„Łukasz, dzwonił Mourinho. Pytał, czy chcę grać w United”
Weszło

„Łukasz, dzwonił Mourinho. Pytał, czy chcę grać w United”

Był kapitanem drużyny, która z talentami pokroju Youriego Tielemansa czy Ismaila Azzaouiego zdobywała mistrzostwo Belgii w kategorii U-17. Przeszedł przez kolejne szczeble akademii, której system pozwala na taśmowe wychowywanie przyszłych reprezentantów kraju. Przed tym sezonem wylądował jednak w I-ligowej Wiśle Puławy i to właśnie tędy chce utorować sobie drogę powrotu do reprezentacji młodzieżowej. W rozmowie z Weszło Łukasz Płonowski zdradza, jak Anderlecht sprawił, że wylądował w Rot-Weiss Erfurt, mimo że miał na stole kontrakt od Herthy Berlin, jak opieprzał i był opieprzany, a także… kto może być kolejnym transferem Jose Mourinho.

Pytanie numer jeden – dlaczego znowu nie grasz? Wydawało się, że w Puławach wreszcie będzie ta regularność, a tu, przynajmniej na razie, klops.

Akurat teraz nie mam na to wpływu, bo cały czas czekam na certyfikat. Kontrakt został podpisany, ale jak Wisła chciała mnie zarejestrować, okazało się, że nie ma jeszcze kompletu papierów z Niemiec. Starano się je przed pierwszym meczem z Kluczborkiem szybko zdobyć. Ale to był piątek wieczór i w biurze niemieckiej federacji już nikogo nie było, więc nie miał kto ich przesłać do Polski.

Przychodzi następna kolejka i znowu próżno cię szukać w kadrze meczowej.

W tamten piątek klub złożył prośbę o dokumenty, ale do meczu z Olimpią Grudziądz cały czas nie było odpowiedzi. Bez przerwy dopytuję dyrektora, kiedy będę mógł zagrać, bo nie ukrywam, że bardzo na to czekam i liczę, że przed trzecią kolejką już wszystko będzie na swoim miejscu. Dla mnie to po prostu głupio stracony czas, bo ciągle nie występuję w lidze, nie jestem pod grą…

Dostawałeś przed sezonem sygnały od trenera, że jesteś szykowany na pierwszy skład?

Nie chcę się wychylać i robić z siebie nie wiadomo kogo, jakiegoś wirtuoza piłki nożnej, ale z tego co mi wiadomo, w meczu z Kluczborkiem miałem być w kadrze. Mam nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze.

(rozmawiamy w poniedziałek, we wtorek Łukasz zamieścił tweeta: „Dotarł certyfikat! Mogę w końcu grać!”)

Przyznasz chyba, że Puławy to nie jest miejsce, w którym widziałeś siebie jeszcze w czasie, gdy byłeś w juniorach Anderlechtu?

Widzisz, tak się te moje losy potoczyły (śmiech). Miałem przede wszystkim trochę… no nie trochę, po prostu pecha w Anderlechcie. Jako że dostałem powołanie do kadry Belgii i nie skorzystałem. to te relacje wewnątrz klubu się popsuły. Dlatego zdecydowałem się odejść. Co wcale nie okazało się z perspektywy czasu takie proste.

No właśnie, w twoim kontekście przewijały się poważniejsze marki niż Erfurt, gdzie ostatecznie wylądowałeś.

Tak, byłem na testach w Hercie Berlin, w Werderze Brema. Sportowo wszystko było okej, ale Anderlecht nie zgadzał się na to, żeby łatwo mnie puścić i kontrował oferty z Niemiec kwotami, których nawet tamte kluby nie mogły zapłacić. Wtedy pojawił się ten Erfurt, klub trzecioligowy, więc tam ten wskaźnik ekwiwalentu za wyszkolenie opada, a suma do zapłacenia staje się nieporównywalnie mniejsza. No to podpisałem umowę na trzy lata.

A zostałeś tylko przez pół roku.

Perspektywy, jakie przede mną kreślili były całkiem fajne. Pierwszy rok w U-19 i później płynny skok do pierwszej drużyny. Ale tydzień przed ligą zmienił się trener z niejasnych powodów, a nowy kompletnie mnie nie widział w składzie. Nie rozumiałem tego, bo w pierwszej kolejce zagrałem dobre spotkanie z HSV, zremisowaliśmy 2:2, strzeliłem nawet bramkę. A potem – końcówki, a nawet takie mecze, gdzie nie byłem w kadrze. Nie boję się pytać wprost, o co chodzi, więc zachodziłem do biura trenera, pytałem się, jaka jest przyczyna mojego braku powołania, a on sam nie potrafił mi odpowiedzieć.

