Z Bońkiem o walkowerach za przerwanie meczu, prawach telewizyjnych i podziale kasy
Weszło

Z Bońkiem o walkowerach za przerwanie meczu, prawach telewizyjnych i podziale kasy

Czy od wiosny przerwanie meczu z powodu zadymienia będzie kończyło się walkowerami? Czy da się sprzedać prawa telewizyjne do Ekstraklasy za 300 milionów? Jak tę kwotę sprawiedliwie podzielić? O tym rozmawiamy z prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem.

– Najpierw porozmawiajmy o kibicach. Zamieścił pan ostatnio tweeta z dwoma zdjęciami. Na jednym stadion podczas meczu reprezentacji, na drugim zadymiony obiekt Legii.
– Napisałem, że to są dwa światy. Jest inna rzeczywistość meczów ligowych i inna rzeczywistość meczów reprezentacyjnych. A często ludzie – ci sami. Na Stadionie Narodowym pojawia się mnóstwo osób, które są zagorzałymi kibicami jakiejś drużyny, ale różnica jest taka, że nie przychodzą w wielkiej zbitej grupie, tylko zabierają synka czy narzeczoną. Natomiast w kibicowaniu ligowych zauważam niepokojący zwrot w tył, o kilka lat…

– Kiedyś mówił pan, że race się panu podobają.
– Bo to prawda. Tylko że pamiętajmy o jednym: są przez polskie prawo zakazane. Mnie się mogą podobać, panu się mogą podobać, ale to nie ma żadnego znaczenia, skoro nie podobały się ustawodawcy. Ale chciałem powiedzieć co innego: tak naprawdę dzisiaj nie mówimy już o odpalaniu rac, ale o jakichś – nie wiem – bombach dymnych. Jestem zaniepokojony tym co widzę. Czym innym jest odpalona z radości raca, a czym innym odpalenie na stadionie dwóch ton materiałów pirotechnicznych. Zwrot wstecz polega na tym, że jakaś grupa osób używa tych rac po to, by pokazać, jacy są niezależni i że nikt nie ma nad nimi kontroli. To nie dotyczy tylko Legii, tylko wszystkich klubów w Polsce… Dla mnie raca to u niektórych przedłużenie męskości, pokazują nią swoją niepokorność, to że władze klubu czy jakiekolwiek inne mogą im skończyć. Dochodzi do eskalacji. Są grupy, które jak chcą nastraszyć piłkarzy, to mogą. Jak chcą wnieść na stadion bombę atomową, to też mogą. Wszystko mogą. Ale skoro prezesi klubów z tym nie walczą, to ja mam walczyć?

– Jest pan przeciwnikiem spektakularnych opraw?
– Bywają fantastyczne oprawy. Człowiek patrzy na te sektorówki, często z ciekawym przesłaniem, i nie może się napatrzeć. Ale dla mnie odpalenie takiej ilości środków pirotechnicznych to już nie oprawa, tylko właśnie jakaś manifestacja. Musimy pamiętać o jednym: mecz piłkarski ma dwie połowy, każda po 45 minut. Między nimi jest kwadrans przerwy. To są nienaruszalne zasady. Tzn. może wydarzyć się coś niezależnego – np. zgaśnie światło – ale nie możemy nagle z piłki nożnej robić innej dyscypliny. Gdybym ja grał i musiał przestać na siedem czy osiem minut… Przecież człowiek od początku musi w takie spotkanie wejść. Dla trenerów to czas na dodatkowe odprawy. Futbol na tym nie polega.

– Są tacy, którzy twierdzą, że atmosfera na meczach ligi jest znacznie lepsza niż na meczach reprezentacji.
– Atmosferę w piłce to robią piłkarze. Kibic patrzy co się dzieje i reaguje. My tutaj tworzymy jakąś alternatywną rzeczywistość. Czasami mam wrażenie, że gdyby w piątej minucie meczu ligowego piłkarze zeszli do szatni, to część kibiców w ogóle by nie zauważyła, a jeszcze większa – w ogóle się tym nie przejęła i śpiewała dalej. Jak ja idę do teatru, to patrzę na scenę. Jak idę na stadion, patrzę na boisko. Zostawmy reprezentacje – tam wszystko dobrze funkcjonuje, nie mamy problemów z kibicami, nie płacimy z ich powodu dużych kar, nie musimy się za nic wstydzić, mamy dobry wizerunek i to przyciąga wielki biznes. A atmosfera? Jak straciliśmy drugą bramkę z Czarnogórą i nasz awans był zagrożony, to reakcja stadionu przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Poza tym wie pan co? Czy śpiewanie tego samego przez godzinę to w ogóle doping? To znaczy: czy to faktycznie jakoś pomaga drużynie? Moim zdaniem kiedy kibice gwiżdżą za każdym razem, gdy przeciwnik ma piłkę, to jest to doping dziesięć razy lepszy, skuteczniejszy. Pojawia się presja na rywalach, adrenalina rośnie…

