Co to właściwie jest za banda? (19)
Blogi i felietony

Co to właściwie jest za banda? (19)

Trener, którego CV plasuje się gdzieś między Maciejem Skorżą a Michałem Probierzem. Dwóch liderów z zarzutami. Skrzydłowy, który jest jednym z najczęściej faulujących i najczęściej karanych żółtymi kartkami napastników Bundesligi. Wielgachny stoper z kucykiem, drący się do telefonu, że „Sława Ukrainie”. Strzelec gola, który w kraju jest bohaterem od czasu, gdy rzucił wyzwanie lokalnemu bonzo, odmawiając podpisania z nim niewolniczej umowy. Kilku ludzi, którzy musieli uciekać przed wojną, a jednak, żaden z nich nawet przez moment nie rozważał gry dla kogoś innego, niż „Moja Domovina”.

Trudno na turnieju znaleźć reprezentację bardziej złożoną niż ta, która właśnie weszła do najlepszej czwórki na świecie przy akompaniamencie patriotycznych przyśpiewek.

Pamiętam, że jakiś czas temu w gronie kilku kibiców z różnych klubów rozmawialiśmy o fenomenie Korony Kielce prowadzonej przez Leszka Ojrzyńskiego. Wszyscy zgadzali się, że ta brutalna, agresywna, pełna fauli i wysokiego pressingu gra imponowała w równym stopniu, jak ich zachowanie poza boiskiem. Wizyta przy grobie jednego ze zmarłych kibiców, obrona sympatyków na sektorze przed interweniującą policją, kibolskie śpiewy w szatni. Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ile było w tym pozy i lansu, a ile autentycznej pasji, ale ten zespół kupił wielu ludzi, w tym mnie.

Choć jeszcze wczoraj widziałem na Facebooku zażartą dyskusję kilku Chorwatów o to, czy warto wspierać „przestępcę Modricia”, czy jednak mimo półfinału mistrzostw świata jedyną drogą do uzdrowienia sytuacji w bałkańskim futbolu jest totalna wojna z tą drużyną – ja mam deja vu z tamtej Korony, z tamtych Korzymów i Małkowskich.

Naprawdę trudno nie polubić tej Chorwacji, która na całym turnieju pisze przepiękny epilog do opowieści rozpoczynającej się golami Sukera i ofiarnością Bobana w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Jaką rolę odegrała w tym historia? Jaką rolę w kształcie tej drużyny odegrały decyzje rodziców Dejana Lovrena, którzy przed wojną na Bałkanach uciekli do Monachium? Jaką rolę odegrały przenosiny familii Vedrana Corluki z ogarniętej konfliktem Bośni do Zagrzebia? Jaką rolę odegrały lata dziewięćdziesiąte, moment, w którym dzisiejsi bohaterowie jako dzieciaki śledzili ruchy ich idoli, najlepszych ambasadorów w krótkiej historii niepodległej Chorwacji? Pierwsze pokolenie – pokolenie Sukera, Bobana, Prosineckiego czy Bilicia – grało w piłkę w biało-czerwonej szachownicy jeszcze w chwili, gdy huczały karabinowe salwy w całym regionie. Każdy z nich opowiadał w wielu wywiadach – ostatnio Stimac na łamach Weszło – że czuli coś, czego nie było im dane zaznać podczas występów w jugosłowiańskich młodzieżówkach. Czuli dumę z niepodległości, ze swojej narodowości, czuli ciężar odpowiedzialności – bo byli świadomi, że to na nich w głównej mierze ciąży obowiązek poinformowania świata o tym, że Chorwacja jest niepodległa.

Powiedział pan kiedyś, że mógłby pan walczyć dla Chorwacji na wojnie, wręcz – że żałuje, że nie brał pan w niej udziału.

Kiedy cytuje się słowa wypowiedziane jakiś czas temu, trzeba je umieścić w odpowiedniej perspektywie. Wtedy, kiedy to mówiłem, czułem się źle z tym, że zostałem obdarowany takimi umiejętnościami piłkarskimi, że nie musiałem walczyć na froncie z bronią w ręku. Dzięki temu, że byłem świetnym zawodnikiem, nie ryzykowałem swojego życia. Było mi wstyd, że ludzie w moim wieku ginęli za nasz kraj.

Pana przyjaciele, rodzina…

Wszyscy. Każdy z nas znał kogoś, kto walczył na froncie. 

Nie może dziwić, że wszyscy Chorwaci znają pieśni patriotyczne i wyśpiewują je przy każdej możliwej okazji – tylko dziś widziałem materiały z szatni Chorwatów, gdzie w ich rytm podskakiwała pani prezydent, oraz z jakiejś stołówki, gdzie na stoły wskoczyło pół drużyny. Nie może dziwić, że mają ogarnięte wszystkie narodowe tańce – furorę na Twitterze robi film z ulicy, gdzie do spontanicznego pokazu tańca „kola” dołącza więcej osób niż w hollywoodzkich musicalach. Poczucie, że to drużyna prawdziwie narodowa musi być naprawdę silne, nie tylko przez pryzmat tak nieodległej wojny.