Stąd ten Brunszwik?

Dokładnie. I tam – kolejne nieszczęście. Znowu parę dni przed startem ligi – kontuzja. Graliśmy mecz z Schalke 04, przed nim na rozruchu zerwałem sobie więzadło. Cała liga przeszła mi koło nosa, wróciłem dopiero na końcówkę.

Nie chciałeś zostać tam, przepracować teraz przygotowań od początku do końca, spróbować raz jeszcze?

Mogłem zostać w U-23, ale na koniec sezonu usiadłem z menedżerami, rozpisałem sobie plusy i minusy pozostania w Brunszwiku i wyszło, że warto by było poszukać czegoś innego. Były oferty z 4. ligi niemieckiej, dwie czy trzy z 3. ligi, ale też nie od razu na granie w pierwszym zespole. I wtedy obraliśmy kierunek polski. Postanowiliśmy nie uderzać do Ekstraklasy, bo to byłoby bez sensu – młody chłopak, który stracił sezon przez kontuzję? Szanse na regularną grę miałbym naprawdę marne. Zawęziliśmy więc poszukiwania do I ligi i wtedy zgłosiła się Wisła. Byli konkretni, bardzo zainteresowani, przedstawili plany wobec mnie, więc nie miałem żadnych obaw.

Odchodząc z Anderlechtu pisałeś na Facebooku: „Uwolniony od RSCA!”. To musiało być dla ciebie przykre, że w takich okolicznościach opuszczasz klub, w którym się wychowałeś?

Jasne. Najbardziej bolało mnie to, jak na siłę uniemożliwiali mi przejście do tych lepszych klubów w Niemczech. W Hercie zainteresowanie było tak mocne, że umowę przygotowali dla mnie raz dwa. Wysłali papier transferowy do Anderlechtu, a tam zażyczyli sobie kosmicznej sumy. Takiej, której nie płaci się za młodych piłkarzy, którzy jeszcze nic w poważnej piłce nie zagrali. Stąd taki pełen ulgi status na Facebooku.

Mówisz, że zaszkodziło ci odrzucenie reprezentacji Belgii. Myślałeś w ogóle nad ich reprezentacją, czy od samego początku w grę wchodziła tylko Polska?

To było tak: byłem zaproszony na zgrupowanie, ale już wcześniej byłem w bazie treningowej, gdzie zajęcia mają wszystkie reprezentacje Belgii, od U-15 do pierwszej, trzydzieści kilometrów do Brukseli. Obejrzałem sobie te wszystkie budynki, nawet U-18 grali jakiś mecz akurat, więc zostałem go pooglądać. I na tym się skończyło. Wtedy przyszło to zaproszenie, ale ja już byłem zdecydowany na grę dla Polski. Zadzwoniłem do trenera, do kierownika drużyny, przeprosiłem, ale powiedziałem, że nie stawię się na tym zgrupowaniu.

Wcześniej byłeś już zresztą na spotkaniu organizowanym dla takich jak ty przez PZPN, prawda?

Trzy czy cztery razy na spotkaniu organizowanym przez Macieja Chorążyka, tak. W Niemczech spotykaliśmy się z panem Tomaszem Rybickim (koordynator skautingu PZPN, przyp. red.), on zresztą nawiązał ze mną pierwszy kontakt, zaprosił. Później przyszło też powołanie do reprezentacji.

Na ten słynny Puchar Syrenki, z którego wyjechałeś jeszcze w trakcie turnieju, bo jak sam mówiłeś – przyjechałeś przemotywowany.

Tak, to było w U-17. Naprawdę fajna drużynka to była, pamiętam że chyba nawet wygrali cały turniej. Pojechałem, pierwsze dni były bardzo obiecujące, ale później muszę przyznać, że trochę się przemotywowałem. Nie znałem takich sytuacji wcześniej, trener nie miał też czasu na eksperymenty… Do tego doszły emocje, bo do noszenia koszulki z orzełkiem, do świadomości, że teraz reprezentuje się kraj, trzeba się przyzwyczaić, dojrzeć. Krótko mówiąc – wtedy nie wyszło. Ale to dla mnie cenna lekcja, fajnie było też poznać chłopaków. Teraz nic, tylko pokazać się w Wiśle i może za rok, może za dwa, a może za trzy – znów przyjechać na zgrupowanie.

Rozmawiałeś z trenerem Wójcikiem o tej sytuacji, wyjaśniliście sobie wszystko?

