Andrzej Brończyk. Wraz z nim umarła wierność klubom
Weszło

Andrzej Brończyk. Wraz z nim umarła wierność klubom

Nie trzeba być wielkim cynikiem, aby stwierdzić, że wierność piłkarzy wobec klubów to w dzisiejszych czasach utopia. Przykład Patryka „będę umierał za Pogoń” Małeckiego jedynie utwierdził wszystkich w tym przekonaniu. Jeszcze wczoraj całowanie herbu i pełne patosu wyznania wierności, a dziś sprawdzanie rozkładu szczecińskich lokali i ta sama śpiewka. Hipokryzja w czystej postaci. Jeśli zapytacie o tych lojalnych, to wiadomo – za granicą: Totti, Giggs, Rogerio Ceni. A w Polsce? Kaszowski, Pietrowski, Kopczyk z GKS-u Tychy. Nic im nie ujmując, brzmi mizernie. Dziś już nie ma takich piłkarzy jak Andrzej Brończyk.

Były bramkarz Zawiszy w bydgoskim klubie spędził 22 lata w charakterze piłkarza, przez kolejnych sześć był członkiem sztabu szkoleniowego. Strzegąc bramki WKS-u miał okazję bronić zarówno strzały Lucjana Brychczego, jak i Wojciecha Kowalczyka – napastników z kompletnie innych pokoleń. Trzykrotnie wraz z drużyną wywalczył awans do I ligi. Był w niej wtedy, kiedy ta grała w najwyższej klasie rozgrywkowej, jak i osuwała się do III ligi. Ogólnie w klubie z ul. Gdańskiej wystąpił aż w 693 spotkaniach ligowych.

Stałość w uczuciach

Do Bydgoszczy trafił z sąsiedniego Inowrocławia jesienią 1969 roku, aby odbyć służbę wojskową. Miejsce w podstawowym składzie wywalczył sobie 2 lata później. Wtedy też przylgnęła do niego ksywka „Kinia”, choć początkowo miała ona brzmieć zupełnie inaczej. Ówczesny trener Zawiszy, Bronisław Waligóra miał jednak problemy z wymówieniem nazwiska Ginulfi (świetnego bramkarza Romy z początku lat 70.) i wymyślił skrót „Kinia”. Pod koniec lat 70. trafił do reprezentacji olimpijskiej, w której rozegrał 8 spotkań. Brończyk miał nawet nadzieję, że Jacek Gmoch zabierze go nawet na mundial do Argentyny w roli trzeciego bramkarza, lecz ten rozrysował swoim mazakiem inne rozwiązanie i ostatecznie zdecydował się na powołanie Zdzisława Kostrzewy. Mecz życia golkiper Zawiszy rozegrał w 1978 roku, kiedy praktycznie w pojedynkę zatrzymał Legię z Deyną, Gadochą i Ćmikiewiczem w składzie.

– Był przykładem ciężkiej pracy na treningu i idealnym bramkarzem dla nas obrońców – potrafił naprawiać wszystkie nasze błędy – wspomina Mirosław Rzepa, który razem z Brończykiem poprowadził Zawiszę do największego sukcesu w historii klubu – 4. miejsca w I lidze. – Wszyscy mówili, że wzrost mu nie dopisał (178 centymetrów – przyp. MR), ale powiem szczerze, że jego skoczność i szybkość równoważyły wszystkie braki. Na linii był wtedy jednym z najlepszych w Polsce – dodaje. Kolejny kompan z boiska śp. Brończyka, Paweł Straszewski, również w samych superlatywach wypowiada się o bramkarzu: – Graliśmy ze sobą długie lata i nie mogę powiedzieć nic innego jak to, ze był najlepszym bramkarzem w historii województwa kujawsko-pomorskiego i najlepszym przyjacielem. Zarówno na boisku, jak i poza nim.

Niemałe umiejętności boiskowe Brończyka to jedno, lecz szczególną uwagę przyciąga jego wielkie, niespotykane w dzisiejszych czasach, przywiązanie do barw klubowych. – Był stały w uczuciach – to stwierdzenie chyba najlepiej oddaje jego osobę. Nie zmieniał ani barw, ani przyjaciół. Jak się do czegoś przywiązywał, to na całe życie. Miał swoje stałe miejsce w szatni i w klubowym autobusie – tłumaczy Straszewski. – Przeżywał z Zawiszą wzloty i upadki. Od I ligi do III. Spotkało go tu wiele dobrych rzeczy, ale też i złych, ale mimo wszystko trwał przy klubie na swoim stanowisku – dodaje.

Kawa tylko na Zawiszy

Przez dwie dekady wszyscy bramkarze przychodzący do Zawiszy, mogli rywalizować jedynie o miejsce na ławce rezerwowych. Bluza z numerem jeden zawsze należała do Kinii. Nie brakowało oczywiście ofert z innych klubów, które chciały mieć go w swoich szeregach. Szczególnie nasilały się w czasach, kiedy bydgoski klub występował poza najwyższą klasa rozgrywkową. Brończyk jednak nawet wtedy nie decydował się na przeskok o stopień wyżej. – Pamiętam, jak mógł odejść do ŁKS-u albo Widzewa. Był już nawet spakowany, lecz podjął jednak decyzję, że zostaje w Bydgoszczy. Z opowieści jego żony Grażyny wiem, że Andrzej był typem domatora. W Bydgoszczy była jego rodzina i przede wszystkim Zawisza i to go tu zatrzymywało – mówi Rzepa. – Miał okazję przejść do jednego z zespołów z Danii albo Szwecji. On miał taki charakter, że jak coś w minimalnym nawet stopniu nie było dograne, to rezygnował całkowicie. Miał dwóch synów w wieku szkolnym, postawił na rodzinę. Tutaj znał wszystkich, od szefów klubu po magazyniera – dodaje Straszewski.

Najlepszy sezon w swojej karierze zanotował w wieku prawie czterdziestu lat. Zawisza wykręcił rekordowy wynik, zajmując 4. miejsce w I lidze, a Brończyk został wybrany przez Przegląd Sportowy i Sport najlepszym bramkarzem rozgrywek 1989/90. Ostatni mecz ligowy rozegrał mając 40 lat i 216 dni, co daje mu piąty wynik pod względem w historii polskiej ligi. Gdy wiek nie pozwalał mu już rywalizować na najwyższym poziomie, zdecydował się na przenosiny do Malborka, w którym wytrwał jedynie jeden sezon, po którym wrócił na ulicę Gdańską w nowej roli – asystenta trenera. Po kilku latach musiał jednak ponownie rozstać się z Zawiszą. – Nie znam kulisów jego odejścia, ale na pewno miał żal, gdy musiał przenieść się do Radziejowa i na swój sposób to przeżywał. On nie tylko był przywiązany do barw jako zawodnik, ale też jako trener i kibic. Gdy przyjechał do Bydgoszczy po kilku tygodniach pobytu w Radziejowie, to pierwsze, co musiał zrobić, to pojechać na Zawiszę i wypić kawę oraz zobaczyć, jak tam wygląda sytuacja – wspomina Straszewski.

Pamięć wiecznie żywa

Straszewski nawiązuje również do dzisiejszych czasów: – Dzisiaj zawodnicy dostaną parę groszy więcej i już zmieniają barwy. On był zupełnie inny. Prawdopodobnie nie ma w Polsce takiego drugiego piłkarza jak Andrzej, jeśli chodzi o przywiązanie do barw. Przynajmniej ja sobie nikogo takiego nie przypominam – mówi. Bydgoszcz pamięta lojalność, jaką przez lata wykazywał się Brończyk. Co roku rozgrywany jest tu memoriał jego imienia, nazwano nim również skwer na osiedlu Leśne, przy którym stoi pamiątkowa tablica.

Na jego temat powstają wiersze, nagrywane są piosenki. W plebiscycie na lokalnego sportowca 50-lecia pokonał mistrzów olimpijskich i medalistów mistrzostw świata. Bydgoszcz wychowała wielu wybitnych sportowców, w tym chociażby piłkarzy pokroju Zbigniewa Bońka czy Stefana Majewskiego, mimo to wspomina się tu przede wszystkim Brończyka, który piłkarzem był z pewnością słabszym. Dlaczego? To oczywiście tylko pytanie retoryczne.

MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. www.zawiszafans.pl

KOMENTARZE (0)