Real Madryt zrobił swoje. Dał kibicom nadzieję przed Klasykiem

Sebastian Warzecha

21 października 2026, 23:09 • 5 min czytania 3

Reklama
Real Madryt zrobił swoje. Dał kibicom nadzieję przed Klasykiem

Pragmatyzm. To postawa, którą Real Madryt przyjmuje na boisku często i często mu ona wystarcza. W meczu z RB Lipsk też tak było. Królewscy grali z determinacją i pełnym zaangażowaniem do momentu, gdy zdobyli drugą bramkę. Po niej zaczęli po prostu kontrolować wydarzenia na boisku. I tyle, z dodatkiem kolejnych goli, wystarczyło – teraz z większą dawką optymizmu mogą szykować się na niedzielne El Clasico.

Reklama

Real Madryt z kolejną wygraną w Lidze Mistrzów. Spokojny triumf

W zupełnie różnych nastrojach przystępowały do tego spotkania oba zespoły. Real Madryt w zeszłym tygodniu najpierw zaliczył niesamowitą remontadę w starciu z Romą (z 1:3 na 4:3), a potem spokojnie ograł Sevillę w lidze (4:1). Zawodnicy z Saksonii z kolei wygrali co prawda w środku tygodnia z PSV (1:0), ale w weekend w lidze zostali zmieceni z murawy przez Bayern. Bawarczycy, dowodzeni Luisa Diaza, który wpakował hat-tricka, ograli Lipsk 6:1.

Na Bernabeu niemiecka ekipa jechała – na papierze – po kolejny oklep. Niestety dla niej – praktyka okazała się współgrać z teorią.

Pierwsza połowa, czyli Lipsk miał swoje szanse

Po 25 minutach meczu statystyki pokazywały, że obie ekipy oddały… po jednym strzale. A mimo tego nieźle się to oglądało. Sporo było w tym meczu ruchu, pracy w środku pola, prób złamania defensywy rywala i to z obu stron. Fani gości mogli być zadowoleni, bo ten grał z Realem jak równy z równym. Ba, miał nawet swoje okazje, po sytuacyjnym strzale Romulo znakomicie na linii zachował się Thibaut Courtois. Po drugiej stronie golkiper też jednak musiał się wykazywać – choćby po dobrej akcji Viniciusa, z zejściem do środka i uderzeniem po długim słupku.

Reklama

Bramkarze więc swoje zrobili, dalej było 0:0.

W końcu jednak złamała się obrona. To była 44. minuta, nie wytrzymali goście. I mogli tego żałować, bo ledwie trzy minuty wcześniej doskonałą okazję, sam na sam, miał Christopher Nkunku, ale jeszcze raz geniuszem w bramce okazał się Thibaut Courtois. Minęło dosłownie kilka chwil po tamtej okazji i Nkunku wraz z kolegami byli już gola w plecy. Tak się właśnie gra z ekipami takimi jak Real Madryt – nie wykorzystasz swoich szans, to oni wykorzystają swoją.

A była to bramka z jednej strony ładnie wypracowana, z drugiej nieco przypadkowa – Kylian Mbappe zagrał na prawą stronę boiska, w pole karne dograł Fede Valverde (który powinien zostać przez Jose Mourinho przyspawany do tej prawej strony boiska), po czym płasko uderzył Arda Guler. Po drodze był jeszcze drobny rykoszet, ale piłkę zdołał zatrzymać Maarten Vandervoordt. Tyle tylko, że ta ugrzęzła mu trochę pod nogami, trochę za nim, a Belg w konsekwencji zgubił ją na moment z pola widzenia. Ten moment wykorzystał doskonale Bernardo Silva i wpakował piłkę do siatki.

Reklama

Było 1:0. Niby niewielka przewaga, ale oczywistym stało się, że Real po przerwie będzie mieć komfort.

