaległości w nauce to wtedy może opuścić trening, żeby nadrobić zaległości.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. FotoPyk