Cześć, nazywam się Taki Inoue. Jestem najgorszym kierowcą w historii Formuły 1
Inne sporty

Cześć, nazywam się Taki Inoue. Jestem najgorszym kierowcą w historii Formuły 1

– To był koszmar. Zajęło mi pięć lat, żeby zapomnieć o tym, co się wtedy wydarzyło – żartował Taki Inoue, który od ponad 20 lat żyje z opinią najgorszego kierowcy, który kiedykolwiek przewinął się przez cyrk Formuły 1. Japończyk, który był klasycznym pay driverem, okazał się bowiem jeżdżącym nieszczęściem. Nie dość, że nie potrafił uciułać nawet jednego marnego punktu w Grand Prix, to na torze potrącił go… samochód medyczny.

W Biblii można przeczytać, że „ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. W przypadku Inoue nie pomogłaby jednak nawet boska interwencja. Dlaczego? Bo powyższe słowa nie dotyczą tych, którzy byli w swoim życiu notorycznie dublowani.     

***

Taki_Inoue

Dlaczego wyjeżdżamy z tekstem o gościu uznawanym za najgorszego kierowcę, który zasiadł za fajerą bolidu Formuły 1? Bo już trochę znudziło się nam grillowanie Williamsa i naśmiewanie się z jego wozów drabiniastych. Oczywiście nikt nie ma zamiaru bronić Lance’a Strolla (cztery uciułane punkty w tym sezonie) i Siergieja Sirotkina (zero punktów, jedna wciągnięta plastikowa torba), ale spróbujemy udowodnić, że Kanadyjczyk i Rosjanin wcale nie dyndają na końcu wyścigowego łańcucha pokarmowego.

Szczerze mówiąc, taki Sirotkin musi się jeszcze naprawdę sporo napracować, żeby kiedyś faktycznie można byłoby nazwać go najgorszym driverem w F1. W tym wyścigu póki co liderem jest właśnie wspomniany Taki Inoue. Oczywiście nie on jedyny zakończył przygodę z Formułą bez zdobyczy punktowej, ale chyba nikt inny nie dokonał tego z takim przytupem. Co ciekawe, chociaż Japończyk był marnym kierowcą, to jednak na pewno nie można było mu odmówić poczucia humoru. Nigdy nie oburzał się na rzeczywistość i do dziś wręcz chlubi się tym, że to właśnie on jest tym najgorszym.

A jak w ogóle do tego doszło?

Uwaga, kelner za kółkiem

Wyścigowa perełka urodziła się w Kobe, szóstym co do wielkości mieście Japonii. Rocznik 1963.

Taki od małego kręcił się blisko samochodów. Od początku pchał się na przednie siedzenie pasażera, żeby móc obserwować jazdę ojca, przesiadywał w garażu, kiedy starszy naprawia wóz. I marzył. Marzył o karierze kierowcy. Sny spełnił w wieku 22 lat, kiedy po raz pierwszy wystartował w Fuji Freshman, czyli serii wyścigowej samochodów turystycznych. Inoue miał ogromny zapał, ale od początku odstawał.

Mam złe wspomnienia z tamtych wyścigów. Większość kierowców miało już duże doświadczenie, dlatego byłem dla nich trochę jak dziecko – mówił w „Motor Sport Magazine”.

Inoue we wspomnianej serii jeździł w latach 1985-1986, chociaż na życie zarabiał oczywiście inaczej. Pracował m.in. jako kelner w restauracjach. Był jednak na tyle uparty w dążeniu do celu, że postanowił skoczyć na głęboką wodę. Sytuacja finansowa jego i jego rodziny nie była najgorsza, dlatego zdecydował się na wyjazd do Europy. Konkretnie do Anglii, gdzie zaczepił się w Jim Russell Racing School w Snetterton. Miał to być dla niego pierwszy krok w wyścigowej karierze na Starym Kontynencie.

Start nie był łatwy, bo Japończyk nie tylko miał spore braki sportowe, ale też bardzo słabo znał język angielski. Pracował jednak sumiennie, dlatego w końcu na horyzoncie pojawiła się szansa występu w mistrzostwach Brytyjskiej Formuły Ford. Ale i tutaj początki były pechowe, bo kiedy po krótkim pobycie w Japonii wylądował na londyńskim Heathrow, został zawrócony do ojczyzny z powodu braku ważnej wizy. W końcu poukładał jednak sprawy papierkowe i wrócił do Europy. Zamieszkał w Norfolk.

Trafił pod skrzydła Davida Searsa, byłego kierowcy i właściciela zespołu wyścigowego startującego w BFF (później w 1991 r. założył team Super Nova Racing, który wypromował m.in. Juana Pablo Montoyę i Sebastiena Bourdais). Jak wspominał po latach Sears, Taki od początku miał „apetyt na kłopoty”.

Podczas jednej z pierwszych sesji testowych w Snetterton miał poważny wypadek, po którym był nawet reanimowany. Trafił do szpitala. Kiedy wrócił i mnie zobaczył, zalał się łzami. Powtarzał, że jego samochód został zniszczony i bał się, że będzie musiał wrócić do Japonii – opowiadał szef wspominając, że Inoue przez pewien czas mieszkał nawet w jego domu.

Później obyło się już bez takich dramatów i Japończyk zbierał doświadczenie na torze. Po Brytyjskiej Formule Ford chciał zaczepić się w którejś z wyższych serii, ale bezskutecznie. Jedyną opcją były dla niego wyłącznie starty w Japan Formula 3 i śmigał w niej aż do 1993 r. Co ważne, nie zawsze był ostatni, zdarzało mu się nawet punktować. Chociaż najczęściej był to efekt defektów samochodów rywali bądź ich dyskwalifikacji.

Mimo to trzeba przyznać, że to wtedy jako tako nauczył się jeździć. Na tyle, że cały czas pamiętał o nim David Sears. Takim oto sposobem kierowca z Kraju Kwitnącej Wiśni dostał szansę debiutu w FIA Formule 3000. W tym jednym sezonie bardzo się poprawił, zdarzyło mu się zająć nawet dziewiąte miejsce na Estoril. I o dziwo zaczęło przyklejać się do niego coraz więcej sponsorów. Najpierw drobnych, potem nieco większych. Chociaż można tylko się domyślać, że w dużej mierze dzięki znajomościom swojego znanego opiekuna.

Taki po prostu znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Miał szczęście, ponieważ akurat wtedy na Wyspach tworzył się team Simtek. Zespół był wyścigową efemerydą, zwinął się już po dwóch sezonach, ale debiut, to debiut.

Inoue miał już wtedy na karku trzydzieści lat.

Co, ja nie ugaszę pożaru?

Simtek nie był krezusem. Ciągle potrzebował kasy, dlatego ochoczo kontraktował kierowców, którzy mogli wnieść do budżety trochę grosza. Takim właśnie sposobem cudem trafił tam również Inoue. Japończyk przeszedł testy w Barcelonie i dostał szansę debiutu w Formule 1 podczas Grand Prix Japonii.

1994 Japanese Grand Prix. Suzuka, Japan. 4-6 November 1994. Taki Inoue (Simtek S941 Ford). Ref-94 JAP 19. World Copyright - LAT Photographic

6 listopada 1994 roku. To był ten dzień. Ale to oczywiście znów nie był jego dzień.

Warunki na torze Suzuka były bardzo trudne, bo padał deszcz. Było więc jasne, że japoński gołowąs, który zakwalifikował się do wyścigu z 26. czasem, ma pewnie marne szanse nawet na dojechanie do mety. I zakończył wyścig już po przejechaniu ledwie trzech kółek. Później przyznał, że w sumie to nawet dobrze się stało, że zaliczył dzwona już tak szybko, bo nie miał dobrze przećwiczonego… pit-stopu, który przecież go czekał. Trudno powiedzieć, na ile Japończyk mówił prawdę, a na ile się zgrywał, ale kiedy został zapytany o to przez serwis redbull.com, wytłumaczył się tak: skąd miał wiedzieć, jak dokładnie wygląda procedura pit-stopu, skoro w innych seriach wyścigowych czegoś takiego nie było?

Jako nic nieznaczącą ciekawostkę podamy tylko czas jego najszybszego okrążenia – 2’21.978. Dla porównania, zwycięzca tamtego Grand Prix Japonii Damon Hill wykręcił najlepsze kółko w 1’56.597…

Taki wynik nie zrobił jednak różnicy sponsorom, którzy dalej na niego łożyli. Szczególnie firma Unimat produkująca maszyny do obróbki metalu i drewna. Dzięki jej wsparciu Japończyk mógł wnieść budżet do kolejnego teamu – Footwork. Tym razem kontrakt obowiązywał jednak dłużej i obejmował cały sezon 1995. Taki Inoue wystartował we wszystkich 17 wyścigach i oczywiście nie zdobył w nich nawet punktu. Chociaż dwukrotnie było całkiem blisko: był dziewiąty w Kanadzie i ósmy we Włoszech.

