Argentyna z Dybalą, Banegą i Aguero? Business as usual
Weszło Extra

Argentyna z Dybalą, Banegą i Aguero? Business as usual

Nieczęsto zdarza się, by zawodnik Manchesteru City trafiał do klubu polskiej I ligi na zasadzie transferu definitywnego. W zasadzie to nie zdarzyło się nigdy, aż do ostatniego dnia okienka transferowego tego lata. Wtedy Raków Częstochowa ogłosił, że jego zawodnikiem został Chidiebere Nwakali – Nigeryjczyk, mistrz świata U-17 z 2013 roku, który zaraz po wygranym mundialu trafił na The Etihad wraz z Kelechim Iheanacho, dziś napastnikiem Leicester City. Kiedy Nwakali poczuł, że zdradził swoją ojczyznę? Dlaczego na mecz młodzieżowego mundialu z Meksykiem wyszedł z myślą, że Nigeryjczycy zaczynają od 0:3? I czemu największe wrażenie na treningach pierwszej drużyny Manchesteru City zrobił na nim… Aleksandar Kolarov?

Nie za wiele o tobie wiemy, masz więc szansę przedstawić się polskim kibicom przed debiutem w Rakowie.

Nim trafiłem do Częstochowy, grałem w kilku klubach na zasadzie wypożyczenia. Teraz wreszcie trafiłem do Rakowa na zasadzie transferu definitywnego. Uważam, że to dobre miejsce dla mnie, choć była to dla mnie trudna decyzja, by tutaj przyjść. Jestem zadowolony i gotowy do pracy. Gram najlepiej na „szóstce”, „ósemce” albo „dziesiątce”.

Widziałem, że to niejedyne pozycje, na jakich grałeś podczas swojej kariery. Była prawa, lewa obrona, w spotkaniu reprezentacji z Atletico kończyłeś na lewym skrzydle…

Nie ma na boisku pozycji, na której nie potrafiłbym zagrać. Chcesz, żebym był dla ciebie napastnikiem? Nie ma problemu! Gdyby było trzeba zagrać na bramce – nie ma problemu! Na prawej obronie grałem w mistrzostwach świata U-17, które wygraliśmy z reprezentacją Nigerii i uważam, że zaprezentowałem się bardzo, bardzo dobrze. A w meczu z Atletico zacząłem jako „szóstka”, a skończyłem jako lewoskrzydłowy. Kiedy byłem w Start Kristiansand w Norwegii, większość czasu grałem jako napastnik, jako skrzydłowy, w Sogndal występowałem na skrzydle, ale moją ulubioną pozycją jest ta „szóstka”.

Nie wkurzało cię to ciągłe rzucanie po pozycjach?

Było to w pewnym sensie frustrujące, przesuwanie z jednej pozycji na inną, bez komfortu gry w konkretnym miejscu przez dłuższy czas. Taka była decyzja menedżerów, więc gdy miałem reprezentować klub, dla którego pracują, byłem gotów robić na boisku cokolwiek, czego mogą ode mnie oczekiwać.

Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że twoim największym wzorem był twój świętej pamięci dziadek. Dlaczego?

Było nam bardzo ciężko. Mój dziadek miał dwie żony. Udało mu się sprawić, że cała rodzina była razem, szczęśliwa, spokojna, mimo że żyliśmy w biedzie. Trudno mi przez to było łączyć grę w piłkę z edukacją. Nie miałem możliwości, by odebrać naukę dobrej jakości. To trudne w Afryce, gdzie za edukację trzeba płacić. Wielu ludziom, nie tylko mnie, jest bardzo trudno. Nie stać ich na leczenie szpitalne, rachunki, szkołę. Większość z nas kończy nie robiąc nic sensownego, będąc kierowcami taksówek, co nie jest szczególnie dobrym zawodem w Afryce. W innych częściach świata widziałem taksówkarzy, którzy są zadowoleni ze swojej pracy, mogących za swoje zarobki zapłacić za mieszkanie, zatrudnianych na dobrych warunkach. W Afryce to jest bardzo, bardzo, bardzo zły zawód. Trudny i słabo płatny.

Jaki był najtrudniejszy moment w twoim życiu?

Najtrudniejsza była decyzja pomiędzy nauką a piłką nożną. Mój ojciec był nauczycielem w szkole podstawowej, więc trudno było go przekonać. Rodzice chcieli, żebyśmy chodzili do szkoły, zdobyli wykształcenie wysokiej jakości. I to mimo, że nie mieliśmy dość pieniędzy i nie otrzymywaliśmy żadnej pomocy, by to wykształcenie zdobyć.