A to akurat dość zabawna sprawa. Był u mnie w Brukseli raz Maciek Chorążyk, bo jechał gdzieś – już nie pamiętam gdzie – i miał po drodze, więc poszliśmy na kawę. Jak już byliśmy w kawiarni, akurat zadzwonił do niego trener Wójcik. No to Maciek mówi:

– Robert, zgadnij kto akurat siedzi obok mnie!

Dał mi słuchawkę, chwilę porozmawialiśmy. Wrócił do tej sytuacji, powiedział jakie błędy popełniłem… Ale przede wszystkim miło było usłyszeć, że trzyma za mnie kciuki i życzy mi powodzenia w następnym sezonie.

Czytałem kiedyś większe opracowanie na temat akademii Anderlechtu i trafiłem tam na wypowiedź jej dyrektora Jeana Kindermansa, że dla niego „dobry trening jest wtedy, gdy piłkarz schodzi z boiska zmęczony nie tylko fizycznie, ale też psychicznie”. Zawsze mnie to bardzo zastanawiało, faktycznie tak to wygląda?

Zgodzę się z tym. Bardzo dużo gra się piłką po ziemi, trzeba być w nieustannym ruchu, myśleć, pokazywać się na pozycji, przesuwać. Tutaj, w Wiśle czy wcześniej w Niemczech śmiali się nawet ze mnie, że fajna ta akademia Anderlechtu, tylko szkoda że nie uczą grać głową. I wiesz co? Mieli rację! W Belgii praktycznie wszystko gra się dołem, dużo jest gierek, nie kładzie się takiego nacisku na bieganie, sprinty, taką typowo fizyczną walkę – to jest, ale wszystko z piłką. Jak to się mówi na taki wyskok, gdzie piłkę się z dużą mocą uderza głową? Wbicie gwoździa? No to ja tych gwoździ wbijać za bardzo nie umiem (śmiech).

Ale to właśnie jest powód, dla którego ci zawodnicy potem z Anderlechtu idą za duże sumy. Bo potrafią grać piłką, bo są świetnie wyszkoleni pod względem technicznym. No i nie można zapominać o ciągłej imigracji – klub ma skąd wybierać dzieciaków, jest ciągły napływ ludności, przez co to poławianie talentów jest możliwe.

W Brukseli pograłeś z paroma ciekawymi zawodnikami, którzy już teraz robią duże kariery. Z twojego rocznika jest choćby Youri Tielemans.

Youri dzwonił do mnie nawet ostatnio i mówi:

– Łukasz, wiesz kto do mnie dzwonił? Mourinho. Pytał, czy byłaby możliwość przejścia do Manchesteru United.

On już od początku zapowiadał się na wielki talent. W Anderlechcie nieba mu przychylano, wykonywał u nas wszystkie stałe fragmenty – karne, rożne, wolne. Miał taką władzę – i w klubie, i w reprezentacjach młodzieżowych. Ma ledwie 19 lat, a w Belgii mocno się zastanawiano, czy aby nie powołać go na mundial.

Ale to można powiedzieć nie tylko o Tielemansie, bo jest też przecież Dodi Lukebakio, którego nowy trener co prawda odstawił do rezerw, ale za Besnika Hasiego też występował regularnie w pierwszym składzie. Jest Ismail Azzaoui, który w tamtym roku podpisał profesjonalny kontrakt w Wolfsburgu, a wcześniej był też przez jakiś czas w Tottenhamie. Także jest tam parę takich perełek.

Ale to ty byłeś przez jakiś czas ich kapitanem.

Dokładnie, w U-16 i U-17. W U-17 zdobyliśmy mistrza kraju.

Czyli co – duża osobowość, lubisz pokrzyczeć po kolegach?

(śmiech) Teraz jest trochę inaczej, bo w Wiśle nawet nie czuję takiej potrzeby. Są starsi koledzy, oni dyrygują tym wszystkim. Ale w moim roczniku nigdy nie należałem do tych cichych, zawsze lubiłem pogadać, pożartować, komuś wyciąć jakiś dowcip. A i na boisku, jak trzeba było na kogoś nakrzyczeć, zwrócić uwagę, jak zrobił akcję do przodu, ale stracił i nie wraca się za swoim, to wiadomo – krzyknie się. Chociaż ostatnio miałem odwrócenie sytuacji w sparingu z Pogoni. Moja strata, trochę wolniej wracałem, łapałem oddech. To jak mnie opieprzyli koledzy z tyłu, tak potem już każdy powrót praktycznie na sprincie!

Czego życzyć Łukaszowi Płonowskiemu w tym nadchodzącym sezonie?

Dużo zdrowia. Żebym regularnie grał, bo to jest w tym momencie dla mnie najważniejsze.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

KOMENTARZE (0)