Klubowe Mistrzostwa Świata, czyli Katar, gorączka złota i ból głowy po przegranych finałach
Inne sporty

Klubowe Mistrzostwa Świata, czyli Katar, gorączka złota i ból głowy po przegranych finałach

Klubowe Mistrzostwa Świata – które 12 grudnia po raz pierwszy zawitają do Polski – nie są może imprezą o długachnej tradycji, ale nudą nigdy tam nie wiało. Katar to wprawdzie siatkarski trzeci świat, ale może tam zagramy? Spoko. Gospodarze nie mają poważnej drużyny? Luzik, kupi się. To może żeby było jeszcze ciekawiej, pomajstrujemy w przepisach gry? Czemu nie. Momentami bywało zabawnie, ale z drugiej strony nigdy nie brakowało też gwiazd i świetnych meczów. Także z udziałem polskich drużyn, które aż trzykrotnie dochodziły tam do finału. Pogrzebaliśmy trochę w historii turnieju oraz zapytaliśmy zawodników i trenerów, jak wspominają tamte egzotyczne wycieczki.    

Ta impreza od początku potrafiła zaskakiwać. FIVB z pompą zainaugurowało ją w 1989 roku we włoskiej Parmie, by po czterech edycjach… zaorać na długie siedemnaście lat. Jak się okazało, turniej – chociaż zawsze mocno obsadzony – nie okazał się komercyjnym sukcesem i nie porwał kibiców tak, jak się spodziewano. Mistrzostwa na długo wypadły z kalendarza.

Zanim to jednak się stało, imprezę zdominowali Włosi. Podczas trzech turniejów w Italii i jednym w Brazylii, dwukrotnie tytuł zdobył Mediolanum Milano, a po razie Maxicono Parma i Il Messaggero Ravenna. To była jednak zupełnie inna epoka. Dopiero zaczynała się hegemonia włoskich klubów, polska siatkówka wciąż była w kryzysie i jakąś abstrakcją wydawał się udział w klubowych mistrzostwach globu, nikt nawet nie słyszał jeszcze o setach rozgrywanych do 25 punktów.

GetImage

Były rozgrywane do 15, a „oczko” zdobywało się tylko wtedy, gdy wygrywało się akcję po własnej zagrywce. Dlatego nasz finał z Banespą w 1991 roku trwał dłużej niż przeciętne spotkanie w dzisiejszych czasach. Było bowiem bardzo dużo akcji, po których rezultat nie ulegał zmianie. Nie było też pozycji libero, środkowi musieli przez cały czas przebywać na boisku. Siatkarze byli wówczas lepiej wyszkoleni technicznie, ponieważ wymagana była od nich duża wszechstronność. Nie kładziono nacisku na specjalizację tak mocno, jak obecnie – wspominał niedawno w rozmowie z oficjalną stroną KMŚ Amerykanin Karch Kiraly, były gracz Ravenny. Który był zresztą MVP tamtego turnieju.

Stadion fatamorgana

Klubowe Mistrzostwa Świata powróciły dopiero w 2009 roku, kiedy władze FIVB dogadały się z nadzianymi Katarczykami. W dealu działaczom nie przeszkodziło nawet to, że tamtejsza liga nie miała poważnej drużyny, która zdołałaby nawiązać w miarę równorzędną walkę z najlepszymi. Wszystko mówi zresztą bilans katarskich drużyn w ciągu czterech edycji mistrzostw w latach 2009-2012, kiedy organizowano je na ich ziemi: tylko cztery wygrane mecze i ani jednego awansu z grupy.

Zwycięstw byłoby pewnie jeszcze mniej, gdyby szejkowie nie jeździli na zakupy. Głównie do Europy i proponując oczywiście najczęściej krótkoterminowe kontrakty na czas mistrzostw. Częścią jednej z takich transakcji był Łukasz Kadziewicz, który po nieudanej przygodzie z rosyjskim Gazpromem Surgut w 2011 roku trafił na kilka miesięcy Al Arabi Ad-Dauha.

Pojechałem tam trzy tygodnie przed rozpoczęciem turnieju, żeby poznać drużynę i choć trochę wspólnie potrenować. W zespole zebrano szrot z Europy: był Włoch, Niemiec, Czech i Holender plus Brazylijczyk. Coś tam niby dłubaliśmy, ale wszyscy wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie – wspominał w swojej biografii Kadziewicz.

Jak opowiadał, zawodnicy żyli tam niczym królowie. Każdy obcokrajowiec miał do dyspozycji ponad 100-metrowy apartament, a w hotelu specjalnie dla nich zatrudniano nawet europejskich kucharzy. W wolnym czasie też nikt tam się nie nudził. Miejscowi organizowali zawodnikom rejsy jachtami, a jak ktoś chciał pośmigać po mieście żółtym Chevroletem Camaro, to miał podstawianego pod hotel żółtego Chevroleta Camaro. Proste.

aspire

O wrażenia z pobytu w Katarze zapytaliśmy trenerów i zawodników PGE Skry Bełchatów, która została zaproszona już na pierwszy turniej w Doha w 2009 roku. Jak mówi w rozmowie z Weszło ówczesny szkoleniowiec bełchatowian Jacek Nawrocki, jadąc tam wiedzieli, że czeka ich egzotyczna impreza. Katar do tamtej pory kojarzył im się raczej z krainą szejków, a nie siatkówki.

– Pamiętam taką historię. Obok siłowni, gdzie ćwiczyliśmy, był wspaniały stadion piłkarski. Nowoczesny, robił ogromne wrażenie. Nawet chłopaki, którzy przecież dużo widzieli w swoim życiu, aż zawołali mnie i innych członków sztabu. Akurat odbywał się tam mecz ligowy, ale na trybunach tego kilkudziesięciotysięcznika wygodnie w fotelach lotniczych siedziało może z siedmiu szejków. Po prostu nikogo więcej tam nie było. Niesamowity widok. Wracamy tam rok później i znów ćwiczymy na tej samej siłowni. Chłopaki chcą jeszcze raz obejrzeć ten stadion, wychodzą, patrzą, a tam nic nie ma. Kamień na kamieniu nie został. Zastanawiamy się: „Co jest? Może pomyliliśmy obiekty?”. Za chwilę wychodzi jednak pracujący tam trener od przygotowania fizycznego i mówi, że stadion był… przestarzały, więc go zburzyli. Zbliżają się mistrzostwa świata w piłce nożnej i będzie nowy – wspomina obecny trener reprezentacji Polski kobiet.

I dodaje: – Było tam mnóstwo atrakcji. Doha leży niby na środku pustyni, ale można było tam pojeździć nawet na łyżwach. Chłopaki się wtedy nie przyznali, ale wiem, że kilku z nich wyskoczyło i je założyło. Zastanawialiśmy się, czy jak przyjedziemy tam za rok, to nie zastaniemy przypadkiem skoczni narciarskiej.

Z kolei Daniel Pliński, wówczas podstawowy środkowy Skry, pamięta widok z hotelowego okna: na pustynię i chodzące wielbłądy. – No i wszędzie dużo bogactwa, widać że kraj bardzo szybko się rozwijał. Byłem tam pierwszy raz w życiu, dlatego wszystko robiło na mnie duże wrażenie. Chociażby gigantyczna galeria handlowa, po której można było przemieszczać się gondolą, jak po Wenecji. Dosłownie w środku, wśród deptaków – opowiada obecny zawodnik Indykpolu AZS Olsztyn.

Trzeba jednak przyznać, że pieniądze były też ze sporym ciśnieniem pompowane w sam turniej. Zwycięska drużyna zgarniała 250 tys. dolarów, co w siatkówce jest naprawdę sporą kwotą. A już na pewno porównując to do „gaży”, którą Europejska Konfederacja Siatkówki (CEV) co roku przelewa na konto najlepszego zespołu Ligi Mistrzów. Tam jest to marne 50 tys. euro. Drobniaki.

Hussein Imam Ali: Ale mam pomysł!

Wiele rzeczy na Bliskim Wschodzie było więc dla zawodników nowych, tylko na parkiecie obyło się bez większych zmian. Wszystkie cztery edycje w Katarze wygrało Trentino Volley napakowane gwiazdami pokroju Mateja Kazijskiego, Osmany Juantoreny czy Leandro Vissotto. W trzech edycja w składzie drużyny z Trydentu był też Łukasz Żygadło.

GetImage

W aż trzech przypadkach – w latach 2009-2011 – Włosi ogrywali w finale nasze drużyny. Najpierw PGE Skrę (3:0 i 3:1), a następnie Jastrzębski Węgiel (3:1). Polskie zespoły nigdy nie mogły postawić przysłowiowej kropki nad „i”, chociaż w fazie grupowej i półfinałach potrafiły obijać takich potentatów jak Zenit Kazań.

Do historii przeszła szczególnie pierwsza edycja mistrzostw, zorganizowana po 17-letniej przerwie. Pewnie wszyscy kibice siatki doskonale pamiętają, to właśnie wtedy testowano prawdopodobnie najbardziej kuriozalną zmianę przepisów w ostatnich latach – słynną już „złotą formułę” zakazującą ataku z pierwszej linii po przyjęciu zagrywki. Obowiązkiem była więc szarża z drugiej linii.

Jednym z wizjonerów okazał się dyrektor techniczny turnieju Hussein Imam Ali, który uznawał ponoć za nudne kończenie wielu piłek już w pierwszej akcji. Wydumana zmiana miała wydłużyć grę, uatrakcyjnić mecze, ale jednocześnie też nieco wyrównać poziom między najlepszymi a najsłabszymi zespołami. Problem w tym, że tylko Katarczycy widzieli w tym sens.

– Ta zasada jest absurdalna. To nie będzie siatkówka. Bo co zrobimy ze środkowymi? Przecież nie będą już potrzebni… – słusznie zauważył Brazylijczyk Giba.

– Pamiętam, co powiedział rozgrywający Lloy Ball, który grał wówczas w Kazaniu: „Ta formuła zabija całą siatkówkę”. To było idealne podsumowanie tamtego pomysłu. Ale nawet mimo to Bełchatów miał wtedy taką ekipę, że mógł bić się z największymi na świecie – mówi Pliński.

– „Złota formuła” zabrała pewną widowiskowość. To nie była trafiona decyzja, bo absolutnie nie odegrała roli, jaką miała odegrać. Katarczycy chcieli wyrównać obronę z atakiem, a paradoksalnie w pierwszej piłce atakowali zawodnicy najsilniejsi, najmocniejsi. Tacy gracze jak Matej Kazijski czy Bartek Kurek, mieli czasami nawet po 90-100 ataków w meczu, znacznie więcej niż zazwyczaj. Ale nawet jak na taką formułę graliśmy bardzo widowiskową siatkówkę – dodaje Jacek Nawrocki przekonując, że po latach wcale nie czuje niedosytu z powodu dwóch przegranych finałów (w 2012 r. był też brąz). Patrząc na to, jaką potęgą było wówczas Trentino, srebrne medale uważa za duży sukces.

W 2013 roku impreza przeniosła się w znacznie bardziej siatkarskie rejony, czyli do Brazylii. Konkretnie do Betim i Belo Horizonte. Zbiegło się to też z końcem dominacji Włochów, bo od tamtej pory trzy tytułu zgarnęła miejscowa Sada Cruzeiro, jeden zaś rosyjski Biełgorod. Niestety, nasze drużyny w Ameryce Południowej już nie występowały.

Teraz cała zabawa po 25 latach wraca do Europy i przynajmniej przez najbliższe dwa sezony rozkręcana będzie w Polsce. Oby nasze drużyny nie były zbyt gościnne.

***

Impreza potrwa do 17 grudnia. W fazie grupowej ZAKSA Kędzierzyn-Koźle zmierzy się Cucine Lube Civitanova, Sadą Cruzeiro i Sarmayeh Bank, a PGE Skra Bełchatów z Zenitem Kazań, Personalem Bolivar i Shanghai Volleyball Club. Mecze będą rozgrywane w Opolu, Łodzi i Krakowie.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. FotoPyk, FIVB

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

Ciekawe, dziękuję.

wpDiscuz