Za nami kolejna Gala Mistrzów Sportu, po której – takie mam wrażenie – największe emocje budzi nie tyle zaskakująca zwyciężczyni (kajakarka górska Klaudia Zwolińska), co przyznanie Czempionów Stulecia Robertowi Lewandowskiemu i Justynie Kowalczyk-Tekieli. A w zasadzie przede wszystkim temu pierwszemu. W internecie powtarzają się komentarze w stylu: „To ile ten Lewy dla Polski medali wygrał?”. Albo coś takiego: „Dostał nagrodę, bo liczy się tylko piłeczka, a inne dyscypliny możemy mieć w dupie”. Tego typu komentarze niestety pokazują, że sporo osób ma problemy z patrzeniem szerzej i logicznym myśleniem.
Lewandowski nie wygrał żadnego medalu dla Polski, jeśli patrzymy na reprezentację. Ale mówimy o gościu, który uprawia sport drużynowy i jest mniej lub bardziej uzależniony od jakości partnerów. W tym momencie mam w głowie słowa Joachima Loewa, trenera niemieckich mistrzów świata, który powiedział, że gdyby mógł wziąć do swojej kadry jednego zawodnika z innego kraju, bez wahania wybrałby właśnie Roberta Lewandowskiego. I nie chodziło mu tylko o to, że Niemcy po Miroslavie Klose mieli pewien problem z pozycją środkowego napastnika.
Robert Lewandowski wspiął się na półkę Leo Messiego i Cristiano Ronaldo
W sporcie, który jest najbardziej popularny i wiąże się z największą konkurencją, Lewandowski potrafił przejść drogę od chłopaka, który słyszy, że Legia go nie chce i smutny ociera łzę, opuszczając Łazienkowską, by znaleźć miejsce w Zniczu Pruszków, do gościa, który ładuje ponad 500 goli, grając w Borussii Dortmund, Bayernie Monachium i Barcelonie. Który wygrywa Ligę Mistrzów. Bije niemożliwe strzeleckie rekordy. Który przez kilka lat był bezsprzecznie najlepszym klasycznym środkowym napastnikiem świata. Który wspiął się na półkę, na której byli Leo Messi i Cristiano Ronaldo.
Zbigniew Boniek był zawodnikiem fantastycznym, ale Lewandowski jako piłkarz jednak go trochę przerósł. Nie rozumiem, jak Czempion Stulecia dla „Lewego” może być sporą kontrowersją. Kiedyś, gdy jechałeś za granicę i mówiłeś, że jesteś z Polski, słyszałeś: „Jan Paweł II”, ewentualnie: „Wałęsa!”. Dziś najczęściej słyszysz: „Robert Lewandowski!”.
Gdyby ktoś zapytał mnie, kogo uważam za największego polskiego sportowca w historii, do głowy przyszłyby mi dwa nazwiska: Adam Małysz i właśnie Lewandowski. Kilkanaście dni temu wybieraliśmy w programie live na Weszło największego polskiego sportowca ćwierćwiecza, na zasadzie pucharowej drabinki i głosowania (umieszczam ten film pod tekstem), i właśnie ta dwójka znalazła się w wielkim finale. Głosowałem na Małysza, który ostatecznie był górą, ale gdyby wynik był inny, też bym to zrozumiał.

Anna Lewandowska odebrała nagrodę w imieniu Roberta
Robert Korzeniowski? Ma cztery złote medale w chodzie sportowym, wywalczone na trzech kolejnych igrzyskach. Był sportowcem wybitnym, który zdominował swoją dyscyplinę, ale jednocześnie jego pech – tak sądzę – polegał na tym, że uprawiał dyscyplinę mało medialną, mało atrakcyjną i trochę nawet groteskową dla widza. Do tego w pewnym sensie mało zrozumiałą (kto jeszcze idzie, a kto już podbiega). Ludzie raczej nie wyjdą z domu, żeby jak najszybciej chodzić po okolicy. Prędzej pójdą pobiegać. Kajakarstwo górskie – nawiązuję teraz do Zwolińskiej – może też nie jest najbardziej medialne, ale ludzie lubią pływać kajakami i łatwiej przychodzi im zrozumieć, o co w danej konkurencji chodzi.
Dzięki Justynie Kowalczyk biegi narciarskie wstały z kolan
Jest też w opinii publicznej tego typu narracja: „Lewandowski ok, ale Justyna? Sportowiec stulecia to powinien być ktoś, kogo reszta świata kojarzy z Polską. Kto w Brazylii, Hiszpanii czy Senegalu zna Justynę Kowalczyk?”
Pewnie nikt, ale co z tego? Wydaje mi się oczywiste, że gdyby wybierać polską sportsmenkę wszech czasów, wybór mógłby być właśnie między Justyną Kowalczyk a Ireną Szewińską. Ktoś mógłby podać racjonalne argumenty, świadczące za Igą Świątek, że też powinna być brana pod uwagę, ale tutaj – tak rozumiem – nie chciano przyznać takiej nagrody komuś, kto ma szansę jednocześnie wygrać plebiscyt. A Iga taką szansę miała.
Iga stała się gwiazdą sportu, kojarzoną na całym świecie, ale Justyna sprawiła, że biegi narciarskie powstały w Polsce trochę znikąd i zaczęły nas pasjonować. Uprawiała relatywnie jedną z najtrudniejszych dyscyplin, wiążącą się z najcięższą pracą, obok np. kolarstwa czy pływania. Osiągała wielkie sukcesy (po dwa złota igrzysk oraz mistrzostwa świata, cztery Kryształowe Kule i wiele innych) w momencie, gdy jej dyscyplina stała na bardzo wysokim poziomie (Marit Bjoergen, Therese Johaug, do tego Finki, Amerykanki, rywalki z innych krajów w sprintach). Wygrywała cztery razy Tour de Ski, kończące się morderczym podbiegiem na Alpe Cermis. Kto uprawia amatorsko sport i miał choć parę razy na nogach biegówki, będzie miał świadomość, jak gigantyczny jest to wysiłek.

Justyna Kowalczyk-Tekieli z nagrodą
Kowalczyk jest też świetnym ambasadorem sportu, osobą propagującą odpowiednie wartości (uprawianie go, wspieranie chorych na mukowiscydozę). Jest też osobą – takie mam wrażenie – wobec której, ze względu na całe jej życie, ludzie odczuwają podziw, sympatię, zjednoczenie i trochę współczucie.
Mało?
Wygrana Klaudii Zwolińskiej jest zasłużona. Ale to zaskoczenie
Plebiscyt wygrała Klaudia Zwolińska, co – obiektywnie – jest zaskoczeniem. Wydawało mi się, że najlepsza okaże się Iga Świątek (głównie za wygranie Wimbledonu, 6:0, 6:0 w finale, na nawierzchni, która wcześniej niekoniecznie jej leżała) albo Robert Kubica (ze względu na triumf w Le Mans, ale też fakt, że po latach ciągle ma wielu „kibico-wyznawców” – nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale tu pasuje idealnie). Ale jednocześnie Zwolińska na to zwycięstwo zasłużyła. Mówimy przecież o kajakarce górskiej, która po wicemistrzostwie olimpijskim z Paryża w ubiegłym roku dołożyła dwa mistrzostwa świata i jeszcze brąz tej imprezy. Ja się zwyczajnie cieszę z jej wygranej, bo takie historie sprawiają też, że wielu Polaków dowiaduje się, że mamy kogoś takiego w dyscyplinie, która nie jest może najbardziej medialna.
Nie ukrywam, że nie za bardzo podobała mi się jedna z wypowiedzi Zwolińskiej. W jednym z wywiadów próbowała przekonywać, że nie do końca rozumie, dlaczego skoki narciarskie są sportem narodowym, skoro uprawia je mniej osób niż jej dyscyplinę. Nie świadczyło to o zrozumieniu fenomenu socjologicznego, który zapoczątkował Małysz, poza tym bił z tych słów pewien resentyment. Ale już przemówienie Zwolińskiej, gdy wyszła na scenę, ewidentnie zaskoczona, że jest pierwsza, i zaczęła opowiadać o marzeniach małej dziewczynki, która pragnęła kiedyś wygrać plebiscyt, ale jednocześnie myślała, że to się nigdy nie uda, było szczere, autentyczne i zwyczajnie bardzo ładne. Godne jako zwieńczenie tej gali.
Selfie prosto ze sceny Opery Narodowej ❗️📱
𝐏𝐫𝐳𝐞𝐝 𝐏𝐚𝐧́𝐬𝐭𝐰𝐞𝐦 𝐬𝐩𝐨𝐫𝐭𝐨𝐰𝐢𝐞𝐜 𝐏𝐨𝐥𝐬𝐤𝐢 𝐫𝐨𝐤𝐮 𝟐𝟎𝟐𝟓 😍👏 pic.twitter.com/cITzNimuUy
— TVP SPORT (@sport_tvppl) January 10, 2026
Patrzę na pierwszą dziesiątkę i zastanawiam się, czy ktoś został jakoś wyraźnie „skrzywdzony”. Pewnie trochę nie doceniono sukcesów w kajakach, innych niż te górskie. Można dyskutować, czy wyżej nie powinien się znaleźć Lewandowski (siódmy). Ale jednocześnie zawsze uważałem, że w takich plebiscytach ludzie głosują w pewnej mierze nie tylko na sportowca, ale też na człowieka, a w tym przypadku mają pewnie w głowie ubiegły rok, czas Michała Probierza oraz zamieszanie wokół sprawy opaski. Ludzie, mimo ocieplenia wizerunku w ostatnim czasie, niekoniecznie lubią Lewandowskiego. Osobiście byłem też przekonany, że Kubica, nawet jeśli nie wygra plebiscytu, to i tak znajdzie się na podium.
Wilfredo Leon i jego trzecie miejsce? Zaskoczona może być osoba, która ogląda tylko reprezentację Polski, a jeżeli ktoś ma świadomość, jak wiele wniósł do Bogdanki LUK Lublin, którą poprowadził do mistrzostwa Polski i Pucharu Challenge, ten wie, jak duży to był całościowo wyczyn. Nieprzypadkowo Wilfredo zaczął swoje przemówienie od podziękowań dla osób z klubu.
Galę Mistrzów Sportu w tym roku „Przegląd Sportowy” organizował już nie z Polsatem, a z TVP. Było trochę różnic. Czy coś można było zrobić lepiej? To zawsze jest arbitralne, ale osobiście wolałem chyba, gdy najpierw znana była pierwsza dziesiątka, kolejnych miejsc wewnątrz niej nie odczytywano tak szybko, a na koniec obok siebie stali sportowcy walczący o pierwsze miejsce. Było lekkie przedłużenie, pauzy, budowanie napięcia. Tu tego zabrakło. Można też pewnie mieć wątpliwości co do wyboru prowadzącego.
Bawiły was żarty Mariusza Czerkawskiego, np. ten o krążkach Beaty Kozidrak? Mnie, jakby to powiedzieć, umiarkowanie…
JAKUB RADOMSKI
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Klaudia Zwolińska najlepszym sportowcem 2025 roku!
- Lewandowski i Kowalczyk-Tekieli z Czempionami Stulecia
- Jest podium, ale nie ma się z czego cieszyć
Fot. Newspix.pl