Ostatnio rozmawiałem z Wilde Donaldem Guerrierem, piłkarzem z Haiti, który również wychowywał się w trudnych warunkach. Jego rodzice również bardzo chcieli, by się uczył, by został księdzem. On jednak zrywał się z zajęć, żeby grać w piłkę, za co często dostawał lanie od swojej mamy. Jak to było w twoim przypadku?

To normalne również w Afryce. Kiedy rodzice chcą, żebyś był w szkole, a ty zamiast tego idziesz pokopać z kolegami – dostajesz lanie. Mi też się to zdarzało, ciężko było moim rodzicom pogodzić się z tym, jak wiele znaczy dla mnie piłka nożna.

Na Twitterze piszesz, że Bóg prowadzi twoje nogi. Gdy strzeliłeś piękną bramkę w Norwegii, tak właśnie podpisałeś wideo z tego zdarzenia.

Bardzo mocno wierzę w Boga. Pochodzę z dobrej, chrześcijańskiej rodziny i nasza wiara w Boga jest bardzo mocna. Ufam, że każda dobra rzecz, jaka spotyka moją rodzinę, pochodzi właśnie od Boga.

W jakimś momencie w swoim życiu szczególnie poczułeś jego obecność?

Tak. Podczas mistrzostw świata U-17. Przeszedłem test rezonansem magnetycznym, później wygrywaliśmy mecz za meczem – wierzę, że to wszystko dzięki Bogu.

Jak w ogóle zaczęła się twoja przygoda z piłką w Nigerii?

Grałem przede wszystkim na ulicy. Nie było miejsca, w którym mógłbym dostać stypendium i skupić się na grze w piłkę w jakimś konkretnym zespole. W Afryce, szczególnie w Nigerii, Ghanie jest nam bardzo ciężko. To, że jestem w Rakowie, że przyjechałem do Europy, to zasługa bycia częścią reprezentacji na mistrzostwa świata U-17 w 2013 roku w Dubaju. Wygraliśmy tamten turniej i nagle pojawiły się możliwości, by dołączyć do jakiegokolwiek klubu piłkarskiego na świecie. Wybrałem Manchester City, bo w mojej rodzinie kilka osób było zainteresowanych Manchesterem City. W tamtym momencie tak naprawdę zaczęła się moja piłkarska kariera.

Jak trafiłeś do swojego pierwszego klubu?

Poszedłem na testy, gdzie zagrałem przeciwko jednemu zespołowi z miasta. Pochodzę z małej wioski na wschodzie Nigerii, więc musiałem przejechać godzinę autobusem, żeby tam się pojawić. Tam zainteresowała się mną akademia Taye Football Academy. Człowiek, który nią zarządza, jest bardzo uprzejmy, zajmuje się zawodnikami jakby byli jego dziećmi, poświęca się dla nich. Robi dużo dobrego. Często wręcz zaprasza ich, by z nim zamieszkali, karmi ich. Ale moi rodzice nie chcieli się zgodzić, żebym mieszkał u niego, bo nalegali, żebym chodził do szkoły. Zdarzało mi się przez to uciekać z domu. Wsiadałem do autobusu, by pojechać do jego domu, iść z nim na trening i dopiero wracałem.

Stamtąd trafiłeś do drużyny narodowej?

Zostałem wyskautowany przez asystenta selekcjonera Emmanuela Amenike, który zaprosił mnie do gry w zespole w Lagos, Mountain of Fire and Miracles FC, prowadzonego przez jedną z legend nigeryjskiej piłki. Pierwszego czarnego zawodnika, który wygrał mistrzostwa świata U-17, Ndukę Ugbade. Jego zdaniem miałem wielki talent, to on polecił mnie do drużyny narodowej.

Potem wszystko już potoczyło się dla ciebie bardzo szybko. Mistrzostwa świata U-17 wygraliście w wielkim stylu.

chidi mundialMundial U-17 z 2013 roku w wykonaniu Chidiego. Każdy mecz w podstawowym składzie, pięć z siedmiu spotkań w pełnym wymiarze czasowym

Byliśmy silni jako zespół, udało nam się pozostać jednością nie przez tych kilka tygodni w Katarze, ale przez kilka lat, kiedy graliśmy razem. Zbudowaliśmy bardzo silny zespół. Trenerzy mieli wielkie doświadczenie, także grali kiedyś w meczach międzynarodowych. Wiedzieli wiele o naszej piłce, jak zarządzać zespołem. Wymagali od nas wiele, nakładali na nas dużą presję, przez co chcieliśmy biegać na boisku jak najwięcej, by dać im powód do dumy a sobie – szansę, żeby pokonać każdego przeciwnika. Wszystkie te gole, które wtedy strzeliliśmy, wynikały z jedności drużyny. Od samego początku mieliśmy wspólny cel – wygrać mistrzostwa świata. Wiedzieliśmy, że jesteśmy mocni. Przed mistrzostwami przegraliśmy tylko jeden mecz – finał Pucharu Narodów Afryki U-17 z Wybrzeżem Kości Słoniowej.

A i to dopiero w karnych.

Zgadza się. To ja przestrzeliłem decydującą jedenastkę.

Jakie to uczucie?

Najgorsze na świecie. Byłem załamany. Rozczarowany. Jako chłopak pochodzący z maleńkiej wioski, zagrałem wreszcie tak ważny mecz na wielkim stadionie, przy dużej publiczności. I nawaliłem. Spudłowanie z karnego, świadomość, że zawiodłem Nigerię. Trener powiedział mi później, że to mogło się zdarzyć każdemu. Ale byłem zdruzgotany. Czułem się, jakbym był najgorszym zdrajcą swojego kraju. Dlatego niczego nie chciałem bardziej, niż możliwości odkupienia win na mistrzostwach świata.

Pojechaliście na tamten turniej z naprawdę świetnym zespołem. Kelechi Iheanacho dziś gra w Leicester City, które kupiło go za 25 milionów funtów, Watford za Isaaca Successa zapłacił 13,5 miliona, Francis Uzoho był pierwszym bramkarzem reprezentacji na niedawnych mistrzostwach świata, paru chłopaków trafiło do Anglii czy Portugalii…

Kelechi to niesamowity piłkarz, szczególnie jeśli chodzi o wykończenie. Jeśli ma dziesięć okazji, dziewięć z nich wykorzysta bez problemu. Kiedy staje przed bramkarzem, w ogóle się nie denerwuje – strzela pewnie, spokojnie. Ale tamten zespół był pełen wielkich talentów. Każdy z nas był obdarzony świetnymi umiejętnościami. Isaac Success, Taiwo Awoniyi (w 2015 roku za niemal milion funtów kupił go Liverpool, obecnie gra regularnie w KAA Gent – przyp.red.), Chidera Ezeh (trafił po turnieju do FC Porto, dziś Portimonense – red.), Musa Muhammed (trafił za 300 tys. euro do Basaksehiru, później Zeljeznicar Sarajewo, Loko Płowdid, dziś gra z Łukaszem Zwolińskim i Michałem Masłowskim w Goricy – red.), Wilfried Ndidi…

Ndidi był w zespole? Nie widziałem go w składzie w meczach tamtych mistrzostw świata.

Był w drużynie, ale przed turniejem nie przeszedł testu rezonansem magnetycznym, mającego sprawdzić jego wiek.

Najlepszym podsumowaniem waszej dominacji na turnieju były mecze z Meksykiem – wygraliście w finale 3:0, a w fazie grupowej aż 6:1.

Byliśmy bardzo zmotywowani. Gdy przylecieliśmy do Dubaju i zameldowaliśmy się w hotelu, okazało się, że w tym samym miejscu zakwaterowani są Meksykanie. Kompletnie nas lekceważyli. Wydawało im się, że mecz z nami będzie dla nich spacerkiem, że pokonają nas ot, tak. Czuliśmy, jak są do nas nastawieni, jak patrzą na nas z góry, jak reagują, kiedy idą tym samym korytarzem. Śmiali się z nas. Nasz drugi trener Amunike zna hiszpański i tłumaczył, co o nas mówili. Że jesteśmy mali, że boleśnie nas zleją w pierwszym meczu. Wyszliśmy na boisko nastawieni tak, jakbyśmy już przegrywali 0:3 i musieli wrócić do gry strzelając trzy gole, a później dopiero kolejne, żeby wygrać. Szybko zorientowaliśmy się też, że mają w swoim zespole dwóch-trzech wyróżniających się zawodników, więc postanowiliśmy kompletnie wyłączyć ich z gry. To było ich najsłabszą stroną – brak alternatyw, gdy najlepsi są dokładnie pilnowani.

Podczas turnieju tak zaimponowałeś skautom z zagranicy, że po ciebie i Kelechiego Iheanacho zgłosił się Manchester City.

Trafiłem tam trzy tygodnie po mistrzostwach świata. Poleciałem do Manchesteru, zobaczyć, jak wygląda klub. To było dla mnie wielkie przeżycie, móc zabrać moją mamę do Anglii. Manchester City zadbał o to, przedstawił, jaki ma na mnie plan. Gdy już podpisałem kontrakt, trafiłem do rodziny, która dbała o mnie jak o swoje dziecko. Manchester City pokrywał wszystkie wydatki, dbał o moją mamę, gdy zachorowała – zapłacił za szpital, za lekarstwa. Jestem za to temu klubowi dozgonnie wdzięczny i dlatego opuszczenie Manchesteru City tego lata już na dobre było dla mnie jedną z najtrudniejszych decyzji, jakie musiałem podjąć w całym swoim życiu. To nie tylko wielki klub, ale i masa wspaniałych ludzi, którzy go tworzą.

Pamiętasz swoją pierwszą wizytę w Manchesterze, co wtedy pomyślałeś?

Byłem wcześniej w dużych miastach razem z drużyną narodową – w Dosze, w Dubaju. Ale Manchester to zupełnie inne miasto, gdzie na każdym kroku widzisz kompletnie różnych ludzi. Afrykańczyków, Azjatów, Hiszpanów, Brytyjczyków, Meksykanów żyjących tuż obok siebie. Dla mnie to było wielkie przeżycie.

Pierwszy trening z pierwszą drużyną – jakie to było uczucie.

Pierwsza myśl? Wow! Co za zawodnicy! Przecież jakiś czas temu mogłem ich oglądać tylko w telewizji, a teraz stoją obok mnie. Największe wrażenie zrobił na mnie Aleksandar Kolarov – fantastyczny człowiek, bardzo pomocny, dawał mi sporo dobrych rad. On i Yaya Toure najwięcej ze mną rozmawiali, dzielili się swoim ogromnym doświadczeniem.

Twojemu kumplowi Kelechiemu udało się dość szybko zadebiutować w Manchesterze City, rozegrał ostatecznie 64 mecze. Ty – ani jednego. Dlaczego?

To dlatego, że jemu udało się otrzymać wizę „Exceptional Talent” („Wyjątkowy Talent” – przyp.red.), która sprawiała, że mógł dostać pozwolenie na pracę w Wielkiej Brytanii. Manchester City mógł o nią zabiegać, bo Kelechi został wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem tamtych mistrzostw do lat 17. Dlatego zabierano go na przedsezonowe tournee z pierwszym zespołem, bo była szansa wystawić go w lidze. Dostał szansę i skorzystał z niej najlepiej, jak tylko mógł.

Ty nie mogłeś się ubiegać o tę wizę?

Nie. Musiałem czekać, aż rozegram na przestrzeni roku 75% meczów dla dorosłej reprezentacji, co nadal nie nastąpiło.

Więc tak naprawdę ani przez moment nie mogłeś być rozważany pod kątem gry w Manchesterze City.

Dokładnie tak. Stąd musiałem iść na kolejne wypożyczenia, czym byłem już zmęczony. Chciałem wreszcie być w jednym, konkretnym miejscu i tam nie tylko budować swoją karierę, ale też zbudować dom. Dlatego jestem w Rakowie.

Z pierwszym zespołem Manchesteru City, jeszcze za Manuela Pellegriniego, byłeś nawet na przedsezonowym tournee w Szkocji. Trener mówił ci, jakie – i czy – ma wobec ciebie plany?

Pojechałem, ale nie mogłem wtedy grać, bo wciąż miałem siedemnaście lat i przepisy na to nie pozwalały. Jako zawodnik z Afryki musiałem czekać do osiemnastych urodzin. Rozmawiałem wtedy z Pellegrinim, powiedział mi, że chce mnie w dalszej perspektywie w swoim zespole, ale musiałem iść na wypożyczenie do Hiszpanii i gdy wróciłem, zmienił się menedżer.

Guardiola nigdy z tobą nie rozmawiał o tym, czy na ciebie liczy?

Nie, nigdy nie zamieniłem z nim słowa.

Tych wypożyczeń z Manchesteru do innych krajów było aż pięć – do Hiszpanii, do Norwegii, do Szkocji. Czułeś, że któreś z nich to nie jest najlepsza opcja dla ciebie, ale mimo to musiałeś iść?

Jedyne, którego żałuję, jest to do Aberdeen. Tak naprawdę nigdy nie dostałem szansy, by zagrać w kilku spotkaniach z rzędu. Myślałem, że skoro klub, trenerzy, zarząd mnie chcieli, to będę sporo grać. Kiedy znalazłem się w zespole i dowiedziałem się, że moim rywalem do gry jest kapitan, byłem rozczarowany. Zagrałem w zaledwie sześciu czy siedmiu meczach i doznałem kontuzji. Jedyne okazje do grania dostawałem, gdy kapitan miał jakiś uraz, był zawieszony za czerwone kartki czy konkretną liczbę żółtych kartek. Pewnego razu, po bardzo dobrym w moim wykonaniu meczu z Celtikiem, zapytałem trenera, dlaczego w kolejnym spotkaniu znów mnie nie wystawia. Odpowiedział, że nie ufa mi dostatecznie, by postawić na mnie kosztem kapitana.

Jak mocno ta sytuacja na ciebie wpłynęła?

Bardzo mocno. Osobiście, zawodowo… Mocno liczyłem na to, że załapię się do składu na mistrzostwa świata, byłem na liście zawodników obserwowanych pod tym kątem, a liczba szans w Aberdeen sprawiła, że stało się to niemożliwe.

Byłeś nawet powołany do reprezentacji, która grała towarzysko między innymi z Argentyną – i to z Argentyną z Banegą, Dybalą, Aguero…

Trenowałem z Aguero, trenowałem z pierwszym zespołem Manchesteru City, więc oglądanie ich z ławki nie było szczególnie ekscytujące, jeśli mam być szczery. Business as usual. Nic wielkiego (śmiech). Ale wróciłem do Aberdeen, niewiele tam grałem, a na dodatek przypałętała się kontuzja.

No właśnie, kibice Rakowa mieli powody, by być zaniepokojonymi historią twoich kontuzji.

Niepotrzebnie – nie miałem do tej pory żadnych operacji, nie mam żadnych metalowych wstawek w ciele. Jedyną kontuzją jaką wcześniej miałem, była kontuzja pachwiny w Aberdeen, kiedy ją naciągnąłem. Trener był wkurzony, bo jego zdaniem to dlatego, że podczas przerwy reprezentacyjnej poleciałem do Afryki zobaczyć się z moją rodziną. Nie rozumiałem tego – dlaczego inni zawodnicy mogą jechać do swoich rodzin, a ja nie? Jego zdaniem to było nieprofesjonalne, moim zdaniem zachował się wobec mnie nie fair.

Jak w ogóle pojawił się temat Rakowa? Ostatni dzień okna transferowego był dla ciebie bardzo intensywny, bo dopiero wtedy transfer został dopięty.

Tak, wszystko działo się bardzo szybko. Tę decyzję podjąłem sam – mam 21 lat, jestem młodym graczem, potrzebuję być w miejscu, gdzie mogę rozegrać tak wiele meczów, jak to tylko możliwe. Tylko w ten sposób mogę zbudować swoją karierę i wejść na najwyższy poziom. Gdybym trafił do miejsca, gdzie znów grałbym mało, nie zdobywałbym doświadczenia, nie musiał radzić sobie z presją, nie miałbym szansy wrócić do topowych lig. Jasne, niektórzy mówili mi, że Raków gra na drugim poziomie rozgrywkowym, że powinienem przyjąć którąś z pozostałych ofert – z Gentu, NAC Bredy, z kilku tureckich klubów. Ale podjąłem decyzję, by przyjść tutaj, gdzie mam szansę na sporo minut, gdzie gra się dobrą piłkę.

Kiedy myślisz, gdzie cię ta obrana latem droga zawiedzie, to o czym marzysz?

O powrocie do Manchesteru City i grze na Etihad. Jako piłkarz akademii miałem darmowe bilety na mecze Manchesteru City, zaprzyjaźniłem się też z kilkoma zawodnikami z pierwszej drużyny, więc kiedy chciałem, mogłem oglądać spotkania w ich loży. Chłonąć atmosferę. Kiedy to sobie przypominam, uświadamiam sobie, jak bardzo chcę tam wrócić.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. główne Raków Częstochowa

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Abominator

O co chodzi z tym jaraniem się transferem wychowanka City? W naszej buraczanej lidze byli juzw wychowankowie Barcelon, Bayernów (Sikorski!!) i innych klubów tysiąclecia, a nic z tego nie wyniknęło. Z kolei ligą zawładnęli wychowankowie np. DJuSSz Dyneburg (Rudniew), CS Herediano (Junior Diaz), czy Enyimba IFC (Uche).
Ten sympatyczny pan nie zagrał w Rakowie ani sekundy i wiele nie pogra, bo jest ze szkła i pewnie ma cofany licznik. W przeciwnym razie City by się go nie pozbywało. Tylko dziennikarze-stażyści widząc nazwę Manchester dostają cieczki.

Momo1100

Był w City ok, ale nie to jest najważniejsze a to ile ma tak naprawdę lat 😉

RobRob

A ja myslalem, ze to wychowanek City przychodzi do Rakowa. No coz, zobaczymy co z tego bedzie.

wpDiscuz