Dekada małych kroków do przodu. Skąd wziął się sukces Jagiellonii?
Weszło

Dekada małych kroków do przodu. Skąd wziął się sukces Jagiellonii?

Wyeliminowanie portugalskiego Rio Ave to jak na razie największy pucharowy sukces w historii Jagiellonii. Można jednak zakładać, że jeśli nie zejdzie ona z drogi, którą obrała mniej więcej dekadę temu, wkrótce zapisane zostaną kolejne chwalebne karty w jej dziejach. Jak to się stało, że klub, w którym jeszcze 15 lat temu wyłączano prąd, a osiem lat temu delegat UEFA ze wściekłości i bezradności rozkładał ręce, dziś jest już drugą – a w najgorszym razie trzecią – siłą polskiej piłki?

To nie przypadek, na obecną pozycję białostockiej ekipy złożył się szereg konsekwentnie prowadzonych działań. Rozmawiamy z osobami, które zmiany widziały na własne oczy lub wręcz są ich zasadniczą częścią. 

Gdy Jagiellonia wchodziła do Ekstraklasy w 2007 roku, była raczej ciekawostką niż marką. Mogła się pochwalić jedynie czterema sezonami na najwyższym szczeblu. Nie miała w zasadzie żadnej historii czy tradycji. Do połowy lat 70. rywalizowała jedynie na szczeblu okręgowym, przez kolejnych kilkanaście grała na drugim lub trzecim froncie i dopiero w 1987 roku po raz pierwszy weszła do elity. Spadła po trzech sezonach, dwa lata później na moment wróciła i potem znów zaczął się gorszy okres.

 – Pamiętam czasy, gdy chodziłem jeszcze na III czy IV ligę z tatą i dziadkiem. Nikomu nawet nie przychodziło do głowy, że Jagiellonia kiedyś będzie grała w europejskich pucharach na nowiutkim stadionie. Wtedy naszymi szlagierami były mecze z Hutnikiem Warszawa, „bitwa o awans”, a spotkania w Pucharze Polski z Pogonią Szczecin czy Legią stanowiły wielkie wydarzenia. Piłkarsko dzieliła nas przepaść, dziś „Jaga” sportowo znajduje się na bardzo podobnym poziomie jak Legia – wspomina Marek Wasiluk. Obrońca Chrobrego Głogów to rodowity białostoczanin i wychowanek żółto-czerwonych. W 2008 roku sprzedano go do Cracovii za 300 tys. euro. Wrócił po sześciu latach i choć nie grał za dużo, wywalczył wszystkie trzy medale, którymi klub może się pochwalić.

Od blisko dziesięciu lat w Jagiellonii jest Agnieszka Syczewska, obecnie wiceprezes. Ona jak mało kto wie, jak długą drogę trzeba było przebyć. – Gdy przychodziłam do klubu, nikt z nas nawet nie marzył, że za kilka lat nadejdą regularne sukcesy. Skupialiśmy się na codziennych problemach, z dzisiejszej perspektywy śmiesznych. To była proza życia, walka o przetrwanie, były problemy finansowe i jakoś musieliśmy sobie radzić. Wymagało to wiele inwencji, ale naszą siłą byli i są ludzie. Niektórzy inwestorzy pomagali klubowi jeszcze wcześniej, a dla pracowników nie jest to zwykła praca, są w nią zaangażowani emocjonalnie. Niedawno po dziesięciu latach wróciliśmy na Jurowiecką, mamy nowe biura. Historia zatoczyła koło – opowiada nam, dodając: – Klub bardzo rozsądnie wydaje pieniądze. Tamte trudne czasy nauczyły nas racjonalności i radzenia sobie z problemami.

Agnieszka Syczewska. Fot. newspix

Agnieszka Syczewska. Fot. newspix

Głównym udziałowcem i przewodniczącym rady nadzorczej jest obecnie Wojciech Strzałkowski. Gdyby nie on, możliwe, że dziś nie mielibyśmy o czym pisać. W 2003 roku wraz ze wspólnikiem uratował „Jagę”, gdy ta była na skraju bankructwa. Wszystkich trudności od razu jednak nie pokonano. Na początku dochodziło nawet do tego, że w klubie wyłączano prąd. W XXI wieku.

Udało się jednak odbić od dna i pomaleńku wychodzono na prostą. „Jaga” latem 2003 przedostała się na zaplecze Ekstraklasy i po czterech sezonach, prowadzona przez Artura Płatka, przebiła się do grona najlepszych. Już rok wcześniej była blisko. Zajęła trzecie miejsce, ale przegrała baraż z Arką Gdynia.

Wasiluk wchodził wtedy do pierwszego zespołu. Jego zdaniem w tamtym czasie zaczęły się tworzyć podwaliny pod przyszłe sukcesy. – Pierwszym krokiem do tego, co mamy dziś, było pojawienie się Adama Nawałki w 2004 roku w ówczesnej II lidze. U niego organizacyjnie wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Zmienił podejście ludzi w klubie na takie, że to zawodnicy są najważniejsi, to na nich ma pracować reszta i muszą mieć oni wszystko, czego potrzebują. Stawano na głowie, żeby niczego w klubie nie brakowało. Pojechaliśmy na obóz do Turcji, boiska były idealnie przygotowane, mieliśmy odżywki, odnowę biologiczną, odpowiednio dobrane posiłki. Wiązało się to z określonymi kosztami, ale udało się całość pospinać i wejść poziom wyżej w funkcjonowaniu klubu – uważa doświadczony obrońca.

W sezonie z awansem rozegrał dziewięć meczów ligowych, za to w Ekstraklasie zaczął już regularnie występować w wyjściowym składzie. – W pierwszym sezonie po awansie mieliśmy dobrą jesień i fatalną wiosnę. Przegraliśmy dziewięć ostatnich meczów, ledwo się utrzymaliśmy. Doszło do wielkich zmian kadrowych, wymieniono prawie cały skład. Mnie sprzedano do Cracovii. Wtedy przyszedł Michał Probierz, nieco wcześniej w klubie pojawił się Cezary Kulesza. Zmiany pomogły, zajęto ósme miejsce, a w sezonie 2009/10 udało się spokojnie utrzymać mimo kary i dołożono Puchar Polski, co stanowiło historyczny sukces. To był kolejny ważny etap dla Jagiellonii – mówi Wasiluk.

 – Z tamtego okresu najbardziej pamiętam, że przenieśliśmy się z Jurowieckiej na stary obiekt Hetmana Białystok. Po awansie ruszyły prace nad oświetleniem i podgrzewaną murawą, którą położono już z myślą o nowym stadionie w przyszłości. W efekcie murawa względem starych trybun była położona krzywo. Gdy się biegło wzdłuż linii, trybuny się oddalały. Dziwne uczucie, a że grałem na boku obrony, często tego doświadczałem. Dopiero jak postawiono bandy reklamowe, mniej się to odczuwało – wspomina ze śmiechem.

Marek Wasiluk w barwach Jagiellonii. Fot. FotoPyk

Marek Wasiluk w barwach Jagiellonii. Fot. FotoPyk

Wielu uważa, że właśnie sezon 2009/10, który rozpoczęto z dziesięcioma ujemnymi punktami, był krokiem milowym dla „Jagi”. – Nic się nie stało z dnia na dzień, czy nawet z roku na rok. Potrzebowaliśmy blisko dekady i nadal chcemy iść do przodu. Gdy zostawałem prezesem, byliśmy w trakcie sezonu z karą za grzechy poprzedniego zarządu. Mimo to na zero wyszliśmy już po czterech kolejkach – przypomina Cezary Kulesza.

Wtóruje mu Agnieszka Syczewska. – Dla mnie tamten sezon był kamieniem węgielnym. Wszyscy włożyli mnóstwo wysiłku w utrzymanie, udało się je zapewnić bez nerwów. Do tego wywalczony Puchar Polski. Tamten okres nas wzmocnił, bo wielkim testem był też pierwszy mecz w europejskich pucharach – z Arisem Saloniki. Był to rywal wymagający w każdym aspekcie, nie tylko sportowym. Dał nam też popalić organizacyjnie i zapewnił wiele przygód w rewanżu. Rzucano w nas kamieniami, w autokarze z członkami rady nadzorczej były koktajle Mołotowa. Ciężkie przeżycia, ale też bardzo cenne w aspekcie pucharowego doświadczenia.

 – Pamiętam przyjazd delegata UEFA dzień przed meczem z Arisem. Gdy zobaczył stary stadion i kontenery będące szatniami, salami odpraw czy pomieszczeniami dla prasy, wpadł we wściekłość. Powiedział, że gdyby zjawił się tu tydzień wcześniej, nigdy by się na rozegranie tego meczu nie zgodził. Mieliśmy jeszcze kilkanaście godzin, naprawiliśmy największe niedociągnięcia i jakoś się udało. Dziś mamy fantastyczne warunki, inna rzeczywistość. Dla porównania – delegat, który przybył do nas w ubiegłym tygodniu, dosłownie zakochał się w nowym stadionie. Dostaliśmy już pisemne potwierdzenie, że otrzymał on kategorię czwartą, pozwalające na rozgrywanie meczów fazy grupowej Ligi Europy. Delegat stwierdził, że nawet stadion Realu Madryt nie ma tak funkcjonalnych rozwiązań jak te, które dostrzega tutaj. Gdy przypomnę sobie, co było osiem lat temu, najlepiej widzę, jaki postęp zanotowaliśmy – nie ukrywa dumy pani wiceprezes.

Pierwsze spotkanie z Arisem przegrano 1:2, ale w Salonikach kwestia awansu pozostawała na ostrzu noża. Jagiellonia prowadziła 2:1, ale wtedy do akcji wkroczył sędzia. – Czuliśmy się trochę oszukani. Podyktowano Arisowi dyskusyjny rzut karny. Ale to było pierwsze przetarcie, po którym „Jaga” wskoczyła na wyższy poziom. Wszyscy w Białymstoku przekonali się, że są w stanie zbudować mocny klub, a rywal z lepszej ligi to nie jakiś kosmos i nie ma się czego bać – mówi Marcin Burkhardt, który zawitał do Białegostoku zimą 2010 roku i zdobył oba trofea, które klub ma w gablocie (Puchar Polski, Superpuchar Polski). Pamięta, że w Grecji nie tylko udziałowcy klubu swoje przeżyli. – Nas przywitano na naszej połowie gazem łzawiącym. Trener Probierz z asystentem wyleciał na trybuny po decyzjach sędziego. Było gorąco – przyznaje.

Już wtedy wydawało się, że klub zmierzał we właściwym kierunku. Mieliśmy w zespole zawodników z doświadczeniem pucharowym i reprezentacyjnym. Poza mną Tomka Frankowskiego, Kamila Grosickiego, Andriusa Skerlę. Mój transfer przechodził jeszcze przez prezesa Wiesława Wołoszyna, ale pieczę nad tym wszystkim sprawował Cezary Kulesza – dodaje 10-krotny reprezentant Polski.

Kulesza został prezesem Jagiellonii 20 stycznia 2010 roku. Jego osoba jest w tej historii kluczowa i jeśli ktoś dziś ma wypinać pierś po ordery, to w pierwszej kolejności on. Klub nigdy nie miał dyrektora sportowego, to Kulesza w praktyce odpowiada za transfery. – Prezes ma nosa i do nazwisk, i do biznesu, potrafi odpowiednio negocjować zakup lub sprzedaż piłkarza. Wyciska z sytuacji, ile się da, Jagiellonia rzadko przepłaca – chwali Burkhardt. – Prezes ma bardzo dużą skuteczność. Świetnie się tu odnajduje. Jeżeli kogoś sprzedajemy, najczęściej udaje się sprowadzić godnych następców – podkreśla Syczewska.

– Pewnie tak jest, trudno mi się wypowiadać na swój temat. Cały czas działam tak samo. Pamiętajmy, że zawsze jakieś wpadki będą, margines błędu musi być. Dziś piłkarze chętniej niż kiedyś przychodzą do Jagiellonii. Każdy, do kogo zadzwonią, powie im, że klub jest wypłacalny, że jest dobra atmosfera. Do tego stadion, coraz lepsze wyniki, Białystok jako fajne miejsce do życia. Mamy coraz więcej atutów – mówi sam zainteresowany.

Cezary Kulesza. Fot. FotoPyk

Cezary Kulesza. Fot. FotoPyk

Jagiellonia ma aż dziesięciu współwłaścicieli, ale w kwestiach polityki kadrowej ten układ w zasadzie nie obowiązuje. – Rada nadzorcza w tych sprawach ma do mnie pełne zaufanie. Jeśli rekomenduję jakiegoś piłkarza – w jedną lub drugą stronę – to nie zdarzyło się jeszcze, żeby nie było zgody, żeby ktoś naciskał na inną decyzję – potwierdza Kulesza.

Dawniej było jednak trudniej.

Burkhardt: – Nieraz dany udziałowiec opłacał kontrakt danego piłkarza.
Wasiluk: – Na dłuższą metę nie byłoby to do końca zdrowe. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że każdy z dziesięciu współwłaścicieli opłaca po dwóch zawodników. Od razu pojawiłyby się tarcia, dlaczego ktoś gra, a inny nie. Trener musiałby zadowolić oczekiwania nie tylko swoich piłkarzy, ale również każdego udziałowca.
Kulesza: – Na początku potrzebowaliśmy nieraz pomocy akcjonariuszy i taka pomoc zawsze docierała. Od paru ładnych lat Jagiellonia sama się finansuje i takie sytuacje już się nie zdarzają.

Taki układ właścicielski to potencjalnie wiele trudności w dogadaniu się, ale piłkarze zapewniają, że ich to nie dotyczyło. – Piłkarze nie odczuwają, że klub ma taką strukturę, nie muszą się tym interesować. Gdy dochodziło do jakichś rozmów, to z prezesem Kuleszą lub wiceprezes Syczewską – mówi Wasiluk. – Bardziej trenerzy mogli mieć trudności, ale to też było do przeskoczenia – dodaje Burkhardt.

Kulesza zapewnia, że przy tylu akcjonariuszach decyzyjność klubu nie jest sparaliżowana. – Nigdy nie mieliśmy problemów, żeby w ten sposób sprawnie funkcjonować. Zawsze, gdy trzeba podjąć szybką decyzję, to ją podejmujemy, nawet w ciągu kilku godzin.

Rozmowy na mniej pilne tematy nie zawsze jednak są proste. – Takie burze mózgów nieraz są bardzo potrzebne. Mówimy o osobach z regionu, związanych z klubem od wielu lat i wspierających go w najtrudniejszych okresach. Może ta liczba faktycznie trochę przeraża, ale dla wszystkich dobro Jagiellonii jest najważniejsze, osobiste interesy schodzą na dalszy plan. Praktyka pokazuje, że ten model dobrze funkcjonuje – podsumowuje Agnieszka Syczewska.

Dziś największym atutem Jagiellonii jest spokojna sytuacja klubu. Kulesza rozwija wątek: – Kluczowa jest stabilność finansowa. A żeby ją mieć, trzeba wyszukiwać dobrych piłkarzy, wypromować ich i sprzedać za lepsze pieniądze. To się udawało, krok po kroku szliśmy do przodu i dziś jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Wizerunkowo sporo nam dał transfer Kamila Grosickiego do Turcji, ale już wcześniej jak na polskie realia za wysokie kwoty sprzedawaliśmy Marka Wasiluka do Cracovii i Roberta Szczota do Górnika Zabrze. Szczot rozegrał u nas zaledwie jedną rundę i wystarczyło. Udawało się na tym wszystkim zyskiwać, dzięki czemu dziś możemy gwarantować kolejnym piłkarzom, że to, na co się umawiamy, będą mieli zapłacone bez żadnych opóźnień.

Jagiellonia w ostatnich latach uchodzi za klub żyjący ze sprzedaży piłkarzy. Wspomniany Grosicki odchodził za 900 tys. euro, dziś „Jaga” ma już na koncie pięć transakcji za co najmniej milion europejskiej waluty. Nie jest to może element kluczowy, ale Kulesza przyznaje, że bez niego byłoby trudniej. – W jakimś stopniu te transfery są niezbędne. Nie mamy tytularnego sponsora, który zapewni nam stabilność finansową bez względu na inne sprawy. Posiłkujemy się tym, że przynajmniej rak w roku sprzedajemy kogoś za dobre pieniądze.

Czy nie istnieje jednak ryzyko, że klub za bardzo uzależni się od wpływów z transferów i jeśli nadejdzie moment posuchy, to trzeba będzie wrócić do poprzedniego szeregu? Marek Wasiluk uważa, że nie. – Sądzę, że nie ma wielkiego zagrożenia i władze klubu patrzą z pewnym wyprzedzeniem. Fundamenty są na tyle stabilne, że brak jednego czy drugiego transferu nimi nie zachwieje. Na nowy stadion zawsze przyjdzie przynajmniej 8-10 tys. kibiców, zagwarantowane są określone wpływy z praw telewizyjnych i środki od sponsorów. Wszystko jest szyte na miarę, nie szarżuje się finansowo, dlatego nie powinno być sytuacji, że jeśli kogoś nie sprzedamy, to zabraknie na pensje. Klub potrafił odrzucać korzystne oferty za Tarasa Romanczuka, w razie potrzeby Przemek Frankowski czy Arczi Novikovas też mogliby już odejść, bo były takie możliwości. Będąc przez ostatnie cztery lata w Jagiellonii, ani razu nie zdarzyło się, żebym dostał pensję czy premię z opóźnieniem, nawet jednodniowym. Klub nadal nie jest krezusem, ale i tak dużo się zmieniło. Kontrakty, które są dziś, cztery lata temu jeszcze byłyby poza zasięgiem. Koniunktura się napędziła, więc można sobie na więcej pozwolić, przychodzą coraz lepsi, więc i coraz drożsi piłkarze.

No właśnie, w Białymstoku zimą 2017 deklarowano, że mimo wielu ofert nikt nie odejdzie i skład zostanie utrzymany do końca sezonu. Słowa dotrzymano, a do tego w tamtym okienku przyszli Arvydas Novikovas i Cillian Sheridan. – Poszła informacja do prasy, rozeszła się wśród kibiców i nie chcieliśmy się z tego wycofywać, żeby nie wyszło, że oszukujemy. Zbyt często takich obietnic składać nie można, ale opłaciło się. Przy takich zawodnikach jak Taras Romanczuk inni zawodnicy też stają się lepsi – komentuje Kulesza.

 – Jagiellonia zawsze budowała powoli. Nigdy nie było jakichś mega transferów, wydawania wielkich pieniędzy. Nie sprowadzano gwiazd, tylko raczej solidnych zawodników, którzy w Białymstoku wznosili się ponad przeciętność. Miasto też się rozwijało, widać różnicę i niejako na równi z tym szedł rozwój klubu – dodaje Marcin Burkhardt.

Kolejny ważny element białostockiej układanki: brak nerwowych ruchów. W Jagiellonii rzadko działano pochopnie, pod wpływem emocji. – Trener Probierz pracował u nas trzy i pół roku, co chyba najlepiej pokazuje, że potrafimy zachować spokój w trudnych momentach – kwituje Kulesza.

Prezes Kulesza i Michał Probierz po zdobyciu wicemistrzostwa w 2017 roku. Fot. newspix

Prezes Kulesza i Michał Probierz po zdobyciu wicemistrzostwa w 2017 roku. Fot. newspix

Marek Wasiluk ma tu swoją teorię. – Dla mnie trzeci kluczowy etap to właśnie powrót trenera Probierza. Ale musiano wyciągnąć odpowiednie wnioski, gdy po trzecim miejscu, w kolejnym roku zajęliśmy dopiero jedenaste. I wyciągnięto, trafnie zdiagnozowano przyczynę. W sezonie 2014/15 mieliśmy bardzo wyrównaną kadrę, 20-22 zawodników na podobnym poziomie. Potem 5-6 odeszło i nie od razu przyszli wartościowi następcy. Wchodziło więcej młodzieży, ale ona potrzebowała czasu. Czytam wypowiedzi piłkarzy Barcelony czy Bayernu, że na treningach czasem trudniej strzelić gola niż w meczach ligowych, tak duża jest rywalizacja. To klucz, wtedy każdy ma bodziec do ciągłego rozwoju. Nam tego trochę brakowało i potrzebowaliśmy roku, żeby uzyskać balans i stabilizację, którą „Jaga” ma do dziś. Teraz to drużyna, w której praktycznie na każdej pozycji jest po dwóch ludzi o bardzo zbliżonym potencjale. Sam na tym traciłem, chwilami byłem sfrustrowany, że znów nie zagram mimo dobrej dyspozycji, ale z perspektywy zespołu tak duże pole manewru działało wyłącznie na jego korzyść.

Również o tym chcieliśmy porozmawiać z Michałem Probierzem, ale trener Cracovii odmówił komentarza, mówiąc, że na tematy Jagiellonii się nie wypowiada.

 – Odeszło nam wtedy pięciu zawodników z podstawowego składu. Zastąpienie ich wszystkich w ciągu paru tygodni było niemożliwe, zespół musiał się zgrać. Potrzebowaliśmy czasu, żeby uzyskać stabilność. Byłem jednak świadom, że tak może być, nie zostaliśmy zaskoczeni gorszym wynikiem – mówi Kulesza. To ostatnie zdanie najlepiej pokazuje, dlaczego jest dobrym prezesem. Jagiellonia straciła wtedy Michała Pazdana, Macieja Gajosa, Patryka Tuszyńskiego, Nikę Dzalamidze i Mateusza Piątkowskiego, odszedł też Jakub Słowik. Co prawda przyszli Konstantin Vassiljev, Fedor Cernych, Jacek Góralski czy Piotr Tomasik, ale musiało trochę minąć, nim wszystko zatrybiło. W pewnym momencie zrobiło się nerwowo. W sezonie 2015/16 Jagiellonia utrzymanie zapewniła sobie dopiero na finiszu, a gdyby w dramatycznych okolicznościach nie wyszła od 1:2 do 3:2 z Podbeskidziem w 34. kolejce, mogłoby być naprawdę nieciekawie.

Gdy już jednak zatrybiło, „Jaga” dwa razy z rzędu zajęła drugie miejsce, do ostatniej kolejki walcząc o mistrzostwo.

jagiellonia sezony w ekstraklasie

Czy można stwierdzić, że tytuł to tylko kwestia czasu? – Mimo wielu postępów, nadal pewnych rzeczy się nie przeskoczy, Legia czy Lech są w stanie płacić 2-3 razy więcej. Nieprędko Jagiellonia będzie faworytem do tytułu, nie ona będzie do niego zobligowana. Jestem jednak przekonany, że nie będzie jak w Śląsku Wrocław za moich czasów, gdzie osiągnęliśmy kilka sukcesów, a potem wszystko się rozmyło i Śląsk do teraz jest drużyną na pograniczu grupy mistrzowskiej i spadkowej. „Jaga” tego uniknie i cały czas będzie się kręciła wokół ligowego TOP4 – stwierdza Wasiluk.

Marzenia są, ale spokojnie. Najważniejsze, żeby zawsze wchodzić do ósemki, bo to otwiera możliwość walczenia o coś więcej. Trudno planować i przewidywać w piłce. Staramy się niczego nie zepsuć w tym, co już dobrze działa i systematycznie robić postępy na innych polach. Zawsze istnieje ryzyko, że trafi się gorszy sezon, ale kładziemy duży nacisk na szkolenie młodzieży, sprowadzamy utalentowanych chłopaków nie tylko z naszego regionu. W tym roku zdobyliśmy mistrzostwo Polski U-17, mamy fajną młodzież i sądzę, że niedługo niektórzy dołączą do pierwszego zespołu i będą walczyć o skład – Cezary Kulesza widzi powody do optymizmu.

Wkrótce tych powodów będzie jeszcze więcej, bo Jagiellonia wreszcie zażegna swoją największa bolączkę z ostatnich lat. Sukcesy sportowe nie szły bowiem w parze z zapleczem treningowym, co stanowiło duży problem, również wizerunkowy. Drużyna na treningi musiała jeździć i jeszcze chwilę pojeździ do Pogorzałek. – Pogorzałki nie były najgorsze, choć szatnia i budynek nie imponowały. Można jednak było się przyzwyczaić. Najważniejsze, że mieliśmy równe boisko, choć nie do końca wymiarowe. Już na miejscu w Białymstoku trenowaliśmy na jednej z najlepiej wyposażonych siłowni w Polsce – wspomina Marcin Burkhardt.

Do Pogorzałek jechało się 20-25 minut. Nie była to wielka trasa, zawsze podróżowało się z kimś, był czas pogadać. Szybko zlatywało. Problem polegał na tym, że od lat wiedziano, iż to baza przejściowa, więc nie przeprowadzano tam żadnych inwestycji, warunki nie były idealne – przyznaje Wasiluk.

To już jednak wkrótce będzie nieaktualne. – W kwietniu ruszyła budowa naszej bazy treningowej [koszty szacuje się na 15 mln zł, 1/3 pokryją dotacje, PM]. Prace powinny się zakończyć w grudniu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, piłkarze rozpoczną w niej już przygotowania do wiosny. Powstaną trzy boiska, z czego dwa pełnowymiarowe – jedno z naturalną, podgrzewaną murawą, drugie ze sztuczną nawierzchnią pod balonem, więc pogoda przestanie mieć znaczenie.  Do tego pełne zaplecze szatniowe i tym podobne. Długo walczyliśmy o te tereny, ale udało się. To na pewno nie rozwiąże wszystkich naszych problemów. Mamy trzynaście drużyn młodzieżowych, potrzeby są jeszcze większe, ale pierwszy zespół będzie miał wreszcie zagwarantowany pełen komfort. A potem przyjdzie pora na dalsze działania – tłumaczy wiceprezes Syczewska.

I można być pewnym, że te dalsze działania będą. Jagiellonia na przestrzeni ostatnich lat nieustannie się rozwija. Nie oczekujcie jednak czegoś spektakularnego. Nie są to wielkie skoki, bardziej mozolna wędrówka i powolne dokładanie kolejnych warstw. – Prezes często powtarza, że najlepiej jeść małą łyżką. Dużą łatwo się zakrztusić. Krok po kroku, pomału cały czas do przodu – puentuje Syczewska.

Siłą klubu zawsze będą też kibice. Jagiellonia na miejscu nie ma konkurencji. – Dla całego regionu ten klub to taki cukierek, którym trzeba się delektować. Wszyscy z Podlasia ciągną do Jagiellonii, widać to nawet po różnych dotacjach. I trudno się dziwić, bo w promieniu dwustu kilometrów innego większego klubu nie ma. Następna jest dopiero Warszawa z Legią – mówi Marcin Burkhardt. – W Białymstoku i okolicach w każdym momencie odczuwało się przywiązanie ludzi do Jagiellonii. Na jej mecze zjeżdżają się autokary z całego województwa – potwierdza Marek Wasiluk.

Wszystko, co osiągnięto w „Jadze” jest tym bardziej godne podkreślenia, że również dziś odstaje ona finansowo nie tylko od „wielkiej dwójki”. Widzimy jednak, że najważniejsze jest efektywne wydawanie tego, czym się dysponuje, a w tym względzie chyba nie ma w polskiej piłce lepszego przykładu za ostatnie lata. Kolejne sukcesy sprawiają zresztą, że pozycja negocjacyjna klubu ulega zmianie. – Spójrzmy, ilu zawodników związanych z Jagiellonią grało ostatnio w reprezentacji Adama Nawałki: Kamil Grosicki, Michał Pazdan, Maciej Makuszewski, Jacek Góralski, Thiago Cionek, powołania dostawał Przemek Frankowski. Takie historie zachęcają kolejnych, żeby do nas przyjść. Regularnie pokazujemy innym piłkarzom, że można się u nas wypromować i w przyszłości iść tam gdzie, już płacą naprawdę duże pieniądze. Taka polityka klubu była, jest i prawdopodobnie zawsze będzie – komentuje Agnieszka Syczewska.

 – W „Jadze” patrzą realnie, nie obiecują złotych gór, ale ze swoich zobowiązań w pełni się wywiązują. Jeśli zawodnik jest w miarę inteligentny i nie chodzi mu jedynie o skok na kasę, to dojdzie do wniosku, że z Jagiellonii może się łatwiej wybić niż z klubu, w którym teraz zarobiłby więcej, ale miałby mniejsze perspektywy rozwoju – wtrąca Marcin Burkhardt.

I podkreśla: – Nie jestem zdziwiony miejscem, w którym jest dziś „Jaga”. Ostatni sukces, jakim było wyeliminowanie Rio Ave, to efekt polityki transferowej z zeszłego sezonu. Utrzymano skład, doszli jeszcze nowi zawodnicy. Zespół nie został rozbity, co w przypadku naszych pucharowiczów jest rzadkością. Drużyna jest zgrana i wie, co chce grać. W rewanżu z Portugalczykami było to widać, zawodnicy przesuwali się, jakby grali ze sobą od paru lat. Gdy masz 8-9 piłkarzy, którzy znają się na wylot, zdecydowanie łatwiej wtedy wprowadzić 2-3 nowych. Tak to powinno wyglądać.

Sporym wyczynem jest także płynne zastąpienie Michała Probierza. Wydawało się, że ktokolwiek przyjdzie, nie będzie w stanie wejść w jego buty. Nie było też jednomyślności właścicieli, kto powinien go zastąpić, ścierały się różne wizje. Zatrudnienie Ireneusza Mamrota uznano za swego rodzaju kompromis, godzący wszystkie „frakcje”. Wyszło znakomicie, dziś to były szkoleniowiec Chrobrego Głogów triumfuje.

Krótko mówiąc: słowa uznania za to, jak wielki postęp wykonano w ciągu minionej dekady za stosunkowo niewielkie pieniądze. Oby więcej takich historii w naszej lidze.

Oczywiście nie oznacza to, że Jagiellonia jest klubem idealnym i krystalicznym. Nie jest i nie taki wizerunek chcemy kreować. Jak każdy klub, ma swoje za uszami, że na poczekaniu wspomnimy tylko kilka Klubów Kokosa, niejasności przy sprzedaży Grzegorza Sandomierskiego do Racingu Genk czy wymigiwanie się w ostatnim czasie od wpuszczania kibiców gości. Nie ulega jednak wątpliwości, że ogólnie w Białymstoku już dawno obrali właściwy kurs, trzymają się go i mają coraz lepsze efekty, które muszą budzić szacunek. Póki co, sufitu nie widać.

PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (82)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

z0rd

Idealnie byłoby, gdyby więcej klubów brało przykład z Jagiellonii i rozwijało się w sposób stabilny, cierpliwie i małymi krokami. Większość pompuje kasę (często się zadłużając) i chce efektów na już, a to tak nie działa. Legia musiałaby popracować solidnie u podstaw poświęcając co najmniej sezon, ale tak się nie stanie bo ona „zawsze gra o mistrzostwo”, jest presja na wynik i nerwowe, nieprzemyslane ruchy, gdy wyników brak.

shav0
Melanż w Dudelanż

Racja. Legia przez to że inne kluby właściwie oddają jej mistrza to przestała się rozwijać. Najbardziej należy się Jadze ale w tym składzie to musieliby mieć super mega sezon.

77

Warto dodać że C.Kulesza to były zawodnik Jagiellonii.

elchullogrande
CF Granma

Ciekawi mnie, co to za funkcjonalne rozwiązania na stadionie – że nawet Real ich nie ma 😉

Stasiu Kolasa

Santiago Bernabeu ma jednak już ponad 70 lat, a stadion w Białymstoku w pełni oddano do użytku w 2014, więc siłą rzeczy zawsze znajdą się jakieś drobnostki (typu odległość z szatni do boiska) które w dzisiejszych czasach i przy dzisiejszych trendach w architekturze są czymś normalnym, a kiedyś tego nie stosowano.

KręciNasZdzisek
KS Nadstal Krzaki Czaplinkowskie

Dobrze, że to napisałeś. Porównywanie Santiago Bernabeu do stadionu zbudowanego w Polsce po EURO 2012 nie ma najmniejszego sensu.

KręciNasZdzisek
KS Nadstal Krzaki Czaplinkowskie

Dobrze, że to napisałeś. Porównywanie Santiago Bernabeu do stadionu zbudowanego w Polsce po EURO 2012 nie ma najmniejszego sensu.

jazwima

nie wiem czy Estadio Santiago Bernabéu ma system Digital Signage Cisco… :)

skttr

Jagiellonia jest trochę jak Lech, też praca u podstaw, mierzenie sił na zamiary i klub całego regionu z dużą bazą fanów. Różnica polega na tym, że Lech obraca większymi pieniędzmi, szybciej postawił na szkolenie, więc już ma z tego korzyści w postaci dużych przychodów i wychowanków. Drugą różnicą jest to, że pion sportowy, mimo mniejszych niż w Lechu pieniędzy radzi sobie o wiele lepiej w Jagiellonii. Ale tak czy inaczej, jest sporo punktów stycznych w funkcjonowaniu tych klubów imo.

Stasiu Kolasa

– Jagiellonia zawsze budowała powoli. Nigdy nie było jakichś mega transferów, wydawania wielkich pieniędzy. Nie sprowadzano gwiazd, tylko raczej solidnych zawodników, którzy w Białymstoku wznosili się ponad przeciętność. Miasto też się rozwijało, widać różnicę i niejako na równi z tym szedł rozwój klubu – dodaje Marcin Burkhardt.

To trochę nieprawda, bo stosunkowo niedawno był taki okres, że jednak w Jagiellonii poszli „w nazwiska” – wystarczy wspomnieć Grzegorza Rasiaka, Ebiego Smolarka, a i na siłę można pod to podpiąć i autora powyższej wypowiedzi :)

Staszek Anioł

Mierzenie sił na zamiary? Chyba odwrotnie.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Staszek Anioł

„Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?”.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Staszek Anioł

Widzę, że ty też nie rozumiesz, co to znaczy mierzyć siły na zamiary według Wieszcza, ale nie jesteś sam.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

14

Zaznaczcie że artykuł jest sponsorowany.
Jeśli wy awans do 3 rundy el. LE i 2 miejsce w e-klapie nazywać sukcesem, to Polską piłkę należy zaorać.
Już pomijamy te podwójne standardy, gdy Lech czy Legia nie wchodzi do fazy grupowej, to przez tydzień czytamy o słabości naszej piłki i kompromitacji, a tutaj 3 runda to sukces- WSTYD panie Michalak, wstyd.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Buncol

Niech Lech będzie pierwsza siła w Polsce a Legia zdobywa 4 mistrzostwo z rzędu. Nie mam nic przeciwko. Swoją drogą jeśli pierwsza siła w Polsce ma problem by regularnie łapać się na podium to jest to jakaś siła nueziemska

wysek10

Czytaj ze zrozumieniem artykuł, a przepraszam… masz z tym problem.

Szymko

Teraz dla każdego polskiego klubu 3 runda będzie sukcesem. Taką mamy ligę ,a do niektórych to jeszcze nie dotarło.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

skttr

To jest czysty hejt. Jagiellonia na polskie warunki osiągnęła bardzo dużo w sposób przejrzysty i profesjonalny. Doszła do miejsca, o którym marzy pewnie 13 innych klubów w Ekstraklasie, zaczynając od niczego. Jej drogą podąża też Miedź i jest to obok tego co robi Lech, jedyna słuszna droga dla biednych klubów. Więc negowanie tego sukcesu jest idiotyzmem i stereotypowym polactwem najgorszego sortu.

Buncol

Lech wydał właśnie na transfery jakieś 3 mln euro. Gdzie ty porownujesz jage do Lecha. Dwa inne światy inne budżety inne realia. Jaga pierwszy raz w życiu przeszła 2 rundę i już zaczyna się spuszczanie. Rok czy dwa lata temu identyczne spuszczanie było nad zagłębiem gdy w drugiej rundzie przeszli Partizan. Potem szybki wpierdol od Mityiland i słabe wyniki w lidze. Ale co się weszlo naspuszczalo nad zagłębiem to ich. Teraz onanizuja się nad Jagiellonia która kompletnie nic jeszcze nie osiągnęła

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Morderca z glebi lasu

Od Sonderjyske

Fort Czerniakowski
Legia

Jedno się nie zmienia w tym kraju od czasów PRLu. Najważniejsza jest ofiarność a efektywność pogardzana. I co niby teraz, powinniśmy brać przykład z Jagiellonii i budować klub na 2-3 miejsce w lidze? Taki, gdzie wyeliminowanie Rio Ave to sufit?
Wszedłem poczytać o tych sukcesach Jagiellonii, bo myślałem, że może przespałem jakieś… ale gdzież tam. Sukcesy to pierdolenie głupot waszych ekspertów. wieczne propagowanie średniactwa.
Kiedyś się wkurzałem na Weszło i inne media, że zaniżają polską ligę ale nie… myliłem się. Wy po prostu znakomicie do siebie pasujecie, miernoty z boiska, chwalone przez miernoty z mediów i zarządzane przez półgłówków z gabinetów

skttr

Jeśli nie widzisz sukcesu Jagi w przejściu z biedy do stabilizacji na wysokim polskim poziomie, to znaczy że jesteś ślepy. Właśnie w przypadku Jagi sukcesem jest efektywność, bo mając 6 razy mniejsze pieniądze od Legii, zdobywa w lidze tyle samo punktów. To właśnie Twoja Legia to ostoja PRLowskiego myślenia – centralizacji, generowania kosztów niewspołmiernych do rezultatów w celach głównie prestiżowych, a nie by osiągać realny, stały efekt, ignorowania budowania bazy do rozwoju, w imię doraźnego sukcesu. Naprawdę, samozaorałeś się tym swoim wpisem legionisto.

Fort Czerniakowski
Legia

Sukcesy, to nie wykresy u księgowej ani artykuły na weszło tylko zdobycze piłkarskie. Sukcesy to osiągali w Polsce: Górnik, Legia, Wisła, Widzew czy przed wojną Ruch Chorzów. Jagiellonia póki co to może jest na jakiejś drodze do sukcesów

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

skttr

Każdy z tych wymienionych przez Ciebie klubów „osiągających sukcesy” był właśnie wykwitem PRLu i zarządzania w socjalistycznym stylu. Nie wiem dlaczego próbujesz udowadniać, że systematyczne budowanie od zera do relatywnego sukcesu w polskiej lidze jest nic nie warte w porównaniu z właśnie „sukcesami” klubów z gospodarki planowej, sponsorowanymi przez kopalnie czy kradnący zawodników do wojska.
Nawet współczesny „sukces” Legii jest o wiele mniej warty niż to, co osiągnęła Jaga dysponująca 6-8 razy mniejszymi pieniędzmi. Legia wydała kabzyliony pieniędzy i jedyne co z tego ma to wyrwane na fuksie MP i jeszcze większy fuks przy wejściu do LM. Nie osiągnięto nic trwałego, Legia jak była szarakiem w Europie, tak jest nim dalej, tylko pali w piecu jeszcze większe pieniądze, w zamian kolekcjonując oklepy w Mołdawii czy Kazachstanie. Niebywałe jest to, że nawet mafijny klub z zapóźnionego i nędznego Transdniestrza jest chyba bardziej długofalowo budowany. O drugiej historii sukcesu we współczesnej Polsce – Wiśle, nawet nie wspomnę, bo za rok może ich nie być w Ekstraklapie.
Sukces w postaci MP dla rozsądnie budowanych klubów w Polsce typu Lecha czy Jagi właśnie nadejdzie, o to się nie martw. Właśnie te dwa kluby starają się zdrowo funkcjonować, a Ty chcesz udowodnić, że białe jest czarne.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Buncol

