Demolka. Szczypiorniści rozbici przez Węgrów

Sebastian Warzecha

16 stycznia 2026, 22:25 • 3 min czytania 4

Przez jakiś czas zdawało się, że będzie to mecz wyrównany, pełen walki. I może i by był, gdyby tylko Polacy potrafili ograniczyć liczbę błędów, a do tego wykorzystać znakomite sytuacje, których mieli sporo. A że nie umieli, to Węgrzy z czasem całkowicie im odjechali. I wygrali wysoko, ośmioma bramkami.

Demolka. Szczypiorniści rozbici przez Węgrów
Reklama

Polscy szczypiorniści zaczęli mistrzostwa Europy. Od wysokiej porażki

Przed startem mistrzostw Polacy zapewniali, że są gotowi na mecz z Węgrami, choć – oczywiście – wprost przyznawali, że faworytami będą rywale. Miał to być jednak mecz, w którym nasi reprezentanci powalczą, będą się liczyć do ostatnich minut. Nie wyszło jednak. Węgrzy przez jakiś czas mieli swoje problemy, ale kiedy weszli na wyższy poziom – szczególnie w defensywie – to Biało-Czerwoni nie mieli już nic do powiedzenia.

I to komplikuje nam życie w tych mistrzostwach. Ale po kolei.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: SZCZYPIORNIŚCI ZACZYNAJĄ EURO. CEL? UNIKNĄĆ KOMPROMITACJI

Cały mecz rozpoczął się udanie, bo to Polacy prowadzili 2:0… ale tylko chwilę. Już kolejnych kilka minut pokazało, że łatwo to nam nie będzie. Węgrzy wzmocnili swoją defensywę, dołożyli nieco ognia z przodu i po chwili to oni prowadzili 4:2. Szalał Miklos Rosta, a z obrotowym rywali nie potrafili sobie poradzić nasi zawodnicy. Ratował nas jeszcze Jakub Skrzyniarz w bramce, ale równocześnie z tych kół ratunkowych nie korzystali jego koledzy z przodu, którzy mieli spore problemy z wypracowaniem sobie sytuacji z ataku pozycyjnego.

Nie korzystaliśmy też z karnych, bo z siódmego metra tylko w pierwszym kwadransie spudłowaliśmy dwukrotnie. A im dalej w mecz, tym było z tym gorzej.

Węgrzy zaczęli więc powoli odjeżdżać, a nas tylko coraz bardziej i bardziej frustrowały to ich udane akcje z przodu, to znakomity w bramce Kristof Palasics, który rozgrywał fantastyczne wprost spotkanie. Zresztą długo był to mecz bramkarzy, bo w pierwszej części spotkania padły tylko 24 gole, a Węgrzy prowadzili 14:10. Palasics radził więc sobie lepiej od naszych zawodników, ale trzeba przyznać, że pomagała mu zwarta i skuteczna linia defensywy Węgrów.

Problemy Polaków były więc generalnie dobrze nam znane: niemoc w ataku pozycyjnym, wynikająca z niej nieskuteczność i zbyt łatwe oddawanie rywalom dobrych pozycji do rzutu. Brakowało nieco nieprzewidywalności i pomysłowości, o których dużo przed turniejem mówił Jota Gonzalez, trener Polaków.

A w drugiej połowie zabrakło ich już całkowicie.

Dalsza część niemocy pod bramką rywali. Czerwona kartka Wiktora Jankowskiego, cennego dla nas w defensywie. Właściwie tylko fakt, że i Węgrzy nie korzystali z wszystkich okazji sprawiał, że długo nie mogli odskoczyć na więcej niż cztery gole. Ale przy takiej postawie Polaków w końcu musiało im się udać. I się udało… bo im na to pozwoliliśmy. Jeszcze na jakieś 10 minut przed końcem mieliśmy kilka okazji na to, by zmniejszyć przewagę Węgrów. Zamiast tego pojawiło się w naszej grze tyle pomyłek, że to Madiarzy nam uciekli.

I już nie pozwolili się złapać. Skończyło się 29:21 dla nich. Demolka, choć gdyby Polacy byli tylko nieco lepsi w ataku, mogliby do końca walczyć o to, by zdobyć choć punkt. A teraz przed nimi mecz z mocną Islandią, który – jeśli chcieliby awansować do drugiej fazy – muszą wygrać. Z drugiej strony ten awans nie był wynikiem oczekiwanym – nawet prezes ZPRP, Sławomir Szmal, mówił, że chciałby, by drużyna walczyła o miejsca 13-16. Czyli zajęła trzecie miejsce w grupie.

Początek ewidentnie idzie w tę właśnie stronę.

Polska – Węgry 21:29 (10:14)

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

4 komentarze

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Piłka ręczna

Piłka ręczna

Otwarta droga dla klubów z Azji i Afryki do Ligi Mistrzów

AbsurDB
2
Otwarta droga dla klubów z Azji i Afryki do Ligi Mistrzów
Reklama
Reklama