Real jak to Real. Spokojny, ale dołożył kolejne bramki

Na 2:0 trafili w 52. minucie. Vinicius zagrał po lewej stronie do Jude’a Bellinghama, ten zacentrował w pole karne. Tam odnalazł się Mbappe, ale postanowił nie uderzać z ostrego kąta głową, a zamiast tego zgrał piłkę na przedpole. Na nim znalazł się Arda Guler, uprzedził rywala i z najbliższej odległości trafił do siatki. To było zresztą potwierdzenie kilku naprawdę dobrych minut Królewskich po zmianie stron. Bo ci kontrolowali wydarzenia na boisku, świetnie odnajdując się zwłaszcza w środku pola, gdzie tercet Arda Guler-Bernardo Silva-Eduardo Camavinga dawał sobie radę z rywalami, wspierany znakomicie przez Fede Valverde i Jude’a Bellinghama.

Po drugim golu to właśnie wymienieni spokojnie rozgrywali sobie piłkę, a Lipsk długimi fragmentami przyglądał się temu z głęboko ustawionej defensywy.

Reklama

Real czekał, Real się nie spieszył, Real był Realem, po prostu. Były, owszem, po drodze mniejsze lub większe szanse dla Lipska, ale nic na tyle konkretnego, żeby Thibaut Courtois i tym razem był zmuszony do klasowej interwencji. W zasadzie w pewnym momencie wydawało się, że ten mecz po prostu dojedzie takim tempem do ostatniego gwizdka. Goście byli bezradni, gospodarze bardzo spokojni, jakby chcieli oszczędzić każdą cząstkę energii przed niedzielnym El Clasico.

Ale Jose Mourinho w końcu wprowadził na boisko rezerwowych. I to oni z czasem wnieśli do gry Królewskich nieco ożywienia. Najpierw Yan Diomande zaliczył asystę przy świetnym trafieniu Kyliana Mbappe. Zasługa Iworyjczyka może nie była duża – po prostu odegrał do Francuza, a ten trafił z okolic linii pola karnego – ale jednak to kolejny wpis do statystyk ze strony Yana. Zresztą nie ostatni w tym meczu, bo Diomande kilka minut później fantastycznie wykończył z pierwszej piłki dogranie Brahima Diaza.

Reklama

To był gol, który stał się ozdobą tego meczu. I przy okazji ustalił wynik. Na… 4:1. Bo Real, jak to Real – że się powtórzmy – zagrał świetnie, ale i tak nie na zero w tyłach.

To zero zabrała im akcja rezerwowych z drugiej strony i własne nieporozumienie. Dobrą piłkę otrzymał Christoph Baumgartner, a Dean Huijsen chciał, by doskoczył do niego Antonio Rudiger. Ten tego nie zrobił, przez co Lipsk znalazł się przez krótki moment w przewadze 2 na 1. Baumgartner to wykorzystał, podał do Tidiama Gomisa, a ten w sytuacji sam na sam zrobił to, czego w pierwszej połowie nie zdołał zrobić Christopher Nkunku – pokonał Thibaut Courtois.

Lipsk nie zdołał jednak pójść za ciosem, za to otrzymał uderzenie z kontry w postaci gola Diomande. I to był cios nokautujący, a Iworyjczyk, wiadomo, nie cieszył się z trafienia, bo to właśnie z Lipska przyszedł do Madrytu.

Fani Realu finalnie otrzymali kolejną sporą dawkę optymizmu przed Klasykiem, a kibice ekipy z Lipska mogą się jedynie zastanawiać, czy klubowi nie przydałyby się zmiany.

Reklama

Real Madryt – RB Lipsk 4:1 (1:0)

  • 1:0 – Bernardo Silva – 44′
  • 2:0 – Arda Guler – 52′
  • 3:0 – Kylian Mbappe – 83′
  • 3:1 – Tidiam Gomis – 85′
  • 4:1 – Yan Diomande – 87′

Fot. Newspix

3 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama