Prevc wygrał TCS dziesięć lat po bracie. A Stoch się pożegnał

Sebastian Warzecha

06 stycznia 2026, 18:38 • 5 min czytania 0

Jest, jak miało być. Domen Prevc w Bischofshofen potwierdził swoją klasę i pewnie sięgnął po triumf w Turnieju Czterech Skoczni. Zrobił to, dodajmy, równe 10 lat po swoim starszym bracie, Peterze. Ten starszy ze Słoweńców w tym samym sezonie wygrał też Kryształową Kulę, a Domen pewnie zrobi wszystko, by i to osiągnięcie powtórzyć. Nas tymczasem najbardziej interesowały dwie sprawy: postawa Kacpra Tomasiaka oraz pożegnanie z Turniejem Czterech Skoczni Kamila Stocha. 

Prevc wygrał TCS dziesięć lat po bracie. A Stoch się pożegnał
Reklama

Turniej Czterech Skoczni. Pożegnania czas

Staraliśmy się unikać tego tematu w poprzednich konkursach – bo i po co poruszać smutne tematy co konkurs, gdy można raz, na koniec? – ale w końcu przyszła pora napisać o tym, że to pożegnanie Kamila Stocha z Turniejem Czterech Skoczni, nie będzie więcej Kamila w Oberstdorfie, Ga-Pa, Innsbrucku i Bischofshofen. Pożegnanie to nie wypadło przesadnie okazale… no bo wypaść nie mogło. Nie ta forma, nie te czasy. Niestety był też błąd w Innsbrucku i stracona szansa na to, by wejść do drugiej serii we wszystkich konkursach.

Reklama

Ale w gruncie rzeczy to i tak był niezły TCS w wykonaniu Kamila Stocha. Jego forma przed przerwą świąteczną mocno nas przecież niepokoiła, a w Niemczech i Austrii wrócił na ten w miarę solidny poziom, na powrót stając się drugim najlepszym Polakiem w stawce.

I fajnie, bo w wieku Kamila – i po tylu latach spędzonych w rywalizacji na najwyższym poziomie – wcale nie jest to wszystko tak oczywiste. Niektórzy skoczkowie żegnają się skacząc w drugiej czy trzeciej lidze. Inni mają problemy z wchodzeniem do konkursów. Stoch, na szczęście, na razie żegna się w całkiem udanym stylu. Dziś dwa razy skoczył solidnie – w pierwszej serii 127 metrów, w drugiej na 129,5 m. I ostatecznie zajął 18. miejsce. A potem, schodząc ze skoczni, dostał owację od miejscowych kibiców.

Owację w pełni zasłużoną.

To przecież trzykrotny mistrz tej imprezy. Jako drugi człowiek w historii wygrał wszystkie cztery konkursy w jednym sezonie. Legenda – nie tylko TCS-u, ale i całych skoków. To jedno słowo podsumowuje Kamila.

Ale że to jeszcze nie koniec sezonu, to większe pożegnania i podsumowania zostawimy sobie na ostatnie konkursy. Tak będzie uczciwie.

Tomasiak tym razem uznał wyższość kolegów

Kacper Tomasiak przed dzisiejszym konkursem był 10. w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni. To dlatego jego postawa była dla nas szczególnie interesująca – byliśmy po prostu ciekawi, czy w swoim debiucie się w tej dyszce utrzyma. I niestety, ale nie udało się – choć też nie możemy przesadnie narzekać. Bo Kacpra wyprzedziła dwójka Manuel Fettner i Stefan Kraft, a więc całkiem uznani goście. Ten pierwszy zresztą też żegnał się dziś z Turniejem Czterech Skoczni, więc niech ma dziesiąte miejsce. Tomasiak zadowoli się 12. w debiucie.

Co jednak nas zaskoczyło – Kacper nie był dziś najlepszym z Polaków. Ba, nie był nawet drugi. Wyprzedził go bowiem Kamil Stoch i… najlepszy z naszych, czyli Maciej Kot.

Postawa Kota to pozytywna wiadomość z Bischofshofen, bo warto mieć trzeciego gościa, gotowego wskoczyć w razie czego do duetu (bo na igrzyskach to w nich, nie w drużynie, poskaczemy) i powalczyć o wysokie miejsca. A Maciek w ostatnich tygodniach jest najrówniejszym z naszych obok Kamila oraz Kacpra, dziś potwierdził to po raz kolejny. W pierwszej serii skoczył 127,5 metra, w drugiej bardzo solidne 133 m. Ten drugi skok dał mu awans o pięć pozycji – na 17. miejsce.

Tuż za jego plecami konkurs skończył Kamil Stoch, a o jeszcze jedno miejsce niżej finiszował Kacper Tomasiak. Pozostali dwaj Polacy – Dawid Kubacki i Paweł Wąsek – przegrali w swoich (zresztą wewnątrzpolskich) parach i skakali za słabo, by wejść do drugiej serii. Ale ta trójka, która się tam znalazła poskakała całkiem w porządku. Choć szkoda, oczywiście, że żaden z nich nie wszedł do TOP 10. Bo tego w tym sezonie nam nadal mocno brakuje.

Ale cóż, jak się nie ma, co się lubi – i tak dalej.

Domen jak starszy brat. I pół punktu od historii

Sezon 2015/2016. Peter Prevc po wielu momentach z przeszłości, gdy był o krok od wielkości, wreszcie tę wielkość osiąga. W sezonie 2013/14 i 2014/15 zajmował drugie miejsce w Pucharze Świata. W 2016 roku wreszcie wygrał. W sezonie 2014/15 był trzeci w Turnieju Czterech Skoczni. Rok później okazał się najlepszy. Słoweniec był wtedy nie do zatrzymania, wyskakał jeden z najlepszych sezonów w historii – w 31 konkursach wygrał 15 konkursów, do tego 7 razy zajmował niższe miejsca na podium. Tylko raz wypadł z najlepszej „10”, gdy był 11.

Teraz wszystko wskazuje na to, że dorówna mu młodszy brat.

Domen swoje sukcesy na koncie już miał. Pod koniec poprzedniej zimy został mistrzem świata, ale to był właśnie typowy Domen – zdolny wygrać jeden konkurs w wielkim stylu. Ale tylko jeden, maksymalnie dwa. Młody Prevc od zawsze miał wyskoki, znakomite konkursy. A potem? Potem było słabiej. Czasem słabiej przez kilka konkursów, czasem nawet przez całą zimę. Ale w tym sezonie wszystko, absolutnie wszystko zgrał na tej skoczni. I lata najlepiej, najdalej, często też najpiękniej.

Wygrał w Oberstdorfie, wygrał w Garmisch-Partenkirchen, w Innsbrucku zabrakło mu do triumfu pół punktu, lepszy był Ren Nikaido. Dziś brakowało nieco więcej – Domen przegrał z Danielem Tschofenigiem (który skoczył znakomite 140,5 metra w trudnych warunkach) o 4,1 punktu. Ale znów był drugi, z podium nie spadł. Nie wygrał, ale tak po prawdzie to potwierdził, że tej zimy dominuje.

Bo trudno to inaczej nazwać. Inni mają pojedyncze konkursy, on jest stale w czubie.

Dla Domena było to bowiem 12 (!) podium w zawodach Pucharu Świata z rzędu. Najlepsza seria w dziejach to 13 w wykonaniu Janne Ahonena. Domen może to wyrównać w Zakopanem, na Wielkiej Krokwi. O ile nie przesadzi ze świętowaniem po zdobyciu Złotego Orła, rzecz jasna.

A powiedzmy sobie szczerze – świętować ma pełne prawo. Bo sprawił wielką nagrodę sobie, ale i prezent starszemu bratu – w 10. rocznicę jego sukcesu.

Fot. Newspix

Czytaj więcej o skokach:

0 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama