Wisła, czyli ambicje ponad stan
Blogi i felietony

Wisła, czyli ambicje ponad stan

Przez długi czas miałem problem z Wisłą Kraków i wszystkim, co jej przewidywałem. Mówiąc krótko – każda moja prognoza okazywała się nietrafiona, niektóre nawet zaczynały żyć swoim życiem, a ja sam stawałem się obiektem drwin.

Przestrzeliwałem w drobnych sprawach, jak na przykład w kwestii transferu Patryka Małeckiego z Pogoni, który określałem jako bezsensowny. Wydawało mi się, że nagradzanie go wysokim kontraktem za nieudane sezony w ekstraklasie jest nielogiczne.

Przestrzeliwałem w większych sprawach, jak na przykład w kwestii tego, czy stowarzyszenie kibiców zdoła spiąć budżet i ogarnąć cały ten organizacyjny galimatias. Uważałem, że nie i że przed Wisłą czasy bardzo chude.

I wreszcie stałem się niemalże człowiekiem-memem, ponieważ pokusiłem się o stwierdzenie, iż pora się przyzwyczaić do tego, że najpoważniejszym klubem w Krakowie będzie teraz Cracovia.

Krótkoterminowo każda z moich prognoz była nietrafiona. Małecki strzelał gole, nowe władze klubu wydawały się dość sensowne, a miejsce w tabeli – podobnie jak wyniki bezpośrednich spotkań – nie pozostawiało złudzeń, kto naprawdę rządzi w Krakowie. W głębi duszy przyznawałem się do trafiania kulą w płot.

Tylko czy długoterminowo nie miałem racji?

Nie piszę tego, żeby się żalić, ani też nie po to, aby teraz zabłysnąć stwierdzeniem „a nie mówiłem”. Ale wszystko to jest ze sobą połączone. Uważam, że największym problemem Wisły jest to, iż – oho, Stanowski zwariował – nie pogodziła się z tym, że przez jakiś czas powinna stać się klubem numer dwa w swoim mieście. Rozdęte ambicje, wynikające jedynie z tęsknoty za dawną chwałą, prowadziły klub na skraj przepaści.

Gdyby więc wszystko w Wiśle było logiczne to tak – Cracovia byłaby klubem numer jeden i nie byłoby w tym dla Wisły nic upokarzającego, bo nie ma nic upokarzającego w zakasaniu rękawów, by uporać się z najpilniejszymi sprawami. Bardziej upokarzające jest – na dłuższą metę – udawanie kogoś, kim się nie jest. A Wiśle chora ambicja nie pozwalała nawet na chwilowe sportowe ustępstwa. Inwestowała więc pieniądze, których nie miała w trenerów i piłkarzy, których już nie ma. Wydawała przyszłe zyski na poczet sukcesów, które nie nadchodziły. Zarząd składający się z kibiców reagował po kibicowsku, czyli na gorąco, a trochę wbrew rachunkowi ekonomicznemu. Nie miałem wrażenia, że sportowo którykolwiek ze zwolnionych trenerów był wielkim problemem klubu, za to miałem pewność, że liczba zwolnionych trenerów takim problemem – ekonomicznym – się stała. Można sprowadzić bramkarza Cuestę, żeby uratował 4 punkty w sezonie, a można zostawić Buchalika, żeby uratował 1 punkt. Można w ogóle postawić na zaciąg hiszpański, by później przestawić wajchę i oznajmić: teraz czas dla byłych wiślaków. Można, tylko każde przestawienie wajchy kosztuje.

Po prostu mimo że Jakuba Meresińskiego w Wiśle nie ma, to trochę jego duch nad klubem się unosił – że jakoś to będzie, że można żyć ponad stan, że można coś tam kupić, a komuś (np. miastu) nie zapłacić.

Wierzę, że problem ze stadionem zostanie rozwiązany, bo w niczyim interesie nie jest to, by Wisła grała poza Krakowem. Kraków potrzebuje Wisły na miejscu i potrzebuje pieniędzy od Wisły, tylko należy wypracować sposób ich odzyskania/pozyskania. Wariant, że „Biała Gwiazda” płaci innemu miastu za wypożyczenie obiektu jest dla każdej ze stron wizerunkowo i finansowo idiotyczny.

Wisły grającej w Krakowie potrzebuje też ekstraklasa i tu już niestety dochodzimy do momentu, w którym problemy krakowskiego klubu stają się problemem wszystkich. Bo czy się to komuś podoba czy nie, „Biała Gwiazda” rozgrywająca mecze poza Krakowem obniża rangę całych rozgrywek, jest kłopotem dla telewizji i sponsorów, staje się kolejnym dowodem na to, że ekstraklasa jest z natury niepoważna i niewarta zainteresowania ze strony dużych partnerów biznesowych. Można się śmiać z wysokości kontraktu z Lotto, ale ostatnimi czasy „zawsze coś”. A to Ruch Chorzów, a to zadymy i brak dekoracji mistrza, a to Wisła… To nie jest klimat do zarabiania pieniędzy. Dlatego ESA oraz PZPN powinny zrobić wszystko, by ostatecznie „Biała Gwiazda” została w domu. Prośbą albo groźbą.

Przed klubem seria trudnych decyzji, ale mam wrażenie, że najtrudniejszą – na którą klub do końca wciąż nie jest gotowy – jest ta, aby wyzbyć się sportowych ambicji i mając do wyboru wystawianie w składzie Hiszpana lub Jakuba Bartosza, wybierać Jakuba Bartosza. Po prostu. Z całą świadomością, że może to nie dać pierwszej ósemki, ani nawet pierwszej dwunastki w tabeli.

Zarządzie Wisły, pora napisać sobie na drzwiach: „Wisła nie jest już wielka” i czytać to na głos codziennie. Tylko w ten sposób, krok po kroku, da się jej tę wielkość przywrócić.

KRZYSZTOF STANOWSKI