Tomasz Hajto: Nie wezmę byle czego. Trzeba się szanować
Weszło Extra

Tomasz Hajto: Nie wezmę byle czego. Trzeba się szanować

– I tylko się zastanawiam, w jakim kierunku brniemy. Mamy poważnego sąsiada, który nie chowa wiedzy dla siebie, bo bazuje i tak na świetnym potencjale ludzkim. Chcemy tego czy nie? Futbol się zmienił. To już nie te czasy, gdzie mogłeś przyjąć piłkę, wypić dwie kawy espresso i poczekać na przeciwnika. Jestem zbulwersowany pewnymi układami w naszym futbolu. Tak, układami. Gdy dostałem szansę poprowadzenia Jagiellonii, wydawało mi się, że zaraz w Polsce rozpocznie się trzęsienie ziemi – opowiada w obszernym wywiadzie Tomasz Hajto, z którym porozmawialiśmy… w zasadzie o wszystkim.

Po obejrzeniu i przeczytaniu masy wywiadów z panem, zauważyłem, że w zupełnie innym nastroju wypowiada się pan o Bundeslidze, a w innym o naszej lidze. Chyba wiadomo więc, od czego zacząć.

Dlaczego? Nie wypowiadam się o naszej lidze źle. Zależy mi po prostu na fachowości. My natomiast często bełkoczemy i powtarzamy wyuczone slogany. Najlepsze są te, które zwykle słyszę od ekspertów komentujących Ekstraklasę. Po wygranej: „super przygotowani fizycznie, taktyka się sprawdziła”, a po porażce tradycyjnie: „kurde, coś nie gra z przygotowaniem, taktyka jest zła”. Powiem tak: można mieć różne taktyki na różne spotkania, ale wszystkie charakteryzują się tym samym – dobrym, agresywnym wejściem w mecz, by jak najszybciej pokazać, po co się przyjechało. Z takim nastawieniem wszędzie jeździliśmy z Jagiellonią. A przy tym mam tę chorobę, że nienawidzę antyfutbolu, choć wiem, że czasem daje efekt, ale…

… ale widzę, że nie mógłby pan na stałe pracować w roli eksperta od Ekstraklasy.

W ogóle nie komentowałbym Ekstraklasy w Canal+.

Dlaczego?

Nie zgadzam się ani w calu z wieloma teoriami ich ekspertów. Niektórzy nie są też dla mnie takimi autorytetami, by mogli obiektywnie opiniować pracę trenerów.

Dariusz Wdowczyk jest bardzo podobnego zdania i w którejś Lidze+ Extra zaatakował Kazimierza Węgrzyna.

Ciągle bleblają to samo. Kazek Węgrzyn pracował w Polsce z dwoma trenerami i ich wychwala regularnie. Jeżeli coś się na nich powie – atakuje. Niezależnie od tego, czy ma rację. Grzesiek Mielcarski… Grałem z nim w piłkę i kiedyś to naprawdę był chłopak z jajem, fajnym spojrzeniem. Nazywaliśmy go w Górniku misiem Fuzzym, bo zawsze był uśmiechnięty i wprowadzał dobrą atmosferę, ale teraz wszedł w taki bełkot, który mnie się osobiście nie podoba. Zrobił się też, jak Kazek, tendencyjny. Rozumiem, że jako eksperci mają prawo do własnego zdania, z którym mogę się nie zgadzać, ale wymagam rzetelności, a tej u nich nie widzę. Chwalą tych samych piłkarzy lub trenerów i tych samych atakują. Potrzebna jest równowaga. Sam nie jestem pruderyjny, jak ci, którzy w prywatnych rozmowach mówią co innego, a wywiady, jak klakiery, dają takie same. Zwróć uwagę, jak często wciskamy piłkarza po pięciu meczach do reprezentacji. A ja zawsze apeluję: spokojnie, niech potwierdzi swoją dyspozycję, poczekajmy cały sezon. Nie pamiętam, by w Niemczech kogokolwiek powoływano do kadry po pięciu spotkaniach. Ale tacy właśnie jesteśmy – z natury chaotyczni i często – z czego ludzie się śmieją – nie zwracamy uwagi na detale.

Hasło-wizytówka Tomasza Hajty.

Wizytówka, a w Niemczech słyszałem to dziesięć razy dziennie. Die Details. Die Details. Co wygrywa w spotkaniu? Detale. Jakie detale? Ano takie, czy nie zaspałeś, czy byłeś skoncentrowany, czy wszedłeś dobrze w mecz, czy odpowiednio szykowałeś się na przeciwnika. To wszystko łączy się w widowisko.

Skoro zmierzamy w kierunku takiej dbałości o detale, to chyba dobrze, że kluby zatrudniają zagranicznych trenerów przyzwyczajonych do innych realiów. U nas tymczasem trwa dyskusja, którą wywołał Michał Probierz…

Żadna dyskusja. Wiem, o co chodziło Michałowi. Andrzej Juskowiak powiedział w którymś wywiadzie, że polski piłkarz lepiej przyswaja polecenia w zagranicznym języku, więc Probierz – w aluzji – przeprowadził konferencję po niemiecku. Przecież nie jesteśmy narodem tłuków, by klękać, gdy ktoś mówi po angielsku. Sam mówię po polsku, prawie perfekcyjnie po niemiecku, biegle posługuję się serbskim i dogadam się po angielsku. Wiele ludzi dywaguje, jak trener powinien się zachować w różnych sytuacjach, a ja – może wzbudzę trochę kontrowersji albo polemiki – powiem tak: ktoś, kto nie był za granicą i nie widział, jak trener postępuje tam, gdzie gra się o byt, przyszłość i naprawdę ogromne pieniądze, po prostu tego nie zrozumie. Nie zrozumie, że można nie wystąpić w meczu, a na odprawie dostać największy opieprz.

Ma pan na myśli jakąś konkretną sytuację?

