Złoci Rycerze wciąż są na haju
Inne sporty

Złoci Rycerze wciąż są na haju

To tak dobra historia, że powinna dostać Oskara już teraz, bez kręcenia filmu. Drużyna, która rozgrywa debiutancki sezon w NHL i została zbudowana z graczy niechcianych w innych ekipach, za chwilę będzie biła się w finale Pucharu Stanleya. Ale nawet jeśli hokeiści Vegas Golden Knights go nie wygrają, to jedno trofeum i tak już zdobyli – sympatię kibiców. Dając lokalnej społeczności po prostu chwilę oddechu po najkrwawszej strzelaninie w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych.

***

58 sekund.

Dokładnie tyle czasu okryta była ciemnościami nabita po brzegi hala T-Mobile Arena.

Zaledwie dziewięć dni wcześniej szaleniec Stephen Paddock strzelając z okna na 32. piętrze hotelu Mandalay Bay zamordował 58 osób, a ponad 500 ranił. Pierwszy domowy mecz Vegas Golden Knights w NHL miał być świętem sportu, ale zamienił się w ceremonię upamiętniającą ofiary tamtej tragedii. Wydarzeniu towarzyszyło hasło „Vegas Strong”, które było wszędzie: przed halą, na telebimach, na bandach, na plakatach, na kartkach trzymanych przez kibiców. Organizatorzy podjęli też decyzję o usunięciu na ten czas z obiektu wszystkich reklam.

Chociaż na ten dzień planowano tradycyjną prezentację zawodników, to jednak nie oni byli bohaterami wieczoru. Były nimi rodziny ofiar oraz ci, którzy 1 października ratowali rannych i próbowali schwytać mordercę. Na lodowisko w towarzystwie graczy wychodzili szeregowi policjanci, strażacy, lekarze, pielęgniarki, członkowie grupy SWAT, wojskowi. Gdyby nie oni, liczba ofiar strzelaniny byłaby najprawdopodobniej znacznie większa. Po symbolicznej chwili ciszy, na tafli wyświetlono imiona i nazwiska wszystkich tych, którzy zginęli. I chociaż sam klub miał za sobą dopiero dwa ligowe mecze, uznano, że numer 58 zostanie już na zawsze zastrzeżony.

Zawodnicy Knights, którzy zaledwie kilka miesięcy wcześniej zjechali do Las Vegas z innych klubów, znaleźli się w samym epicentrum narodowej tragedii. Jednym z tych, którzy przeżywali ją jednak inaczej niż z perspektywy przyjezdnego, był kanadyjski obrońca Deryk Engelland ściągnięty z Calgary Flames. To on wyjechał na środek tafli, żeby powiedzieć kilka słów do ponad 18-tysięcznego tłumu.

Tak jak wy jestem dumny z tego, że mogę nazwać Las Vegas moim domem. Poznałem tutaj żonę, tutaj urodziły się też moje dzieci, dlatego wiem, jak wyjątkowe jest to miasto. Chciałbym podziękować wszystkim odważnym, którzy ciężko pracowali podczas tej tragedii. Rodziny i przyjaciele ofiar, zrobimy wszystko, żeby wam pomóc i uzdrowić to miasto. Vegas strong – powiedział, po czym zagrzewająco uderzył kijem o lód.

22496038_665816030285617_773693592041243123_o

Złoci Rycerze nie mogli więc przegrać tamtego meczu z Arizona Coyote. I nie przegrali. 5:2. Dwa trafienia zaliczył James Neal, po jednym zaś Oscar Lindberg, Tomas Nosek i wspomniany Engelland. Był to ich trzeci występ na taflach NHL i trzeci zwycięski. Jak się później okazało, był to jednak dopiero początek serialu, jakiego kibice najlepszej hokejowej ligi świata nigdy wcześniej nie widzieli.

To nie hokejowe PSG

Zróbmy jednak retrospekcję i zacznijmy od miliardera Bill’a Foley’a, bo klub w Las Vegas był jego fanaberią.

Fanaberią, ponieważ stolica hazardu była do tej pory tak naprawdę sportową pustynią. Jasne, działały tam kluby z niższych lig, a w kasynach organizowano największe gale bokserskie, ale miasto nie miało jednak swojego przedstawiciela w koszykarskiej NBA, futbolowej NFL, baseballowej MLB i właśnie NHL. Powodów takiej sytuacji było wiele, ale ten najczęściej wymieniany to obowiązujące w stanie Nevada prawo zezwalające na działalność firm bukmacherskich. Wielki sport raczej krzywił się na myśl o pokazywaniu się w tym otoczeniu, bo jednak taki finansowy ekosystem rodził obawy przed manipulowaniem wynikami meczów.

Ale jak to w życiu bywa, wszystko tak naprawdę zależało od pieniędzy. Bill Foley, który majątku dorobił się na branży hotelowej, restauracyjnej i winiarskiej, był gotów wyłożyć 500 mln dolarów. Tyle bowiem wynosiło wpisowe, żeby NHL zgodziło się przyjąć nową ekipę.

W 2015 r. swoje aplikacje złożyło Las Vegas, a także Quebec, które do ligi chciał wprowadzić koncern mediowy Quebecor. Dwoma głównymi warunkami przyjęcia, były oczywiście wspomniana danina oraz posiadanie odpowiedniej hali. Obiekt Golden Knights, którzy wtedy jeszcze nie nazywali się Golden Knights, był jeszcze w budowie. Mimo to rok później władze ligi ogłosiły, że dają zielone światło dla klubu z miasta grzechu. Aplikacja Quebec trafiła z kolei do niszczarki. Vegas miało zasilić NHL od sezonu 2017/2018, stając się tym samym 31. drużyną w lidze. To było duże wydarzenie, bo po raz ostatni grono zespołów poszerzono w 2000 r., kiedy swój żywot rozpoczęły tam Minnesota Wild i Columbus Blue Jackets.

Większościowym udziałowcem nowego tworu został oczywiście Foley, z kolei około 30 proc. akcji trafiło do rąk rodziny Maloof.

No dobra, wejściówka do ligi już była, papiery się zgadzały, teraz wypadało skompletować zespół, bo przecież ktoś musiał wpychać krążek do bramki rywali. Foley wiedział, że musi otoczyć się ludźmi, którzy na hokejowym biznesie zjedli wybili zęby. Pierwszym gościem, którego zatrudnił, był George McPhee. W Vegas dostał fotel głównego menadżera, czyli ten sam, który przez wiele lat zajmował w Washington Capitals. To on miał znaleźć zawodników.

Kiedy zatrudniłem George’a McPhee, zapytał mnie, czy wydam wystarczająco dużo pieniędzy. Powiedziałem mu tak: „Bill Foley chce wygrać i wygra. Nie ma żadnego budżetu” – mówił miliarder w rozmowie z magazynem „Forbes”.

Ściśle określonego budżetu niby nie było, ale Vegas Golden Knights (nazwę, logo i stroje zaprezentowano pod koniec 2016 r.) to nie było żadne hokejowe PSG. W NHL, nawet jeśli klub ma pieniądze, nie może po prostu pójść sobie do supermarketu i wrzucić do kosza najdroższy towar. NHL zorganizowało specjalny nabór rozszerzający, podczas którego nowa drużyna mogła wybrać po jednym graczu z pozostałych trzydziestu klubów. Drugim kagańcem było też salary cap, a więc limit płac, który trzeba było zachować. McPhee wraz z zatrudnionym na stanowisku trenera Gerardem Gallantem (wcześniej Florida Panthers i Columbus Blue Jackets) wiedzieli, że muszą zbudować zespół w dużej mierze z graczy co najwyżej solidnych, bo expansion draft rządzi się własnymi prawami. Pozostałe kluby miały dwie opcje chronienia swojego składu: mogły rozwinąć parol ochronny nad siedmioma graczami formacji ataku, trzema defensorami i jednym bramkarzem lub ośmioma dowolnymi zawodnikami z pola i jednym bramkarzem.

Taki układ gwarantował po prostu istniejącym drużynom utrzymanie w składzie najlepszych zawodników. Te kluby udostępniały w drafcie tylko tych graczy, którzy może nie byli jacyś kompletnie niepotrzebni, ale bez których można było sobie poradzić. Knights mogli przebierać tylko w ludziach drugiego czy trzeciego szeregu – mówi Weszło Adrian Kowal z serwisu nhlw.pl.

Najzabawniej wyglądały więc później skarby kibica przygotowane przez dziennikarzy: „Przyszli – wszyscy”

Chociaż trzeba przyznać, że nie wszyscy gracze byli hokejowym planktonem. Złoci Rycerze trafili akurat na moment, w którym pojawiła się szansa wyciągnięcia z Penguins bramkarza Marca-Andre Fleury’ego, a więc trzykrotnego mistrza NHL z drużyną z Pittsburgha. Jeśli mówi się, że drużynę buduje się od defensywy, to w takich okolicznościach draftowych trudno było o lepszy początek. Drużyna w dużej mierze miała być więc oparta na 33-letnim bramkarzu, Jamesie Nealu (23 gole i 18 asyst w poprzednim sezonie), Jonathanie Marchessault (30 bramek i 21 asyst rok wcześniej) i Rosjaninie Wadimie Szypaczowie, którego ściągnięto z KHL. Ten ostatni, chociaż miał ciągnąć ofensywę drużyny, okazał się jednak kompletnym niewypałem. Zagrał zaledwie kilka spotkań, został zesłany przez klub do gry w „farmerskiej” AHL, strzelił więc focha, po czym spakował się i wrócił do ojczyzny.

Gracze to jedno, ale było też pytanie, czy na pewno będą mieli oni dla kogo występować. Foley wyszedł z założenia, że Las Vegas to nie tylko milionerzy, ale też nauczyciele, lekarze, dentyści, zwykli ludzie. Do tego ceny nieruchomości spadały i ci zwykli ludzie zaczynali wracać do miasta. Nowy klub zrobił też badanie rynku. Wynikło z niego, że grono potencjalnych kibiców – naturalnie nie tylko w samym mieście – wyniosło około 200 tys. Spory kawałek torciku.

30704161_755038731363346_808722623641944064_o

Można się było spodziewać, że to będzie najsłabsza drużyna w całej lidze, natomiast wiadomo też było, że ten projekt będzie wyglądał właśnie nieźle kibicowsko. Knights, zanim zostali oficjalnie zaproszeni do NHL, zrobili także zbiórkę podpisów na zakup biletów. I w kilka tygodni zebrali 13 tys. deklaracji kupna karnetów popartych już depozytami. Czyli było wiadomo, że frekwencja będzie dobra – dodaje Kowal.

Bill Foley dorobił się majątku, bo zawsze miał dobry plan. Na tym punkcie był zresztą pedantem, wszystko musiało u niego grać jak w zegarku. W jednym z wywiadów przyznał, że nawet kiedy wchodzi do sali konferencyjnej na spotkanie biznesowe, to zwraca uwagę, czy… krzesła przy stole są równo ustawione. Jeśli nie, potrafi sam je poprawiać. Z podobną dokładnością podszedł do swojego hokejowego dziecka. Spokojnie, krok po kroku. Celem, jaki postawił przed głównym menadżerem i sztabem szkoleniowym, był awans do play-off w ciągu trzech sezonów. Klub na początku chciał być po prostu przynajmniej konkurencyjny dla innych. Zaatakowanie Pucharu Stanleya znalazło się z kolei w planie sięgającym nawet dekady.

I można żartem powiedzieć, że za chwilę cały ten misterny plan może pójść w pizdu.

Czerkawski: to był ryzykowny startup  

Od początku mieli dostawać od wszystkich w czapę, ale – o dziwo – rzeczywistość była zupełnie inna.

Złoci Rycerze z pierwszych dziesięciu meczów wygrali aż osiem. A takie Colorado Avalanche powieźli nawet 7:0. Grali dobrze nawet mimo tego, że już w połowie października przez kontuzję wypadł im Marc-Andre Fleury, który miał przecież trzymać drużynę w ryzach (wrócił dopiero w grudniu). Ta jednak jak już się rozpędziła, to nie chciała się zatrzymać. W sezonie zasadniczym Las Vegas pewnie wygrało rywalizację w Pacific Division, a w Konferencji Zachodniej było na trzecim miejscu. Pierwszą część sezonu debiutant zamknął mając na koncie 51 zwycięstw w 82 meczach. Jeśli rycerzy wędrujących w poszukiwaniu przygód nazywa się błędnymi, to ci z Vegas Golden Knights byli obłędni.

Stało się coś niebywałego, bo gracze, którzy do tej pory w większości byli przeciętniakami, nagle odkręcili kurek z formą. Najlepszym tego przykładem jest Szwed William Karlsson, który w sezonie zasadniczym był klubowym liderem w punktacji kanadyjskiej – zdobył 78 „oczek” (43 gole plus 35 asyst). Aż trudno uwierzyć, ale to gość, który przez cztery poprzednie sezony w NHL uciułał łącznie 20 bramek…

Adrian Kowal mówi, że dla niego taki wystrzał formy to hokejowe science-fiction: – Przykład Karlssona pokazuje, jak czasami te talenty uciekają drużynom przez palce. On był wydraftowany przez Anaheim, tam się nie przebił, oddano go więc do Columbus. Ale tam też był graczem trzeciego, czasami nawet czwartego ataku – przypomina dziennikarz nhlw.pl. – Trzeba jednak podkreślić, że kiedy przyjechał do Vegas, dostał zupełnie inną rolę. Trafił do pierwszej formacji i nie gra już po 12-13 minut, tylko około 19. Ma oczywiście teoretycznie lepszych partnerów w ataku, ale i tak nikt nie zakładał, że Karlsson tak odpali. Teraz jest pytanie, na ile będzie potrafił utrzymać taką formę i czy w kolejnym sezonie znów nie spadnie na ziemię.

Mariusz Czerkawski, czyli najlepszy polski hokeista w historii, przed sezonem też nie wierzył w Vegas.

Nikt nie dawał im jakichkolwiek szans. Przecież najlepsi obrońcy tej drużyny byli numerami pięć w poprzednich klubach – zwraca uwagę. – Stworzono tam jednak niesamowitą drużynę, której siłą jest właśnie gra zespołowa. Poza tym Fleury ma najlepszy sezon w historii wśród bramkarzy, którzy zagrali w sezonie minimum piętnaście meczów. Ja tego nie wymyśliłem, tak mówią statystyki. Mają więc świetnego bramkarza, grają twardo w obronie, a ich pierwsze dwie linie ofensywne prezentują się super.

Były gracz m.in. New York Islanders i Boston Bruins podkreśla jednak rolę głównego menadżera George’a McPhee.

Nie zapominajmy, że ten człowiek wcześniej przez wiele lat budował Washington Capitals. On jeszcze długo przed sezonem tworzył fundamenty pod Golden Knights i to daje efekty. Ale i tak podejrzewam, że w rankingu bukmacherów byli na ostatnim miejscu jeśli chodzi o szanse na zdobycie Pucharu Stanleya. Już to pokazuje, jak ryzykowną inwestycją był ten startup. A dziś ten startup jest już bardzo solidny i za chwilę może zdobyć mistrzostwo. Gdzie – podkreślmy to jeszcze raz – nie było tak, że mając gruby portfel klub mógł kupić najlepszych zawodników. Nie na tym polega biznes w Ameryce, to nie europejska piłka. To naprawdę musiał być niesamowity projekt, że władze NHL zgodziły się kogoś takiego dopuścić do ligi po raz pierwszy od kilkunastu lat.

Menadżer z dobrym nosem, świetny trener, gracze przekraczający swoje granice. Zagrało wszystko, ale w tle cały czas przewija się poruszający początek i tragedia w Las Vegas, w której drużyna musiała się jakoś odnaleźć. Zdaniem niektórych, tamten moment zbliżył drużynę do kibiców, nakręcił graczy, którzy w Vegas nie widzieli już tylko wyłącznie kolejnego miejsca pracy.

Faktycznie był to pewnego rodzaju element scalający drużynę ze społecznością Las Vegas. To był znaczący moment, ale też nie powiedziałbym, że na atmosferze takiego dramatu możesz przejechać cały sezon. Taka podniosła atmosfera może utrzymać się przez tydzień, dwa, ale nie przez osiem miesięcy – uważa Adrian Kowal.

„Leicester? Grecja? To coś większego”

A do pełni szczęścia wystarczy, jak dojadą z formą jeszcze do czerwca. Właśnie wtedy zakończą się tegoroczne finały, w których drużyna z miasta grzechu zmierzy się z Washington Capitals. Dla ekipy Aleksandra Owieczkina również jest to szansa na pierwszy Puchar Stanleya w historii. Do tej pory tylko raz wystąpili w finale i było to dwadzieścia lat temu. W ostatnich sezonach maks co mogła wycisnąć drużyna ze stolicy USA, to druga runda play-off.

Ten sezon był momentami tak pokręcony, że w sumie nawet trudno wskazać tutaj faworyta. Vegas Golden Knights, którzy mieli wystrzelać się w sezonie zasadniczym i grzecznie zebrać łomot w drugiej części kampanii, w pierwszej rundzie play-off na dzień dobry pokonali 4:0 Los Angeles Kings. W drugiej z kolei pod topór Złotych Rycerzy trafili San Jose Sharks (4:2), a w finale Zachodu Winnipeg Jets (4:1). Debiutanci ogolili już prawie wszystkich. Teraz czekają na nich Capitals, dla których faza play-off była momentami drogą cierniową. Wygrali wprawdzie kolejno z Columbus Blue Jackets (4:2), Pittsburgh Penguins (4:2) i Tampa Bay Lightning (4:3), ale w każdej z tych rywalizacji przegrywali i musieli wydostawać się z niezłego bagna. Oni też są niesamowicie zbudowani mentalnie.

Gdyby więc wciąż żyła ośmiornica Paul, równie dobrze to ona mogłaby wskazać zwycięzcę tegorocznych finałów.

Nie ukrywam, że sam przez całe play-offy typowałem wyniki przeciwko Vegas. Sądziłem, że w którymś momencie ta bajka musi się skończyć. Ale dziś nie jestem taki pewien, że ona skończy się w finale. Vegas cały czas jest na takim haju, że to aż nieprawdopodobne. Uważam, że to będzie długa seria, może nawet siedem meczów – mówi Adrian Kowal. – Ostatnio myślałem, do jakiej innej sportowej historii można byłoby porównać to, co zrobili Golden Knights. Przyszło mi do głowy Leicester City i zwycięstwo w Premier League oraz Grecja na Euro, ale to wszystko jednak nie ta skala. Vegas to coś jeszcze większego.

A jakie są typy Mariusza Czerkawskiego? – Z jednej strony kibicuję Owieczkinowi, bo z jego ramion w końcu spadłby ogromny ciężar. Gra w Waszyngtonie 13 lat i Puchar Stanleya jakoś nigdy nie był w jego pobliżu. Z drugiej jednak strony to przecież Marc-Andre Fleury ma sposób na to, żeby zatrzymywać Capitals i robił to w kilku ostatnich sezonach. Dlaczego więc nie iść z fantazją i nie postawić na Vegas?

RAFAŁ BIEŃKOWSKI 

Fot. FB Vegas Golden Knights

***

Pierwszy mecz finałów NHL w nocy z poniedziałku na wtorek o godz. 2 czasu polskiego.

KOMENTARZE (9)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Lelumpolelum

Mówi się, że w hokeju bramkarz to 60% drużyny, nie masz szans na dobry wynik z przeciętnym bramkarzem. Czego najlepszym przykładem Kanada na tegorocznych mistrzostwach świata, przyjechali z dwoma ręcznikami i skończyli bez medalu. A Fleury ma mega, mega formę w play-off i ciągnie ten wózek, może im wygrać puchar. Niezłe leszcze w tym Pittsburghu, woleli postawić na młodszego i im nie wyszło.

frankensteiner316

ale im niewyszlo ze byli w polfinale konfy

zdyrman

Pstawili na mlodszego bo tak jest redahtor sportowy im zaproponowal

GordonFreeman

„Niezłe leszcze w tym Pittsburghu, woleli postawić na młodszego i im nie wyszło”.

2 puchary Stanley’a z dużym udziałem młodego to rzeczywiście leszcze.

Lelumpolelum

Po pierwsze, Fleury ma lepszy sezon niż Murray. Po drugie, dla Pittsburgha półfinał konferencji to nie jest wielki sukces. Wobec powyższych uważam za stosowne powiedzieć, że chyba zły interes zrobili pozbywając się takiego fachowca jak Marc-Andre. Oczywiście prawdopodobieństwo, że się nie znam, mylę się jest bardzo, bardzo wysokie. Dziękuję za uwagę.

frankensteiner316

ale wy brednie piszecie ja pierdole, also Jamesu Nealu xD
ktos to przeczytal zanim to zapostowaliscie?

Soifon3

Mam pytanie, nurtuje mnie ten draftowy temat. Czytam, iż wyciągnęli zawodników z innych drużyn itp. Jak wygląda w takim przypadku decyzja zawodnika? Ma on prawo nie zgodzić się na transfer? To samo ze zwykłym draftem. Marzysz o grze dla Pittsburga a wybiera Cię powiedzmy znienawidzony przez Ciebie Washington… Co wtedy?

Jakkaz

Jeśli chodzi o zwykły draft to raczej dominuje podejście „ktokolwiek mnie wybierze będzie super”, no chyba, że chodzi o topowych prospektów. Ale nie przypominam sobie takich problemów. Co najwyżej wyciągną któremuś starego twitta, że mówił coś przeciwko swojej aktualnej drużynie. Po prostu cieszą się, że mogą grać na tak wysokim poziomie. A jak mocno mu to uwiera to pogra te 3-4 lata jak najlepiej i pójdzie gdzie chce.
Co do zawodnika wyciąganego przy expansion draft – nie ma nic do gadania, tak samo jakby jego klub go wymienił za kogoś – przy wymianach zawodnicy też mają niewiele do powiedzenia. Inna sprawa, że jeżeli nie został ochroniony przez swoją drużynę to znaczy, że jest dla nich mało znaczącym zawodnikiem, a przechodząc do nowego klubu może otrzymać życiową szansę jak, żeby daleko nie szukać, Karlsson z artykułu

vincent van cock

No i znowu wygrali , to są jakieś jaja, ale grają zajebiście,Nosek rządzi, szkoda ,że na TVP nie pokazują wszystkich bramek po meczu

wpDiscuz

INNE SPORTY