Armia milionerów i prezydent – fan futbolu. Chińczycy przejmują biznes
Weszło Extra

Armia milionerów i prezydent – fan futbolu. Chińczycy przejmują biznes

Wygląda na to, że Chińczycy, z polecenia trenera Radomira Anticia, podbiorą Legii Miroslava Radovicia. Hebei China Fortune, podkreślmy – drugoligowiec – który w poprzednim sezonie zajął trzecie miejsce od końca, jest w stanie zaoferować pensję nawet sześciokrotnie przebijającą mistrza Polski. Taką na poziomie Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Kolejni piłkarze, głównie z Ameryki Południowej, stoją przed tym samym dylematem. Ambicja czy pieniądze? Europa czy Chiny? I zazwyczaj, czemu trudno się dziwić, wybierają to drugie. Mowa już nie tylko o emerytowanych gwiazdach, ale zawodnikach coraz lepszych. Takich, których kluby europejskie wzięłyby z pocałowaniem ręki.

Na początek jeszcze słowo o potencjalnym pracodawcy “Rado”. Właścicielem klubu jest grupa Zhong Yi, skupiająca firmy zajmujące się produkcją plastikowych butelek, opakowań, tekstyliów i tak dalej. Typowy chiński model, czyli rządy majętnego przedsiębiorcy. Nie miasta, gminy czy województwa. W Chinach mają tyle szczęścia, że dużych firm, dla których wydanie kilku milionów euro nie stanowi żadnego problemu, są setki, jeśli nie tysiące. Ponad stu jest natomiast samych miliarderów. Ci sport coraz częściej traktują jako stosunkowo tani sposób na zdobycie sławy i podbudowania ego.

Transfer Radovicia nie byłby absolutnie żadnym przełomem. Nawet w drugiej lidze, nawet w tym jednym konkretnym klubie. Ledwie kilka dni temu sprowadzili Nenada Milijasa. Innego Serba z przeszłością w Premier League i odhaczonym występem na mundialu w Republice Południowej Afryki, gdzie w środku boiska tworzył parę z Dejanem Stankoviciem. Na zainteresowanie samym klubem też nie ma co narzekać. Na mecze chodzi średnio 6 tys. osób. Inna sprawa, że giną na prawie 40-tysięcznym stadionie, który prezentuje się tak.

Niezłe zaplecze jak na drugą ligę chińską, która bardziej niż z okazałymi obiektami kojarzy się z polami ryżowymi. Kolejna ciekawostka – ubiegłoroczny spadkowicz na wyprzedaży swoich zawodników zarobił prawie dziesięć milionów euro. Tak, tak… Tyle w ciągu jednego okna transferowego zgarnął chiński drugoligowiec. Nie mieści się w głowie? To dopiero początek.

Kiedy trzy lata temu Didier Drogba i Nicolas Anelka nie dostawali pensji w Shanghai Shenhua, światowe media zaczęły się zastanawiać, czy aby chińska kraina astronomicznych kontraktów nie jest astronomiczną lipą. Odpowiedzią niech będą cyfry. Tylko w trwającym oknie transferowym tamtejsze kluby wydały ponad sto milionów euro. Najbardziej rozrzutni – Guangzhou Evergrande – ponad trzydzieści. Więcej, niż Real Madryt i Borussia Dortmund razem wzięte.


Ricardo Goulart, najdroższy piłkarz ligi chińskiej, z nowym szefem

Zwykle wystarczą dwa telefony. Pierwszy do prezesa klubu, który po usłyszeniu kwoty odstępnego otwiera szampana. Drugi oczywiście do piłkarza. Ten, dowiadując się ile zarobi, podskakuje ze szczęścia, uderzając głową o sufit. Pieniądze są oczywiście czynnikiem odbierającym wszelkie argumenty, ale wbrew pozorom nie jedynym. Liga chińska krok po kroku, bardzo powoli ale sukcesywnie zdobywa miejscowy rynek. Dziś średnia na stadionach jest porównywalna do tej w Ligue 1, a z roku na rok może być coraz lepiej. Czego jak czego, ale potencjału ludzkiego w Chinach nigdy nie zabraknie.

Przyjrzyjmy się konkretnym ostatnim transferom. Przykładowo: Ricardo Goulart, Alan, Dario Conca, Hernan Barcos, Marcelo Moreno, Anselmo Ramon… Średnio znajomi, prawda? Optyka zmienia się, kiedy dopowiemy, że pierwszy to najlepszy piłkarz ligi brazylijskiej, a drugi najskuteczniejszy strzelec Red Bulla Salzburg w Lidze Europy. Większość piłkarzy, którzy trafiają do ligi chińskiej łączy pochodzenie. Trzecia część z obcokrajowców w Chinese Super League to przybysze z Sao Paulo, Rio de Janeiro czy Belo Horizonte.

Ostatni strzał to Tim Cahill, który dał się skusić Shanghai Shenhua. Najgłośniejsze transfery z ligi brazylijskiej to z kolei wspomniany Goulart oraz Diego Tardelli. W tamtym roku obaj ocierali się o reprezentację Brazylii i byli czołowymi piłkarzami ligi. Pierwszym niedawno interesowało się Monaco, ale oferta Francuzów została odrzucona. Drugi, już blisko trzydziestoletni, nie poradził sobie ani w Betisie, ani PSV Eindhoven, ani nawet w Anży Machaczkała. Mimo to jego nowy, chiński pracodawca lekką ręką zapłaci mu 370 tys. dolarów miesięcznie.

Znacznie więcej w najlepiej prosperującym chińskim klubie – Guangzhou Evergrande – zarobi wspomniany Goulart. Mówi się nawet o kwocie zbliżonej do 10 milionów za sezon. Plus 16 milionów za transfer, co jest tamtejszym rekordem. W Europie na podobne pieniądze mogą liczyć tylko absolutne tuzy. By wygrać szczęśliwy bilet do Chin czasem wystarczy z kolei jeden solidny sezon. W lidze brazylijskiej się nie przelewa. Średni zarobek to 18 tys. dolarów miesięcznie, a pieniędzy nierzadko trzeba szukać nie na koncie, a w salach sądowych. Kluby coraz częściej są niewypłacalne. Transfer do Chin jest jak gwiazdka z nieba.

Kim konkretnie są ludzie stojący za tym zamieszaniem? To prywatni inwestorzy, zwykle milionerzy, a niekiedy nawet miliarderzy. W ubiegłym roku połowę praw do Guangzhou, za 192 miliony dolarów, wykupiła śmiesznie nazywająca się firma – Alibaba Group. Na jej czele stoi niepozorny Chińczyk, który ciężką pracą zbudował imperium większe niż eBay i Amazon razem wzięte. Jego majątek szacowany jest na kilkadziesiąt miliardów dolarów. – My nie inwestujemy w futbol, tylko w rozrywkę – mówił po dopięciu transakcji.

Kolejna spółka – Wanda Group. Miesiąc temu odkupili 20 procent akcji Atletico Madryt. Po co? Między innymi będą chcieli tam lokować chińskich piłkarzy. Współpraca jest jednak obopólna, bo w zamian w Chinach planowane jest otwarcie kilkuset klubowych sklepików z gadżetami. Ci sami ludzie ledwie kilka dni temu przejęli szwajcarskie Infront Sports & Media, do tej pory należące do bratanka Seppa Blattera. Firmę, która jest właścicielem praw do transmitowania mistrzostw świata. Europejski i chiński futbol będą przenikać się coraz częściej, a Chińczycy, ze swoim gospodarczym potencjałem, mogą być równie rozrzutni, co szejkowie. To właściwie nieuniknione.

Kolejny przykład? Ledwie kilka miesięcy temu Arsenal – ostatnio najpopularniejszy klub w Chinach – nawiązał ścisłą współpracę z firmą elektroniczną Huawei.

To całe zamieszanie ma źródło w miejscu, gdzie piłka nożna sportem zawodowym jest dopiero od 22 lat. W ciągu tego czasu targana była kryzysami, skandalami i przede wszystkim korupcją. Karę poniosło ponad pięćdziesięciu piłkarzy, działaczy i oficjeli. Do więzienia wsadzono władze ligi. Chińscy zawodnicy zarabiali śmieszne pieniądze, więc łapówki przyjmowali z pocałowaniem ręki. Zastrzyk kilkuset funtów pozwalał utrzymać rodzinę. Szacuje się, że przed interwencją rządu, który – przynajmniej w teorii – poradził sobie z korupcją, sprzedawanych było nawet 30 procent meczów.

W ostatnich latach wszystko wróciło do normalności, chociaż Chińczycy – zrażeni przeszłością – wciąż wolą kibicować Realowi Madryt czy Milanowi. Według najnowszych danych tylko 22 procent zainteresowanych piłką śledzi krajowe rozgrywki. Na punkcie futbolu są jednak zakręceni, stając się wymarzonym targetem. Podczas mundialu w Brazylii furorę robiły aukcje z lewymi, jednodniowymi zwolnieniami z pracy, do złudzenia przypominającymi autentyczne, wystawione przez renomowaną klinikę.


Na mecze Guangzhou Evergrande przychodzi średnio 42 tysiące kibiców. To najlepszy wynik w Chinach

Podstawowe pytanie brzmi – skąd w Chinach wziął się aż taki piłkarski boom? Czy klubom rzeczywiście opłaca się inwestować tak absurdalnie wielkie pieniądze i tak brutalnie przepłacać piłkarzy? Jedną z odpowiedzi jest osoba Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej, Xi Jinpinga, lansującego się na wielkiego fana futbolu. W propagandowych obrazkach często przedstawiany jest jako piłkarski wirtuoz. Mówiąc krótko – chce w ten sposób zyskać sympatię ludu. Tylko sympatię, bo głosów właściwie nie potrzebuje. Chinami, jak wiadomo, rządzi tylko jedna partia, z którą lepiej żyć w zgodzie.

Podczas wizyty w Dublinie pan prezydent rzeczywiście pozował z piłką. Szkoda, że nie była to piłka nożna.

Nie tak dawno jego postać pojawiła się nawet w propagandowym komiksie, który przedstawia go jako świetnego piłkarza, a kończy się zdobyciem przez reprezentację Chin mistrzostwa świata. Według niej Chiny musiałyby kwalifikować się na turniej, który sami zorganizują. Mała wpadka PR-owców.

W planach rzeczywiście mają organizację mundialu, chociaż pierwszy realny termin przypada dopiero na rok 2034. W 2026 faworytem będą Stany Zjednoczone, a kandydatura azjatycka – zaraz po mundialu w Katarze – nie będzie brana pod uwagę. Cztery lata później FIFA prawdopodobnie przyzna turniej Urugwajowi i Argentynie, z okazji setnej rocznicy pierwszych mistrzostw. Chiny mają więc mnóstwo czasu na spokojną, sukcesywną budowę reprezentacji, która na dziś jest tamtejszą zakałą. Jest nawet taki dowcip.

***

Budda nagle przemawia do Chińczyków i obiecuje spełnienie jednego marzenia.

– Błagamy cię, obniż ceny nieruchomości, żeby wszyscy mogli pozwolić sobie na dach nad głową! – odzywa się ktoś z tłumu.

Zniesmaczony Budda milczy. Widać, że próbuje się wykręcić.

– Spraw, aby Chiny zakwalifikowały się do mistrzostw świata! – krzyczy ktoś inny.

Budda wybałusza oczy, marszczy brwi i po długim westchnieniu odpowiada: – Dobra, to porozmawiajmy o tych nieruchomościach.

***

Chińskie dzieci wolą uprawiać sporty indywidualne, w których znacznie łatwiej osiągać sukcesy. Na przykład ping-ponga albo lekkoatletykę. Piłkę nożną lubią oglądać, ale uprawiać już niekoniecznie. Sprawę w swoje ręce wziął więc chiński rząd, wprowadzając gigantyczny plan mający za zadanie sprawić, że liczba ludności nareszcie przełoży się na poziom reprezentacji. Piłka nożna w szkołach stała się zajęciem obowiązkowym. Już dziś dotyczy to 17 milionów uczniów podstawówek. W ciągu najbliższych lat ma zostać wybudowanych około 20 tysięcy boisk oraz ośrodków szkoleniowych. Ambasadorem kampanii jest David Beckham. Szacuje się, że niebawem w Chinach może wykształtować się nawet 100 tysięcy młodych piłkarzy. Wtedy z pewnością będzie już z czego wybierać.

Atutem Chin w kontekście futbolu może okazać się bieda. To ona bardzo często determinuje do tego, żeby kopać piłkę i dzięki niej podnieść standard życia swój i najbliższych. Właśnie w ubóstwie wychowali się najwięksi piłkarze w historii. Kluby z kolei zakładają, że w ciągu kilku lat staną się realną alternatywą dla Europy, co właściwie dzieje się już teraz, na naszych oczach. Na razie wyłapują niezłych Brazylijczyków, europejskich średniaków czy podstarzałe gwiazdy. Z czasem chcą jednak sięgać po piłkarzy coraz lepszych i bardziej utytułowanych, na których wabikiem będzie wysoka pensja oraz stale podnoszący się poziom ligi, jak i azjatyckiej Ligi Mistrzów. Ograniczać będzie ich limit – pięciu piłkarzy spoza kraju, w tym jeden Azjata.

Jeśli Chiny utrzymają tempo rozwoju, a biznesmenom nie znudzi się inwestowanie w piłkę, to niewykluczone, że pewnego dnia tamtejszą ligę będzie oglądać się przynajmniej tak często, jak choćby francuską czy holenderską. Takie przynajmniej są plany małych, skośnookich panów, którzy w tym przypadku mają dwa wielkie, współgrające ze sobą atuty – duże mózgi i jeszcze większe pieniądze.

PIOTR BORKOWSKI


KOMENTARZE (0)