W których czasach Legia była dotowana przez państwo?
Za komuny Legia była tłem dla bogatych Slaskich klubów.
Nie bez powodu niemal wszystkie swoje sukcesy Legia osiągnęła po upadku komuny. Za PRL Legia nie miała nic do powiedzenia przeciwko śląskiej spółdzielni.
I na czym polega ta efektywność Biłostockiego klubu?
Na tym ze jest 150 miejsc dalej w rankingu UEFA?
A moze na tym że jest 20 miejsc ponizej Legii w tabeli weszechczasów?

Łatwo przez 10 lat kopać sie po czole bez żadnej presji wyniku by nagle wyskoczyć z dwoma lepszymi sezonami jak filip z konopii i oswiadczyć że Jagielonia jest efektywniej zarządzana.
Górnik tez się tym szczycił rok temu. Gdzie ten efektywnyie zarządzany górnik?
Zdobył mistrza? Zakwalifikował się do pucharów?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

jazwima

Ilu to zawodników poszło w kamaszki jak wracasz do historii? A 10 lat kopania po czole przy grze 14 na 11 zawsze dobrze Wam wychodzi, zwłaszcza w oficjalnych tabelach… przychodzi grać z nieznajomymi arbitrami i są nagle wyniki 0:6 u siebie z poważnym przeciwnikiem czy 0:2 u siebie z pasterzami, podobno z Celtikiem takie mecze zagraliście i chcieliście „football win” tylko jak się później okazało – wszyscy w Celtiku przed meczem wiedzieli, co wpisaliście do protokołu i czy Bereszyński by wszedł czy nie efekt byłby taki sam – więc nawet się nie wysilali

Buncol

No czekam ilu poszło w te słynne kamasze?
Wymień pare nazwisk najlepszych piłkarzy?
Legia tak brała w kamasze że żaden z najlepszych piłkarzy w niej nie grał.
Boniek, Lato, Lubańsk, Szarmach,Ernest Pohl czy Ćmikiewicz oni jakoś w tej Legii nie grali.
A teraz ty popisz się i wymień tych największych co zostali siłą do Legii wcieleni

No fakt nieznajomi arbitrzy i Legia zaliczyła 6 występów w pucharach w tej dekadzie czyli tyle ile wszystkie pozostałe kluby razem wziete. O pucharach dzieciaku nie gadaj bo legia jako jedyna potrqfiła w ogole w pucharach grać. Jaga moralnym mistrzem Polski którego największym sukceasem w histroii jest przejście 2 rundy preeliminacyjnej do pucharów

jazwima

http://www.legia.sport.pl/legia/1,139320,11778376,Dlaczego_Legia_jest_tak_nielubiana_poza_Warszawa_.html poczytaj chłopczyku bo widać twoja wiedza historyczna nt. Twojego klubiku jest fragmentaryczna

Buncol

Artyluł napisał:
* Robert Gawkowski – doktor historii na Uniwersytecie Warszawskim, Autor książek, m.in.: „Warszawska Polonia, piłkarze Czarnych Koszul”
Trzeba być debilem żeby czytac artykuł zagorzałego polonisty o Legii i brac go za merytorycznie obiektywny.
Nie dziwię się że w Białym taka nędzia jak takie ciemniaki tam żyją.
Łatwo wami manipulować. Pewnie Macierewicz i Rydzyk to twói idole

jazwima

trzeba być typowym manipulantem urywając po jednym tytule i nie załączając: Autor : „Encyklopedii klubów sportowych Warszawy i jej najbliższych okolic w latach 1918-39.” (wyd. 2007). Za tą ostatnią pozycję otrzymał nagrodę „Varsaviana 2008”. Miesiąc temu promował swą najnowszą książkę: „Sport w II Rzeczpospolitej”. Członek Zarządu Towarzystwa Miłośników Historii, i widząc jeden tytuł nazwać gościa „zagorzałym polonistą, to tak jakby człowieka który napisze dziś książkę historyczną pt. „Hitler w latach 32-45” nazwać nazistą

Buncol

hahah
Jest polonistą i nie tylko dlatego ze napisał ksiazkę o Polonii
chłopcze

jazwima

a i powiedz mi dlaczego nie wymieniłeś waszej największej gwiazdy? tej której pomnik stoi przed stadionem… gdzie nazwisko Deyny?? co nie znasz tej historii – „Po rozegraniu jednego meczu w pierwszej lidze, Deyna został powołany do wojska w formie transferu do Legii Warszawa” ??

Buncol

Po upływie okresu wojska Deyna nie zrezygnował z gry w Legii. Ciekawe czemu. Przecież go tam kurwa siłą trzymali tak amo jak Dziekanowskiego też lufę przystawili żeby w Legii grał

jazwima

bo nie mógł wyjechać poza granice – zgodę dostał dopiero w 1978 roku

jazwima

a i żeby nie było – nie chodziło tylko o paszport, Deyna nie był zwykłym szeregowcem, dostał stopień oficera – w takim wypadku nie było „upływu okresu wojska”…

Krzysztof73

Co do sędziów, to w ostatnim meczu pucharowym chyba zobaczyłeś jak sędziuje się obiektywnie. Dwie czerwone kartki i papa. Jestem pewien, że w ekstraklasie za takie faule obaj kopacze graliby do końca.