Generalnie jednak odstawał, i to grubo. A to maczał palce w kolizji Damona Hilla z Michaelem Schumacherem, a to urządzał sobie rajdy, bo notorycznie wyjeżdżał poza tor, a to wpadał w poślizg na prostym odcinku. Szef zespołu Jackie Oliver powiedział, że samurajowi zdarzało się czasami nawet pomylić przyciski na kierownicy. Szefostwo musiało to jednak jakoś znosić, bo w końcu kasa się zgadzała.

W wyścigowej stawce stał się symbolem nieudolności – pisał o nim „Top Gear”. Brytyjski magazyn przypomniał m.in. historię z 1995 roku, do której doszło podczas testów Benettona. Kiedy Johnny Herbert pokonał okrążenie o dwie sekundy wolniej od Schumachera, który wtedy z nim jeździł, zdenerwowany rzucił: „Czułem się dziś jak jakiś Taki Inoue”. A propos „Schumiego”. Po jednym z pierwszych wyścigów nasz bohater rzekomo stanął w kolejce po jego autograf.

Przejdźmy jednak do momentów największej „chwały” japońskiego kierowcy. Były to dwie akcje, do których doszło właśnie w sezonie 1995. Przez swoją nietypowość są one do dziś wspominane przez wielbicieli historii Formuły 1.

Pierwszy pomnik to Grand Prix Monaco. Gość miał po prostu gigantycznego pecha. Było tak: podczas sesji treningowej radził sobie całkiem dobrze, był nawet lepszy od swojego partnera z zespołu Gianniego Morbidelliego. Doszło jednak do defektu, dlatego bolid Inoue musiał zostać odholowany. Przyjechała laweta i panowie wzięli się do roboty. Kierowca ciężarówki chciał zapakować bolid na platformę, podpiął do niego linę holowniczą, a Japończyk zasiadł za kierownicą pomagając wjechać na pakę. W tym momencie w bolid uderzył jednak safety car, którego kierowca jakimś cudem nie widział o całym zajściu z awarią. Wyścigówka się przewróciła, a kabel holowniczy przeciął część nadwozia. Inoue nie miał zapiętych pasów, ale szczęśliwie nie ściągnął wtedy jeszcze kasku. Ten, chociaż został zmiażdżony, to uratował mu życie. Skończyło się jedynie na wstrząśnieniu mózgu.

5

Inoue po latach z uśmiechem wspominał też interwencję lekarzy. Jedną z pierwszych czynności jakie wykonali, było skontrolowanie jego penisa. Sprawdzali, czy nie doszło do poważniejszego urazu dolnych partii ciała.

Numer dwa to Grand Prix Węgier. Wszystko zaczęło się od awarii silnika. Kierowca Footwork zatrzymał się i wyskoczył z kokpitu, bo jednostka napędowa zaczynała się palić. Do bolidu szybko podbiegły służby ratownicze i zaczęły gasić maszynę. Taki Inoue sam nawet złapał za gaśnicę i chwilę później biegł już w stronę samochodu. Można powiedzieć, że już witał się z gąską, kiedy wjechał w niego samochód medyczny. Japończyk wpadł na maskę, po czym oszołomiony osunął się na ziemię. Szczęśliwie skończyło się tylko na złamanej nodze. Ten incydent Taki też obracał później w żart mówiąc, że co jak co, ale lądowanie na dwie nogi po zderzeniu to była pierwsza klasa. A że później zemdlał z wrażenia?

A tak tłumaczył później swoją akcję gaśniczą w rozmowie z „Autosportem”: – Zwykle w takich sytuacjach odchodziłem od samochodu, ale gdy wtedy zobaczyłem wydobywający się dym, to pomyślałem, że nie wygląda to dobrze. Że mogę stracić też następny wyścig. Dlatego rzuciłem się po gaśnicę. Cóż, potem stało się, co się stało.

Był zdecydowanie najbardziej pechowym kierowcą, z którym pracowałem – skwitował jego czas w Footwork Jackie Oliver.

Honorowy samuraj – nie płacę, nie jeżdżę

Nic więc dziwnego, że jego przygoda z teamem zakończyła się już po roku. Inoue przyznawał później, że był po prostu nieprzygotowany do tamtego sezonu. Narzekał m.in. na małą liczbę przejazdów treningowych, które sprowadziły się – jak mówił – do raptem pół dnia testów na torze Silverstone. Kiedy jeździł na pierwsze weekendy wyścigowe, nie dość, że nie znał żadnego toru, to nie wiedział nawet jak poprawnie korzystać z poszczególnych mieszanek opon. Sam szczerze przyznawał, że sportowo nie nadawał się do tej zabawy.

Początkowo negocjował wprawdzie nową umowę z Footwork, ale musiał ustąpić miejsca nowemu kierowcy. Wtedy na horyzoncie pojawiła się ekipa Minardi, gdzie oczywiście też miał płacić za miejsce za kierownicą. Wszystko było już niby zaklepane, Taki już szykował się do otwierającego sezon 1996 Grand Prix Australii, kiedy niespodziewanie wycofał się jego najważniejszy sponsor. A to oznaczało jedno – utratę fotela. Co ciekawe, ta sytuacja pokazała, że Inoue był naprawdę fair gościem. Szef teamu Gianfranco Minardi zaproponował mu bowiem, że da mu szansę w kilku pierwszych wyścigach, bo dobre wyniki być może pozwoliłyby przekonać sponsora do powrotu. Taki powiedział jednak: stop. To nie byłoby w porządku. Skoro nie płaci, to nie jeździ.

W takich właśnie okolicznościach Minardi sięgnęło wówczas po Giancarlo Fisichellę.

A co działo się dalej z naszym samurajem? Próbował jeszcze zaczepić się w innych seriach wyścigowych, ale bezskutecznie, dlatego w 1999 roku zakończył karierę. Obecnie prowadzi własną firmę, ale wciąż też działa w motorsporcie. Od kilkunastu lat mieszka w Monte Carlo i pomaga kierowcom z Japonii wejść na rynek wyścigowy w Europie. A w wolnym czasie jest aktywnym użytkownikiem Twittera, gdzie w prześmiewczy sposób komentuje wyścigowy świat. Oczywiście często chwaląc się, że to właśnie on jest najgorszym kierowcą w historii Formuły 1.

A porównując tamte czasy z obecnymi, podsumował to tak: – Dzisiejsi kierowcy są nudni. Zero osobowości.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI   

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Michal Sz

Giancarlo Fisichellę, a nie Gianfranco.

Historia tego Japończyka pokazuje jaka amatorszczyzna panowała w Formule 1 jeszcze w połowie lat 90. Przecież kierowca, który prowadził ten samochód medyczny, widział, że kręcą się tam ludzie, więc to tylko jego głupota, że wjechał w Inoue. Tak samo ten Safety Car, który prawie go nie zabił – wpierdolił się w holowany bolid. Służby pomocnicze, które więcej szkodziły niż pomagały.

W ogóle to, że ktoś pozwolił na starty takiemu kierowcy to już skrajna nieodpowiedzialność. Szkoda, że musiał zginąć Senna żeby ta partyzantka się skończyła.

Staszek Anioł

Tyle że Senna zginął nieco wcześniej, więc trochę to „cywilizowanie się” F1 trwało.

Michal Sz

Zgadza się, Senna zginął w 1994. Ale bez jego śmierci na pewno zmiany dotyczące bezpieczeństwa wprowadzono by jeszcze później, dopiero kiedy zginąłby inny mistrz. A modyfikacje zaczęły się już w 1995 roku.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Gdy ci dobrze, gdy ci źle - chodź na anal, nie bój się.
KTS WESZŁO

Cześć, jestem anonimowym „dziennikarzem” na weszło (bez wykształcenia dziennikarskiego) i jestem zjebanym koniobijcą bez humoru.

(L) 15 x Mistrz
Wasza Stolica, Chamy

Taki może co najwyżej klęknąć przed Mistrzem Polski

Gdy ci dobrze, gdy ci źle - chodź na anal, nie bój się.
KTS WESZŁO

Wziąć całego do końca i przełknąć grzecznie

wpDiscuz