Zastanawiająca jest jednak historia samego zespołu i jego stosunków z kibicami. Weźmy ten najszerzej dyskutowany przykład Modricia i Lovrena, którzy odmówili obciążenia zeznaniami (w wersji dla nich korzystnej), bądź po prostu dopuścili się krzywoprzysięstwa (w wersji korzystnej nieco mniej) w sprawie Zdravko Mamicia. Jeden i drugi pochodzą z rodzin, które musiały uciekać przed wojną. Jeden i drugi startowali z pozycji narodowych bohaterów. Ich wierność Mamiciowi została jednak przez wielu osądzona niemal jako zdrada. W szatni towarzyszy im Andrij Kramarić, czyli gość, który temu samemu Mamiciowi niemalże napluł w twarz.

Tak bowiem trzeba interpretować jego desperacką walkę o zaistnienie w chorwackiej piłce bez wchodzenia w jakiekolwiek układy z bossem Dinama. Jego historia jest podawana jako przykład niezłomności – chorwacki dziennikarz Alex Holiga na łamach Guardiana opisywał szeroko, że Kramarić był wręcz szantażowany. Albo podpiszesz cyrograf z Mamiciem, albo zamiast wielkiego transferu do zachodniej ligi czeka cię gra w chorwackich klubach trzeciej kategorii. Holiga podkreśla, że Kramarić najpierw został zrzucony do filii Dinama, Lokomotivy. Po dobrych występach w tej drużynie, posypały się zapytania z zagranicznych zespołów, które Dinamo konsekwentnie odrzucało. Potem Kramarić został usadzony na ławce Dinama, a gdy zaczął narzekać w mediach – a te coraz częściej przebąkiwały o powiązaniu jego niewielkiej liczby minut z brakiem menedżerskiego kontraktu z Mamiciami – został sprzedany do Rijeki.

Przed tym, jak wczoraj pokonał Akinfiejewa, zdobył dwie bramki w meczu z Ukrainą, które dał Chorwatom awans do baraży o mistrzostwa świata.

Swoją wielką historię pisze też Domagoj Vida, który z kolei najwięcej fanów zyskał na Ukrainie. Po wczorajszym meczu razem z Ognjenem Vukojeviciem, byłym piłkarzem reprezentacji a obecnie członkiem sztabu, nagrał króciutką wiadomość z treścią – sława Ukrainie, to zwycięstwo dla was i dla Dynama Kijów. To pierwszy tak jasny głos przeciwny rosyjskiej polityce na rosyjskim mundialu. Jasne, mieliśmy już albańsko-serbską napinkę Shaqiriego, Xhaki oraz kibiców z Belgradu, ale w Rosję nikt nie uderzył. Zrobili to dopiero Chorwaci, po ograniu gospodarza. Trudno nie wspomnieć Darijo Srny, który po rozpoczęciu wojny w Donbasie ufundował sto laptopów, by dzieciaki z Doniecka dalej mogły się uczyć. Wcześniej zawiózł tam 20 ton mandarynek z chorwackich plantacji.

Zdaje się, że Chorwaci po prostu tacy są.

Ante Rebić, 52 faule w minionym sezonie Bundesligi, 8 żółtych kartek, przed świetnym wolejem na bramkę Argentyny dwukrotnie faulował tak, że surowszy sędzia odesłałby go pod prysznic. Ma opinię złego chłopca, choć tak naprawdę jego najbardziej kontrowersyjnym występkiem wydaje się wrzucenie fotki na Facebooka podczas okresu wygrzewania ławki w Lipsku z podpisem: „moja nowa pozycja”. Niko Kovac zarzuty o wybuchowy i konfliktowy charakter Rebicia zbija krótkim: „fajny gość, ale trzeba wiedzieć, jak do niego podejść i czasem dać trochę więcej czasu„. Ha, to tak jak sędzia meczu z Argentyną, który dał mu trochę więcej czasu, a Ante odwdzięczył się golem. Kovac to w ogóle jego piłkarski ojciec, wydaje się, że to on przełamał jakieś wewnętrzne ograniczenia Chorwata. Zdziwię się, jeśli nie spotkają się ponownie w Bayernie, szczególnie po takim turnieju.

Historię człowieka z koszulki Danijela Subasicia znają wszyscy, wczoraj wspominał o niej nawet Dariusz Szpakowski. Historię Ivana Rakiticia, który żonę poznał w barze w Hiszpanii i tak się zakochał, że i życie, i karierę związał z Sewillą – również. O Modriciu napisano wszystko. Ale ta drużyna ma jeszcze jednego, zupełnie nieoczywistego bohatera.

Zlatko Dalić. Jako piłkarz nigdy nie wyrósł ponad zespół Hajduka Split, w dodatku w czasach olbrzymiej dominacji Dinama Zagrzeb. Jego gablota z pucharami jest puściuteńka, a sytuacji nie poprawił jako menedżer – jedynym większym osiągnięciem pozostaje dla niego wygranie albańskiego superpucharu z Dynamem Tirana. Po przygodach z Varażdinem i Rijeką wyjechał do Arabii Saudyjskiej, gdzie przepracował pięć lat, prawdopodobnie zabezpieczając interesy swojej rodziny na kilka pokoleń do przodu, ale dla futbolu pozostając zapomnianym byłym piłkarzem Hajduka.

Przed objęciem posady selekcjonera Chorwacji, ponad pół roku siedział na bezrobociu. Zresztą okoliczności w jakich przejął kadrę są tak typowo chorwackie, że brakuje jedynie rac i rakiji. Ante Cacić został zwolniony w identyczny sposób jak poprzednik – na chybcika, na finiszu eliminacji, w przededniu najważniejszych meczów w kontekście awansu na turniej. Tak jak Cacić był strażakiem po Kovacu, tak i Dalić stał się strażakiem po Caciciu. Problem polegał na tym, że wymiana odbyła się 7 października. Na 9 października zaś Chorwaci mieli być gotowi, by uniemożliwić Ukraińcom odebranie im miejsca w samolotach do Rosji. Mecz na wyjeździe, wprawdzie Ukraina w sporym kryzysie, a Chorwatów urządza remis, ale kurczę, trener jest z drużyną od 48 godzin.

Nikt nie powie, że to jest normalna droga do przebycia dla półfinalisty mundialu.

Ale Dalić stał się jednym z symboli zmian w Chorwacji. W przeciwieństwo do Cacicia, któremu zarzucano więcej niż zażyłe kontakty ze Zdravko Mamiciem, Dalicia z Zagrzebiem nie łączyło prawie nic. Wszystko składało się w całość – Mamić za kratkami, Dinamo w lidze zdetronizowane przez Rijekę, procesy dotyczące Dinama wyprowadzone ze stolicy do Osijeku.

Na boisku zaś – bez sentymentów. Gdy Dalić stwierdził, że uraz Kalinicia zaczyna podejrzanie się przedłużać, ilekroć ma grać zaledwie ogony – odesłał go do domu. Gdy uznał, że Nigeryjczycy nie mają tyle jakości w środku, by potrzebni byli aż trzej środkowi pomocnicy – wyszedł w ustawieniu 4-2-4, gdzie Kramarić, Perisić, Mandżukić i Rebić naprawdę pełnili rolę czterech bezustannie wymieniających się pozycjami napastników. Nie miał żadnego problemu z usadzeniem na dłużej Kovacicia, bez trudu mieszał między asekuracyjnym 4-3-3 z Brozoviciem, Modriciem i Rakiticiem, a wspomnianym 4-2-4. Nade wszystko – trzymał szatnię w kupie, nie pozwalając, by tańce na stołach z pierwszych akapitów skończyły się równie typowym dla Chorwatów skoczeniem sobie nawzajem do gardeł.

Wczoraj Chorwaci stoczyli najcięższy bój tych mistrzostw. Z otwartymi Argentyńczykami czy próbującymi atakować Islandczykami mieli rozgrzewkę, Dania była już poważnym przetarciem. Ale dopiero Rosja zaprosiła Chorwatów do prawdziwego oktagonu, gdzie równie mocno jak celność podań, liczyła się wytrzymałość w 106. minucie gry. Jak odpowiedzieli na to wyzwanie Vatreni? Ano tak.

Luka Modrić, 106. minuta gry, gość, który wykonał z tysiąc przyspieszeń w tym meczu, co chwila gubiąc Rosjan, albo napędzając kolegów podaniami. Luka Modrić, elegancki rozgrywający z Madrytu. Luka Modrić, facet z zarzutami. Luka Modrić, człowiek, który zmarnował meczową piłkę z Duńczykami, ale po chwili znów podszedł do jedenastki. A potem jeszcze raz.

Luka Modrić, który tym jednym sprintem wygrał wszystko.

Nie dziwię się, że wielu Chorwatów już zdążyło wybaczyć swojej reprezentacji wszystkie większe i mniejsze grzeszki. I cholernie zazdroszczę tym, którym urlopy w Splicie wypadają na półfinał i finał. Po tym, co widać na filmikach z Zagrzebia i Splitu, wydaje się, że w ich towarzystwie przegrać, to jak wygrać.

Aż strach pomyśleć, jak to jest w ich towarzystwie wygrać.

Fot.FotoPyK