– Wróćmy do głośnego tematu rac. Jaki jest wasz plan?
– Na pewno zimą zwrócimy się do Ekstraklasy SA, żeby opracować przepis, że przerwanie meczu z powodu pirotechniki na dłużej niż pięć minut będzie skutkować walkowerem. Przecież my wszyscy chcemy podnieść poziom ligi, a podniesiemy go w jeden sposób: pieniędzmi. Tego typu sytuacje odciągają od futbolu duży kapitał, są też sporym problemem przy sprzedaży praw TV. Przecież gdyby coś takiego się powtarzało, to mamy z miejsca 20 milionów mniej dla klubów… Gdyby kibice odpalili to przed meczem, tuż przed przerwą, albo tuż przed końcem… Skoro już muszą, to wtedy miałoby to większy sens i mniejsze konsekwencja dla telewizji. Wyobraźmy sobie, że duża stacja pokazuje spotkanie naszej ligi w otwartej antenie o 18:00, a o 20:00 ma wskoczyć jej kluczowy program, na który czeka więcej osób niż na gole w Ekstraklasie. Prezesi patrzą i się zastanawiają, czy na pewno tę ligą chcą, a jeśli chcą to za ile – a my im dajemy do ręki argument, którym mogą próbować tę cenę zbić. To bez sensu.

– Dość łagodnie doszliśmy do kwestii praw telewizyjnych. Mówi się, że mogłyby być sprzedane minimum za 300 milionów złotych.
– Nie mówi się, tylko powiedział tak pan Mioduski. Moim zdaniem strzelił samobója, bo jeśli mówisz, że chcesz coś sprzedać za 300, to nie sprzedasz za 400.

– Ale czy 300 to nie jest mrzonka?
– Prawa do ligi francuskiej kosztują 800 milionów euro. OK, liga francuska jest lepsza, wiadomo. Natomiast nie jest to liga, którą namiętnie ogląda się w innych krajach. Raczej produkt lokalny, a na inne rynki – zapychacz. Jeśli uznamy, że liga polska – czyli z kraju, w którym mieszka blisko 40 milionów ludzi, a siła nabywcza stale rośnie – warta jest 10 procent ligi francuskiej, to otrzymamy 80 milionów euro. Czyli grubo ponad 300 milionów. Moim zdaniem nie ma najmniejszego powodu, by wyceniać nasz rynek niżej niż 10 procent Francji, za to znalazłbym powody, by wyceniać wyżej. Pamiętajmy też, że ten przetarg będzie w bardzo dobrym momencie. Po pierwsze – jest rywalizacja pomiędzy stacjami telewizyjnymi, kilka będzie tym produktem zainteresowanych. Po drugie – piłka nożna dzięki reprezentacji jest dzisiaj bardzo dobrze postrzegana. Sprzedajmy w górce.

– Ale obecny kontrakt to 145 milionów.
– Sprzedawano w kiepskim dla piłki momencie. To jest naprawdę niska suma. Moja firma Goal&Goal scentralizowała prawa do polskiej ligi w 1999 roku. Wtedy sprzedaliśmy tę ligę za blisko 100 milionów rocznie. Osiemnaście lat później, przy innej sile nabywczej Polaków, innym dostępie do płatnej telewizji, innym produkcie, bo liga jest rozgrywana na innych stadionach i lepiej pokazywana, wciąż jesteśmy na zbliżonym pułapie. Proszę mi wierzyć, ja się na tym znam..

– 300 milionów, albo więcej, za tak słabą ligę?
– Telewizja nie płaci za poziom. Płaci za ekskluzywny towar, z którym może dotrzeć do określonej liczby klientów zainteresowanych tym towarem. Telewizji nie interesuje – w sensie biznesowym – czy gol padł, bo ktoś nie umie grać, czy wręcz przeciwnie: bo umie.

– Zaczyna się też mówić o podziale pieniędzy między klubami.
– Znowu muszę powiedzieć, że nie zaczyna się mówić, tylko robi to pan Mioduski. Poza nim nikt o tym nie rozmawia. W większości lig najlepszy zespół bierze między 10 a 13 procent, w Anglii mniej, ale to wynika z tego, że tort jest ogromny i dla każdego starcza… Na razie nie wiem, czy mówimy o pomyśle jednego klubu, dwóch, pięciu czy może całej ligi. Nie wiem więc, czy w ogóle mówimy o czymś realnym. Ale pamiętajmy, że wszyscy ligi wygrać nie mogą i wszyscy nie mogą zagrać w pucharach, nawet jeśli będziemy mieli 16 wspaniale zorganizowanych klubów. Ktoś zawsze musi przegrać. Trzeba też myśleć o zapewnieniu jakości tej rywalizacji…

– Jak by pan podzielił ten tort?
– Moje prywatne zdanie jest takie, że jakkolwiek podzielimy, to i tak będzie za mało, żeby się wszyscy najedli. Ale przede wszystkim… nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Najpierw zróbmy rozgrywki, jakich oczekuje telewizja. Bez meczów od piątku do poniedziałku, z meczami kończącymi się o czasie. Potrzebujemy ładu i porządku… Czytałem artykuł na Weszło o podziale pieniędzy. Mam jedno przemyślenie: prawo nie powinno działać wstecz. Jeśli ktoś chce, by nagradzano kluby na bazie rankingu z ostatnich pięciu lat, to umówmy się, że teraz zaczynamy granie o ten ranking i za pięć lat pierwsza bonusowa wypłata. Szanse będą chociaż trochę bardziej równe. Ale oczywiście pan Mioduski ma też rację, że musimy lepiej grać w pucharach. Gdybyśmy mieli dwie drużyny w Lidze Mistrzów, to prawa do naszej ligi kosztowałyby miliard… Trudno o złoty środek.

Rozmawiał
KRZYSZTOF STANOWSKI