Był taki gość, Anibal Matellan, którego Schalke obserwowało z Realem, kiedy świetnie przykrył Raula w meczu o Puchar Interkontynentalny i za którego zapłaciło dwanaście milionów marek. Jupp Heynckes generalnie za mną nie przepadał. Grałem u niego sporo, bo wiedział, że mnie potrzebuje, ale mój styl bycia i gry go nie przekonywał. Rozumiałem go – przyszedł z Hiszpanii i szukał kogoś bardziej pod tiki-takę, a ja bazowałem na sile, dłuższych podaniach, wybieganiu i agresji. Pogodziłem się z tym, ale pamiętam dzień po wyjeździe z TSV 1860, gdzie nie wystąpiłem, a Matellan zagrał fatalnie, popełnił dwa błędy i przegraliśmy 0:3. Chłopaki przyjechali do klubu, rezerwowi mieli trening wyrównawczy – wytrzymałość w formie małych gier plus przebieżki, by podtrzymać mikrocykl i przepalić organizm – a na koniec odprawa. Jak zareagował Heynckes? – No tak, najbardziej mi żal tego Matellana – dodając kilka wrzutek z hiszpańskiego typu „chico”. Mówi dalej: – Żal mi go, bo popełnił dwa błędy – i tu obraca się do mnie – jakie codziennie na treningu popełnia Hajto (śmiech). Cały temat Matellana zszedł na drugi plan i zaczął jechać ze mną! Całą odprawę! A mnie nie było nawet w kadrze meczowej!

I jak pan zareagował?

Rada drużyny – w której zresztą byłem – wybrała się do Rudiego Assauera i powiedziała, że to dyskryminowanie zawodnika, który ma pewne zasługi. Assauer wezwał Heynckesa, potem zawołali mnie i usłyszałem: „do końca sezonu będzie spokojnie, ale potem musisz odejść”. Heynckes przekonał się, że cieszę się dużym szacunkiem, ale z drugiej strony słynął z tego, że w każdym klubie odsuwał dwóch-trzech zawodników o mocnej pozycji. W pierwszym sezonie zagrałem u niego bodaj 26 pełnych spotkań, ale to nie było to. A wszystko zaczęło się po jego przyjściu z Realu, z którym wygrał Ligę Mistrzów i powiedział w wywiadzie: „co mam zrobić? Przecież nie mam w defensywie Roberto Carlosa”. Zadzwonił do mnie dziennikarz „Kickera”, zacytował te słowa, a ja w żarcie odpowiedziałem, że gdyby Roberto Carlos był prawonożny i przyszedł do Schalke, to by na prawej obronie nie grał, bo to moja pozycja”.

Heynckes żartu nie zrozumiał?

Chyba nie, bo widziałem, że linia jest cienka. Regularnie stemplował mnie, Joerga Boehme i Emile’a Mpenzę, a kochał młodych.

Tamci za co podpadli?

Za nic. Heynckes ogólnie słynął z tego, że sadzał na ławie zawodników o najmocniejszej pozycji. Nie godziłem się z tym, ale gdy dostałem informację, że Heynckes chce, bym trenował z rezerwami, spotkałem się z Assauerem i powiedziałem: – Manager, wiesz, że według kontraktu trener nie ma prawa przesunąć mnie do rezerw i muszę trenować z pierwszą drużyną.

– Tomek, ale co mam zrobić, skoro podpisaliśmy z nim kontrakt na trzy lata? Bardzo cię szanuję, wiele razy z nim rozmawiałem, ale powiedział, że definitywnie nie zmieni zdania, a przecież go nie wyrzucę.

Rozwiązałem umowę z Schalke i poszedłem do Norymbergi. Jako kapitan zrobiłem awans z drużyną Pawła Janasa na mundial, grałem regularnie i liczyłem na regularne występy, by nie wypaść z kadry. To – jak się okazało – mogło być moim największym błędem. Schalke przegrało pierwsze cztery mecze i wyrzuciło Heynckesa. Straciłem nie tylko finansowo – w Norymberdze nie zarabiałem nawet połowy z tego, co w Gelsenkirchen – ale przede wszystkim sportowo.

Największy błąd w karierze?

Przez pierwsze półtora roku w Gelsenkirchen z 78 oficjalnych meczów rozegrałem 72 całe, a tylko cztery razy wisiałem za kartki. Może kibice mnie nie uwielbiali, ale zawsze doceniali moje zaangażowanie. Pamiętajmy: to był wtedy biedny klub. Dopiero budowaliśmy to Schalke, które miało walczyć o czołowe lokaty na nowym stadionie. Widzę też, że za wszystko człowiek dostaje nagrodę. Przez pierwszy sezon nie strzeliłem gola, to teraz wiszę w klubowym muzeum jako autor pierwszego trafienia na nowym obiekcie. Pamiętam też pożegnanie, setny mecz w Schalke, przedłużenie kontraktu… Z Herthą w 25. minucie sam sobie zrobiłem kontuzję. Syndesmoseband angemessen – tak to się nazywa. Naderwany prosty w chyba 65 procentach. Owinąłem to tape’m, rozegrałem spotkanie do końca, wróciłem do domu, a rano patrzę… Nie jestem w stanie włożyć nogi do klapka. Prześwietlenie, gips, operacja… Był grudzień, a przed sobą, w czerwcu, miałem mundial. Jedyna kontuzja, i to w najważniejszym momencie w karierze, gdy byłem w stanie mierzyć się z każdym napastnikiem. Miałem taki rytm meczowy, że mogłem grać co trzy dni bez problemu zaledwie na witaminie C, B12, magnezie i raz na jakiś czas kroplówce. Zupełnie mi to starczało i czułem się wyśmienicie.

To było apogeum kariery.

Dwa lata z Huubem Stevensem wzmocniły mnie jeszcze bardziej. Wchodzę, pamiętam, do szatni i słyszę: „szef cię wzywa” – tak nazywano Assauera. Kierownik drużyny dostał telefon od Sabine Soeldner, szefowej biura managera, że mam przyjść po treningu, a ja: „kurde, co ja znowu zrobiłem? Znowu kogoś kopnąłem? Jakaś kara?”. Wchodzę do biura Assauera, a ten: – Zapalisz?

– Palę, to sobie zapalę.

– Słuchaj, ty alte scheiss Pole. Stary, gówniany Polaku – ogólnie tak się zwracał do wszystkich. Z Nemecem scheiss tcheche co chwilę miał przejścia. – Słuchaj, Wałdoch mi powiedział, że jak tu przyjdziesz, to zrobisz mi w drużynie atmosferę, bo tego mi brakowało przy zmianie pokoleniowej. A tu się okazało, że oprócz budowania atmosfery potrafisz jeszcze grać w piłkę!

Do dziś pamiętam te słowa! Tak się zacząłem śmiać, że mało nie udławiłem się kawą.

– Masz jeszcze półtora roku kontraktu, noga w gipsie, ale szanuję cię za zaangażowanie. Wiem, że wiele razy grałeś na zastrzykach, rozegrałeś ostatnie spotkanie do końca, zwyciężyliśmy… Chcę z tobą przedłużyć kontrakt.

– Manager, nie ma problemu. Dobrze się tu czuję, język znam…

– Słuchaj – zawołał Soeldner, by przyniosła fax. – Mam dla ciebie trzy propozycje: z Szachtara Donieck, Manchesteru City i – tu nie jestem pewny – chyba z Newcastle.

Byliśmy akurat po Lidze Mistrzów, gdzie wyszedł mi naprawdę niezły mecz na Arsenalu. – City daje za ciebie osiem milionów euro, ale chcemy cię zatrzymać. Nie pamiętam, jakie masz warunki, ale proponujemy ci wszystko razy dwa, przedłużamy o trzy lata i od stycznia dostajesz nowe pieniądze.

To była nagroda za całą moją pracę. Nawet za tę operację zęba na przed meczem z Bayernem, gdzie plułem cały mecz krwią.

Operację zęba?

Lekarzowi urwał się instrument, pękło mi dzień przed meczem i musiałem mieć to wszystko cięte, by uratować dziąsła. Zagrałem jednak w tym upale. Assauer powiedział, że może mnie sprzedać i zapytał: – Masz menedżera? Wiem, że współpracujesz z Wolfgangiem Voege.

– Tak.

Byłem pierwszym polskim piłkarzem, który podpisał umowę z Adamem Mandziarą, dziś prokurentem Lechii Gdańsk, a wtedy przedstawicielem Wolfganga na Polskę.

– Słuchaj, nie dzwoń po menedżera, bo jeśli nie masz z nim umowy, to dorzucę te pieniądze tobie.

– Nie, za bardzo szanuję Voege i Mandziarę. Choćby za to, jak mi pomogli, gdy przedłużałem kontrakt z Duisburgiem.

Wpisali mi tam klauzulę, dzięki której po spadku mogłem przejść do Schalke. Od razu zadzwoniłem do Mandziary, żeby przylecieli dzień później na negocjacje, bo sami dostaną prowizję razy dwa. Wiedziałem, że w Anglii mógłbym zarobić więcej, ale zastanawiałem się, czy jest sens odchodzić z miejsca, w którym znam język, jestem w radzie drużyny i wszyscy mnie szanują. Bierzemy jeszcze dwie kawki?

Bierzemy.

Miałem rewelacyjną sytuację – albo odchodzę do silnej ligi, albo zostaję na lepszych warunkach. Negocjacje trwały dziesięć minut. Assauer dołożył, menedżerowie zarobili, a ja dostałem lepszą umowę. Nasze drogi z Adamem zeszły się w 1998 roku. Z czasem umowa nam wygasła, ale – choć dzwoniło do mnie wielu menedżerów – nie chciałem kończyć tej współpracy. Zawsze mogłem liczyć na Mandziarę i Voege w organizowaniu lotów, wczasów… Razem przedłużaliśmy kontrakt w Duisburgu, potem pierwsza umowa w Schalke, przedłużenie, Norymberga, Southampton… Sami nie mieli ze mną problemów, bo co może być lepsze dla agenta niż piłkarz, któremu proponują nową umowę na półtora roku przed końcem obecnej? Z nogą w gipsie podpisywałem nowy kontrakt. A potem zaczął się ten najgorszy okres…

Liga ruszyła 24. stycznia i medycznie – żeby się to wszystko zrosło – powinienem był pauzować przez siedem tygodni. Po sześciu, na pięć dni przed pierwszym meczem wyszedłem na trening z piłką. Pierwszy dzień – wszystko OK, drugi – wszedł mi gość w nogę postawną i zerwałem to samo. Tragedia. Płakałem, jak dziecko. Walczyliśmy o Ligę Mistrzów, a zerwanie – jeszcze większe niż wcześniej – na 80 procent. Gips, z dziesięć kilo nadwagi, a powrót bez okresu przygotowawczego… (chwila przerwy) To tak mosiężna praca od ósmej rano, zabiegi, potem powrót do treningu normalnego, potem z drużyną… Schalke wygrało – pamiętam –  z siedem meczów z rzędu i fart chciał, że na ósme wyzdrowiałem, bo dwóch obrońców pauzowało za kartki, a jeden doznał kontuzji.

Z kim graliście?

Pamiętam, jak dziś. Z Kaiserslautern. Lokvenc w ataku. Nie czułem się zbyt dobrze, ale kto pójdzie do trenera i powie, że nie jest gotowy? Myślę sobie: zaryzykuję. Wygraliśmy 3:0, nie popełniłem żadnego błędu, ale wybierałem proste rozwiązania. Brakowało mi czucia. Przy wysokich piłkach nie wiedziałem, czy przyjmować, czy mi nie odskoczy. I co teraz powinien zrobić trener? Wcześniej, gdy grałem, zwyciężaliśmy, ale teraz, po takiej serii zwycięstw i po moim powrocie znów wygraliśmy. Kto powinien dostać większy kredyt zaufania?

Pan, jako trener, jak by postąpił?

Ciężka sytuacja. Trener wiedział, że miałem pękniętą kostkę, brałem zastrzyki i miałby takiego chłopaka nie wystawić? Z drugiej strony wracają kartkowicze… Wziął mnie na rozmowę i pyta: – Jak się czujesz?

– Trenerze, grać chcę zawsze i zawsze powiem, że dobrze się czuję, ale prawdę mówiąc nie jestem gotowy na sto procent.

– Co robimy?

– Pan decyduje. Zaakceptuję wszystko. Będę zły, jeśli nie zagram, ale mam nadwagę, źle się poruszam…

Wrócił pan do gry?

Następne trzy mecze szarpnąłem na świeżości tak, jak ostatnio Piszczek po kontuzji. Wszyscy mówili: „o, wrócił Łukasz w najlepszej dyspozycji”, a ja powtarzałem, że bez okresu przygotowawczego musisz wpaść w dół. I ten dół będzie się pogłębiał z treningu na trening. Jak na obozie. Nogi stają się ciężkie, popełniasz błędy… A gdy jeszcze bazujesz na przygotowaniu fizycznym, jak ja, wszystko staje się jeszcze trudniejsze. Zamiast się wzmacniać wbijałem sobie do głowy, że kończy się mój czas. Walczyłem sam ze sobą. Pamiętam jeszcze, że dzień po komunii syna Engel zrobił zgrupowanie, na które musiałem jechać nad ranem. Po finale Pucharu Niemiec wygranym 4:1 z Leverkusen odebrałem medale, poszliśmy na wspólną kolację, a następnie jechałem przez pięć godzin z Berlina do Duisburga na komunię, która była o dziesiątej. Potem poszliśmy na obiad, posiedzieliśmy do północy na kolacji, a następnie zameldowałem się na zgrupowaniu w Hanowerze. Z nadwagą i niewyspany. Po wejściu w dwa treningi dziennie nie było mnie już zupełnie. Wiedziałem, że wiele ludzi na mnie liczyło, a rozpoczynał się najczarniejszy sen mojego życia. Nie mogłem nawet ustabilizować wagi. W jednym miesiącu  – mimo treningów – przytyłem osiem kilo, potem spadało o sześć, następnie znowu pięć do góry… Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Brałem indywidualne treningi z Christosem Papadopoulosem i samo granie z otape’owaną nogą dawało mi duży dyskomfort. Nigdy nie miałem problemu z harówą, ale tu na głowę spadło mi za dużo. Ale widzisz… Uciekłem z tematu, bo zaczęliśmy od zagranicznych trenerów (śmiech).

Ciekawie pan opowiadał, to nie przerywałem, ale w porządku – nie uważa pan, że osoby z tego pokolenia – już nawet niekoniecznie pan, ale dajmy na to Wałdoch czy Żewłakow – mogą na młodych polskich piłkarzach zrobić większe wrażenie niż jakiś anonimowy Portugalczyk?

Niech sobie prezesi zatrudniają kogo chcą. Zmierzałem do innego tematu – zastanówmy się, jak moje pokolenie plus to starsze o kilka lat, jak „Gucio” Warzycha, jest wykorzystywane dzisiaj? Mamy całą plejadę zawodników, którzy latami grali za granicą. Podkreślam: latami, a nie przez rok po zaliczeniu pięciu występów w Ekstraklasie. Ilu dziś mamy? Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski plus Boruc.

Krychowiak.

Mówię o tych, którzy wybili się z polskiej ligi. A reszta? Nigdzie nie mamy piłkarzy, którzy grają dłużej niż pięć lat. A ilu było w moim pokoleniu? Od Majaka, Juskowiaka, Iwana, Kłosa, Koźmińskiego przez Bąka, Matyska, Krzynówka, Dudka, Kryszałowicza? Dalej mam wymieniać? Olisadebe, Karwan, bracia Żewłakow. Masa topowych piłkarzy. I kogo dziś się wykorzystuje w polskiej piłce? Juskowiak jest dyrektorem Lechii, Koźmiński wiceprezesem PZPN, Iwan kierownikiem reprezentacji…

Żewłakowowie są w Legii.

„Żewłak” jest szefem skautingu. A reszta? Dla Matyska znalazło się miejsce na lata w Norymberdze, Wałdoch pracuje w Schalke, a Jurek Dudek woli jeździć Volkswagenami GTI na mocy umowy z Castrolem. Dlaczego gość, który wygrał Ligę Mistrzów, nie jest trenerem bramkarzy reprezentacji? Pytam: why? Dlaczego? Dlaczego Koepke trenuje bramkarzy w kadrze, a Dudek nie może? Do innych reprezentacji weszło pokolenie młodych, bo nikt nie bał się na nich postawić. Jakie doświadczenie mieli Wilmots i Kovac? Prawie żadnego. Tylko u nas wysłuchujemy tego bełkotu, że by otrzymać kadrę, trzeba coś osiągnąć. A co wygrał Fornalik? Co osiągnął, że dostał reprezentację? Można psioczyć na Beenhakkera, ale on coś wygrał. A Kovac? Nic. Był wybitnym, solidnym piłkarzem. Jak wykorzystujemy nasze pokolenie? Albo inaczej – czy w ogóle chcemy je wykorzystać? Byliśmy jedną z głównych nacji w Bundeslidze, a dziś te rozgrywki biją się o numer jeden w Europie. Po zdobyciu mistrzostwa świata seniorów, sięgnęli po mistrzostwo U-19. Powtarzalność! Chcemy skorzystać z wiedzy tych piłkarzy? Chcemy wykorzystać, że nasz sąsiad pokazuje nam kierunek?

Nie do końca.

I tylko się zastanawiam, w jakim kierunku brniemy. Mamy poważnego sąsiada, który nie chowa wiedzy dla siebie, bo bazuje i tak na świetnym potencjale ludzkim. Chcemy tego czy nie? Futbol się zmienił. To już nie te czasy, gdzie mogłeś przyjąć piłkę, wypić dwie kawy espresso i poczekać na przeciwnika. Jestem zbulwersowany pewnymi układami w naszym futbolu. Tak, układami. Gdy dostałem szansę poprowadzenia Jagiellonii, wydawało mi się, że zaraz w Polsce rozpocznie się trzęsienie ziemi. Szanuję trenera Piechniczka, bo dał mi zadebiutować w reprezentacji, dzięki czemu wyjechałem za granicę, ale pytam: jaki cel miało jego późniejsze zachowanie? Dlaczego rzucano mi kłody pod nogi? Nie będę już wymieniał nazwisk sześciu innych trenerów, którzy nie mieli prawa iść na kurs UEFA Pro, a zostali przyjęci. A potem Łazarek mówi: „co mieliśmy zrobić, skoro wojewoda zadzwonił i prosił, żebyśmy mu dali licencję tymczasową?” (śmiech). Autentycznie tak mi powiedział w cztery oczy! Więc pytam: o co tu chodzi? Wojewoda załatwia komuś licencję, by ta osoba bez uprawnień prowadziła klub? To jak? Są równi i równiejsi? Bo ja nie jestem z ich bandy? Bo ja byłem „be”, bo powiedziałem, że rządy Laty muszą się kończyć? Bo nie dało się już ciągnąć tego bałaganu, który ciągnięto przez wiele lat? Że 60 wybitnych reprezentantów kraju musiało sobie kupować bilety na Euro? W trakcie mistrzostw mieliśmy w ramach kursu UEFA Pro wykłady na AWF w Krakowie i naprawdę nie dostaliśmy zaproszeń na mecz?

Wraca wywiad „Tomasz Hajto – ostry jak nigdy”. 

Dostałem pięć tysięcy złotych kary za to, że powiedziałem coś na gościa z PZPN-u. Tak nam usta zamykali, że nie można było nikogo skrytykować. Przyjechałem do siedziby związku w sprawie ŁKS-u, a Olkowicz był pijany w trupa. I powiedział mi i Adamskiemu: „nie krzycz na mnie, bo ja się was nie boję!”. Powtórzył to z osiem razy! Byłem w kraju dopiero dwa lata, odzwyczaiłem się od takich standardów, słucham gościa i pytam: o co chodzi? A potem czytam „Fakt”. „W Gdańsku budują stadion, łopata wbita, tak żegnali się działacze PZPN-u”, a obok zdjęcie Laty i Olkowicza walących lufę centralnie na lotnisku. I potem mi wmawiają, że facet nie był pijany! Sorry, to ja się nawaliłem i jechałem samochodem?! Skandal za skandalem. Wajcha kręciła wajchę. Innym razem podjeżdżam pod Sheraton, a ludzie… (chwila pauzy) A tam handlują darmowymi wejściówkami. Ewenement! Jest napisane, że darmowe, a tu kobita wychodzi i normalnie sprzedaje je ludziom w pakiecie! (śmiech) Ja nie miałem zaproszenia na mecz, a ci handlowali przed Sheratonem, o czym do dziś nikt nie chce mówić. Żyjmy dalej w tym zakłamaniu. Prezes Boniek i Sawicki do dziś wyciągają z szafy te wszystkie umowy i pięcioletnie odszkodowania.

Sawicki to wszystko wyłożył w wywiadzie na Weszło.

A największą hipokryzją była sprawa z autokarem i reprezentacją Polski U-17, która przebywała na zgrupowaniu na Pomorzu. Można było wynająć autokar za trzysta złotych, by przewiózł ich na basen, a PZPN wysłał go z Warszawy za 20 koła plus VAT, przywrócił z powrotem do stolicy, a po dwóch dniach wysłał raz jeszcze, by wystawić kolejną fakturę. Niemiecka federacja zatrudnia 35 osób, hiszpańska 34, a związek Laty – 104 osoby. Mówimy o tym czy wolimy te sprawy ukrywać?

Oczywiście, że mówimy. Związku Laty nikt nigdy nie oszczędzał.

Kto był pierwszą osobą, która poparła Zbigniewa Bońka na prezesa PZPN? Byłem pierwszy w kraju. Wielu wolało siedzieć cichutko, by żyć w zgodzie z tymi, którzy może wygrają. Chciałbym, by ten związek się zmieniał, bo sam – poprzez awanse i grę w kadrze – jakąś cegiełkę do tego dorzuciłem, ale też mam swoje wymagania.

Są spełniane?

Nigdy nie będę klakierem i sorry, ale… (chwila przerwy) Kilka osób utrzymuje się w PZPN, jak ci politycy, którzy przeskakują z partii do partii. I co? Zmieniają poglądy?

O kogo chodzi?

Nie chcę w to wchodzić. Zostawmy to.

To proszę powiedzieć, jaka jest pana sytuacja, bo łączono pana z wieloma klubami, a konkretów póki co brakuje.

LZS Wólczanka. Powiem tak: jestem wdzięczny prezesowi Kuleszy za szansę. Dzięki niemu skończyłem kurs trenerski, zasmakowałem prowadzenia zespołu i mam jeden wniosek: nie ma takiej szkoły trenerskiej, która zastąpiłaby moje doświadczenia piłkarskie. Gdybym nie grał w piłkę i nie przeżył wielu sytuacji – nie dałbym rady.

Tak jest – pana zdaniem – tylko w Polsce czy ogólnie? Wielu trenerów nie grało w piłkę albo grało na niskim poziomie.

Ilu? 85 procent trenerów grało w piłkę.

Pytam o coś innego – czy nasze realia są tak specyficzne, że szacunek piłkarzy może zyskać wyłącznie ktoś, kto w piłkę grał?

Pytanie jest inne – czy piłkarze grający w Ekstraklasie są mentalnie dorośli? Do bólu i złośliwie będę podawał ten przykład Niemców, ale sam mi powiedz: czytałeś kiedyś wypowiedź zawodnika Bundesligi, który narzekałby, że jest zmęczony przelotem lub nie odpowiada mu boisko? Albo, że jest przemęczony, bo został źle przygotowany fizycznie?

To prawda – jesteśmy jedynym krajem, w którym tyle się mówi o przygotowaniu fizycznym i szuka wymówek na każdym kroku.

Ciągle się o tym mówi. Każdy trener ma swój sposób na okres przed sezonem, ale to piłkarz podciąga się fizycznie profesjonalnym prowadzeniem się, snem, odżywianiem, badaniami i niechodzeniem po galeriach. Miałem taki okres w Bundeslidze, kiedy brakowało mi czasu, żeby skoczyć do sklepu i zakupy robiłem na lotniskach, między przelotami. Akceptowałem to.

U nas Łukasz Madej opowiada w wywiadzie, że zaczął ćwiczyć na siłowni w wieku 30 lat.

Akurat tego bym się nie czepiał, bo wszystko zależy od wizji trenerów. Tacy, jak Kazek nalegają na siłownię i gryfy, ale dlatego, że nikt nigdy nie przygotował ich bez siłowni. Wybrał chłop okres, w którym najlepiej się czuł i cały czas na tym bazuje. Sam jako trener nigdy nie będę stosował dźwigania ciężarów. Od tego są treningi funkcjonalne i ćwiczenia czucia głębokiego mięśnia. Pierwszą osobą, która je wprowadzała, był doktor Wielkoszyński. Już w 1993 roku polecał nam w Górniku do treningu gumy. Facet patrzył w przyszłość. Wiele z jego ćwiczeń nazywa się dziś w stylu FIFA11, a on korzystał z nich dwie dekady wcześniej. W 2001 roku do Schalke wprowadził je Papadopoulos, który dziś pracuje w Stuttgarcie, ale ma propozycje z największych federacji w Europie. Podam prosty przykład: po co mam nałożyć chłopakowi 60 kilo na gryf i kazać mu to dźwigać, skoro on na treningu wywraca się przy siedmiu pompkach. Miałem taką sytuację!

Bez przesady.

Autentycznie! W Jagiellonii miałem taką sytuację! Najpierw musiałem go wzmocnić, ale nie dlatego, że sam jestem taki mądry. Poznałem na kursie UEFA Pro Marcina Popielucha, człowieka o olbrzymiej wizji, którego zaproszę do współpracy, gdy przejmę jakiś klub. Skarb dla trenera i tytan pracy. Żebym nie był pustosłowny – przez półtora roku nie mieliśmy w Jagiellonii ani jednej kontuzji mięśniowej. Zdarzały się urazy mechaniczne, ale nie mięśniowe.

Orest Lenczyk stosował za to nowatorskie metody, doprowadził piłkarzy do szczytu formy fizycznej, a na koniec został nazwany chujem i panem od WF-u.

Jego ćwiczenia trochę się różniły, a wielu, którzy zdobyli z nim mistrzostwo, sięgnęło wtedy po ostatni tytuł w karierze.

Przy wielu z tych dyskusji dochodzimy do wniosku, że mamy tu hobby players.

Nie, największym problemem jest to, że pozwalamy piłkarzom rozmawiać na temat okresu przygotowawczego, przygotowania fizycznego i tego, czy we wtorek robimy wytrzymałość w formie małych gier, a w środę dwa kontakty. Od tego są trenerzy i asystenci, a nie piłkarze! Po co Mourinho ma jedenastu ludzi w sztabie? Może gdybym wydał miliard euro na transfery, to też miałbym takie sukcesy?

Mourinho do tego poziomu doszedł sukcesami. Nie zawsze miał kasę na Diego Costę. Step by step.

No, step by step, ale jak sprawdziłby się Mourinho w Jagiellonii, Górniku albo Ruchu Chorzów?

Miałby podobne problemy, jak wy, tego nie kwestionuję.

To czym się dziś jaramy? Mourinho, który wydał miliard?

Nie, ja – prawdę mówiąc – bardziej się jaram Simeone.

Trzeba Mourinho oddać, że zdobył Ligę Mistrzów z Porto, choć nie był faworytem, ale ich też stać na to, by kogoś kupić. Mówisz: Simeone, a ja mówię: fenomen, super człowiek. Ale dlaczego fenomen? Bo porównujemy go do Realu i Barcelony, ale Atletico na rynku europejskim też wydaje nierealne pieniądze dla 70 procent klubów. Też kupują piłkarzy po dwadzieścia milionów euro.

Ale mając takiego trenera, będą mogli wydawać coraz więcej, bo też sprzedają.

I brawo! Trzeba mu oddać, że z pozycji numer trzy zdobył mistrzostwo i zagrał w finale Ligi Mistrzów. Stworzył kolektyw ludzi, którzy ciężko pracowali i podporządkowali się jego wymaganiom. A nie miał wielkiego doświadczenia. Tu wychodzi to, o czym mówię – kwestia przekazu byłego piłkarza. Poczuł, że za nim idą.

A pan to czuł w Jagiellonii? Szli za panem?

W Jagiellonii zderzyłem się z piłkarzami, z którymi sam jeszcze grałem. Nawet ci, którzy odeszli – w tym Rasiak lub Burkhardt – wiedzą, że za nimi stałem i nie zostawiłem na lodzie. Nie karałem na siłę, ani nie przesuwałem do rezerw. Po prostu mi nie pasowali, więc chciałem się pożegnać z klasą. Do innych nie musiałem krzyczeć. Stawiałem na prosty przekaz: robisz to, czego wymagam – grasz. W przeciwnym razie – nie grasz. Sprawdź sobie, jak poszło piłkarzom, którym podziękowałem – kariery nie robi żaden.

Z drugiej strony stawiał pan na Lukę Gusicia.

Gdy przejąłem Jagiellonię, było tam 34 piłkarzy na kontraktach. Dostałem prosty przekaz od zarządu: musimy zredukować kadrę. Zmniejszyłem ją do 25 i nie ze względu na wiek. Po prostu uważałem, że młodsi mają większy potencjał do mojego pomysłu. Dzisiaj pytasz mnie o Gusicia. W porządku, ale ściągnąłem do Białegostoku dziewięciu chłopaków. Pierwszym był Pazdan, który uczył się grać obok mnie w Górniku, a z którym podpisaliśmy umowę w marcu, że przechodzi do nas za darmo pierwszego lipca. Pokazałem, że można zadbać o sprowadzenie klasowego piłkarza wcześniej. Strata? Nie ma żadnej. Drugi – Gajos, chłopak z dużym potencjałem, który potrzebował trochę więcej czasu, ale dziś gra u kolejnego trenera i strzela ważne gole. Sprawdził się? Trzeci – 16-letni Adam Dźwigała z Karczewa. Zarzucano mi, że wystawiam go, bo jest synem mojego asystenta i co się okazało? Że chłopak, za którego nie trzeba było nawet zapłacić ekwiwalentu, dał Jagiellonii zarobić milion złotych plus Tuszyńskiego. Makuszewski? Nie chciał ze mną jechać na obóz, a po dziewięciu miesiącach odszedł za milion euro plus VAT. Nie jest łatwo sprzedać kogoś, kto nie gra w reprezentacji, za taką cenę. Mówić dalej?

Proszę.

Dani Quintana, którego ściągnęliśmy za śmieszną prowizję i który przez pierwsze pół roku grał za 4,5 tysiąca euro.

Przechwyciliście go Cracovii, co okazało się majstersztykiem.

Fajnie chłopaka wkomponowałem i dziś robi różnicę, tak? Gusić się nie sprawdził, w porządku, ale najbardziej żal mi tego Koreańczyka, Kima, bo on – tak mi się wydawało – idealnie pasował do mojej koncepcji, czyli utrzymywania się przy piłce na połowie przeciwnika dzięki Dzalamidze, Makuszewskiemu i Quintanie. Do tego doszło jednak kilka trudności. Po pierwsze – konflikt kibiców z wojewodą, po drugie – budowa nowego stadionu, po trzecie – sprzedaż Makuszewskiego i Cionka, gdzie zostałem z Porębskim i Pazdanem na środku, a po czwarte – kontuzja Dzalamidze w styczniu. Straciłem trzy ogniwa w cztery miesiące. Widziałem to tak: z lewej Kupisz, w środku Kim, z prawej Makuszewski, w ataku Frankowski i w odwodzie Quintana. Do gry kombinacyjnej – super.

Z dzisiejszej perspektywy mieliście naprawdę mocny skład.

Mocny, a – spójrzmy prawdzie w oczy – zbieraliśmy resztki okruchów na rynku. Obserwując rozwój Dzalamidze, ręce same składały mi się do oklasków. Chłopak robił takie postępy, że w głowie się nie mieści. Co się jednak stało? Zabiły nas remisy. I brak konsekwentnej gry w defensywie. Jak się gra układała z przodu, chłopaki tracili głowę i zapomnieli o obronie. Prowadziliśmy 2:0 z Widzewem, zremisowaliśmy 2:2 w 90. minucie. Z Wisłą podobnie. Dorzucisz te cztery punkty i miałbym szóste miejsce w tabeli. Potem przyszła seria pięciu porażek z rzędu, ale łącznie zaliczyliśmy ich ledwie dziewięć – tyle samo, co Śląsk, a dwie mniej od Lecha. Przez pierwszą rundę nie przegraliśmy ani razu na wyjeździe, gdzie zwykle byli dostarczycielem punktów. I zwalniano mnie od początku co kolejkę!

Musiał pan się spodziewać, że na Tomaszu Hajcie będzie ciążyła większa presja niż na Kamilu Kieresiu. To normalne.

Ale to moja wina? Umiem żyć z presją. Starałem się ją też ściągać z chłopaków, by koncentrowali się na piłce. Przed bardzo ważnym meczem z Lechem – mówiąc o reprezentacji – celowo zaatakowałem Rafała Murawskiego. Gdy Mourinho zrobił coś takiego przed którymś spotkaniem, cała Europa mówiła: „ale facet ma jaja!”. Mnie cała Polska chciała zlinczować, a wygraliśmy 2:0 w takim stylu, że Lech nie zrobił sztycha. Czasem cel uświęca środki. Wszyscy skupili się na mnie, a zespół zagrał super. W następnym meczu zremisowaliśmy z Widzewem, a potem po raz pierwszy wygraliśmy na Legii. Co dalej? Sytuacja z Tomkiem Frankowskim.

Był panu w ogóle potrzebny ten konflikt?

Głupota, że w tej sytuacji nikt mnie nie bronił! Największa głupota, jaka może być.

Chodzi panu o wyjazd na reprezentację w roli trenera napastników?

Chodzi o wywiad, którego udzieliłem. Frankowski pasował mi do gry kombinacyjnej, bo umiał dziubnąć, uciec, wbić się w te luki, poszukać faulu… Lis w szesnastce, ale wieku nie oszukasz. „Franek” nigdy nie był fizycznie top-level, ani nie imponował mega szybkością. Nadrabiał sprytem, ale z czasem zaczynało brakować tu pięciu centymetrów, a tam ośmiu. W drugim półroczu lekko zmieniłem koncepcję – po stracie piłki chciałem zacząć grać agresywniejszym pressingiem, a do tego potrzebni są piłkarze wydolni. Nikt nigdy nie odbierał Tomkowi zasług, mówiliśmy sobie na „ty” i nigdy nie powiedziałem, że brakuje mu umiejętności, ale widziałem, że nie miał takiego zdrowia, by zagwarantować błyskawiczny doskok przy tym pressingu. Popatrz na Drogbę, Lewandowskiego czy Ibrahimovicia. Inna skala, ale wielki, szybki, potrafi wejść w obrońcę i tę piłkę przytrzymać. Tomkowi do gry przy takiej koncepcji brakowało szybkości i cała Polska zaczęła ubolewać, jak ja mogłem coś takiego powiedzieć…

Ludzie, to nie była krytyka, tylko stwierdzenie faktów! A jak się ten Mielcarski nagadał w telewizji, to już mi ręce opadły do samej ziemi. Jeśli on w ogóle wie, czym jest pomysł na odzyskanie piłki po stracie od razu w szesnastce przeciwnika – bo chyba nie wie – to powinien się zastanowić nad swoimi wypowiedziami. A potem powstaje taka dyskusja, czy było mi to potrzebne. Ale co?! To, że stwierdziłem jakiś fakt? Tak wygląda nasza polemika w Polsce. „Franek” też się uniósł ambicją, bo chyba nie do końca mnie zrozumiał, ale czas pokazał, że się dogadaliśmy. Na zakończenie sezonu chłopaki zaprosili mnie też na kolację, a Quintana po golu z Ruchem podbiegł świętować ze mną. To miłe chwile i do dziś mam z nimi kontakt. Tomek Kupisz dzwonił np. do mnie z Włoch. Przygotowałem ich do czegoś, z czym mogą się zderzyć na Zachodzie i wątpię, czy ktokolwiek powie o mnie coś negatywnego.

Teraz celuje pan w jaki poziom? Mówiło się, że mógłby pan przejąć Piasta, Tychy, klub z Cypru…

Na pięć kolejek przed końcem ubiegłego sezonu rozmawiałem ze Zdzisiem Kręciną, ale zdecydowali, że wolą trenera z Hiszpanii. Ich wola. Na razie z wszystkimi łączy mnie prasa. Dwa razy dostałem też telefon z Tychów.

Co później klub dementował.

Nie będę już wchodził w żadne dywagacje – chodziło o to, że powiedziałem, że Waldek Fornalik na mnie nadawał. W marcu Radek Gilewicz powiedział, że chce się ze mną spotkać prezydent. Potem, już przed rozpoczęciem sezonu, dostałem kolejny telefon od nie pamiętam kogo, czy byłbym zainteresowany pracą w Tychach. Powiedziałem, że siąść do rozmów zawsze można. Był jeszcze jeden telefon, że niby jeden z prezesów miałby do mnie zadzwonić, ale się boi, że go wyśmieję, bo to pierwsza liga. Też odpowiedziałem: podajcie mu numer, nie ma problemu. Nie zadzwonił. Temat z Cypru również się pojawił wszystko było rozgrywane w kuluarach, ale jak się okazało, że klub nie płaci pensji przez osiem miesięcy i piłkarze rozwiązują umowy, to uznałem, że nie ma sensu od razu pakować się w problemy. Nie interesuje mnie praca w nieznanym. Chcę decydować o sztabie. Potem temat upadł. Były jeszcze telefony z dwóch klubów, ale wszystko się jakoś rozeszło. Czekam spokojnie i wierzę, że dostanę szansę.

Jest pan rozczarowany, że jeszcze nie przyszła?

Jeżeli mam siedzieć w domu i nic nie robić, to wolę przyjechać do Warszawy, skomentować Bundesligę, pograć z Kłosem, Jóźwiakiem czy Podolińskim w tenisa i skoczyć z Mateuszem Borkiem na obiad, bo – nie ukrywajmy – od wielu lat się przyjaźnimy, choć to nie przeszkadza mu rzetelnie oceniać mojej pracy.

Ale nie oczekiwał pan, że na tym etapie będzie już gdzieś pracował?

Powiem tak: nie jestem typem trenera, który dzwoni, by go gdzieś polecili.

A może byłoby dobrze?

Nie chcę mieć żadnych powiązań, na mocy których miałbym być komuś wdzięczny. Oczekuję normalnej, rzetelnej pracy. Nie poluję też na niczyją posadę i jeśli pojawiam się na trybunach w Ekstraklasie, to z nudów, jak wtedy, gdy dostałem bilety od Podolińskiego. Znamy się od czasu kursu trenerów, piłkę rozumiemy trochę inaczej, ale nie musimy szczekać w tę samą tubę, by się lubić. Wczoraj nawet w porywie fantazji wybrałem się z rodziną na obiekty Hutnika Kraków, by pokazać córce, gdzie biegała żona, a ja grałem w piłkę. W pracy chodzi mi natomiast o rzetelność i będę to podkreślał przy każdej okazji. Po roku znajomości usłyszałem od prezesa Kuleszy: – Boże, gdy ty tu przychodziłeś, to obawiałem się, co się będzie działo, bo słyszałem o tobie milion historii, a w rzeczywistości jesteś normalnym, rezolutnym, młodym chłopakiem, który umie się zachować.

– Widzisz, Czarek – odpowiedziałem. – A ja o tobie słyszałem, że dominujesz, wyrzucasz trenerów, krzyczysz, a też jesteś normalny gość.

Niby nasze charaktery powinny się zderzyć, a na koniec…

… na koniec pan wolał podziękować, by nie zostać oficjalnie zwolnionym?

Nie, nie. Powiedziałem wprost: nie da się drużyny zbudować w rok i jeżeli mam wyrzucić czternastu, wziąć kilku za darmo i wprowadzić coś nowego, to potrzebuję czasu. Druga sprawa – jeżeli o polityce Jagiellonii decyduje kilka osób i zawodnika, którego poleciła jedna osoba, sadzam na ławce, to automatycznie robię sobie wroga. Nie chciałem postawić Czarka w trudnej sytuacji, gdzie miałby się opowiedzieć albo za mną, albo za swoim kolegą. Wolałem sam podziękować. Nie dało się tego szybko dźwignąć, ale wykonałem dobrą robotę. Pamiętam, jak po zwycięstwie na Legii jeden z właścicieli powiedział mi, że zdobycie Pucharu Polski nie dostarczyło mu takiej radości, jak ten mecz i zabranie Legii tytułu. I to są te detale, które dają człowiekowi największą satysfakcję. Ale nigdy nie zadzwonię do żadnego w desperacji i nie powiem: – Ile on chce?

– Dwanaście.

– To ja wezmę za siedem.

Takie sytuacje są na porządku dziennym, ale sam tak nie postąpię. Nie jestem człowiekiem, który weźmie byle co, byle gdzie, za byle co. Trzeba się szanować.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA