Nigdy nie miałem problemu z przelicznikami wiatru (choć udoskonaliłbym ten system). Nie denerwują mnie też przesadnie zmiany belek same w sobie, gdy są uzasadnione. Cieszę się na konkursy duetów, bo mniejsze nacje mogą dzięki nim powalczyć o dobre wyniki. A równocześnie uważam, że skoki nigdy nie były tak przeraźliwie nudne. Nigdy też nie były tak blisko stania się parodią samych siebie. I nigdy wcześniej nikt nie obrzydził mi ich tak, jak osoby zarządzające nimi obecnie. Skoki narciarskie w 2026 roku to sport, który ogląda się z nadzieją, że tym razem konkurs nie będzie żartem z dyscypliny.
Skoki narciarskie przymierają. I to wina ich zarządców
Skoki narciarskie mają obecnie sporo problemów. Maleje liczba krajów, w których uprawia się je na najwyższym poziomie i z tym – trzeba oddać – ich władze walczą, starając się to zmienić, co częściowo się udaje. Problemem staje się też klimat, krótsze zimy, wyższe temperatury, a więc i przygotowanie skoczni. W wielu miejscach maleje liczba kibiców, a skocznie stoją puste w czasie zawodów nawet najwyższej rangi. Brakuje też potencjalnych następców mistrzów.
Działanie w skokach obecnie jest więc ciągłą walką o to, by poprawić tę sytuację. Trwa praca u podstaw, poprawiły się social media. Skoczkowie w ostatnich latach też są ciekawsi, wielu ma swoją historię czy wyróżniający się charakter – Ryoyu Kobayashi, Halvor Egner Granerud czy niektórzy z Austriaków i Niemców wiele do tego sportu dodają. Przebojem też wdzierają się niektórzy zawodnicy z kolejnego pokolenia.
Świetne były skoki na igrzyskach. Nawet jeśli zapomnimy o medalach Kacpra Tomasiaka, to po prostu dobrze oglądało się tamte konkursy.
Ale to igrzyska. A gdy przychodzi do kolejnych zawodów Pucharu Świata, to można tylko zapytać: czemu jest tak źle? Dlaczego to wszystko wygląda tak, że nic tylko wyłączyć transmisję, włączyć Skoki Narciarskie 2002 (serdecznie zapraszam – Adam Małysz) albo Deluxe Ski Jump. Bo tam przynajmniej można polatać i się tymi skokami cieszyć. A przed telewizorem czy na trybunach?
Raz na kilka konkursów. Maksymalnie.
Obejrzyj, jak poszukujemy piękna skoków razem z widzami WeszłoTV:
Nawet loty nie są ciekawe
Najlepiej pokazują to konkursy na mamutach, do których się teraz zresztą zbliżamy – przed nami w tym sezonie już tylko Vikersund i Planica. Ci, którzy pamiętają legendarny konkurs na koniec sezonu 2005, teraz mogą tylko załamywać ręce. Gdy po igrzyskach olimpijskich, które – jako się rzekło – na moment pozwoliły uwierzyć, że skoki mogą być widowiskowe i ciekawe do oglądania, Puchar Świata pojechał do Bad Mitterndorf.
Tam aktualnie stoi skocznia o HS 235 metrów, a latać można spokojnie dużo dalej, obecne profile mamutów na to pozwalają.
W pierwszym konkursie najdalszy skok – autorstwa najlepszego lotnika i skoczka świata, czyli Domena Prevca – wyniósł 228,5 metra. Tylko 30 skoków na 70 oddanych to próby na minimum 200 metrów, czyli punkt K. I z jednej strony to dobra tendencja, bo w teorii słabsi skoczkowie powinni lądować przed tą granicą. A z drugiej? Przy obecnych mamutach wygląda to tak smutno, że nic tylko zmienić kanał.
Drugiego dnia było lepiej – cztery razy przekroczono punkt HS, jednak dwa razy zrobił to Domen. Tylko 12 z 70 skoków w tamtym konkursie to próby krótsze niż 200 metrów. Wypadało to wszystko solidniej. Ale dalej brakowało efektu „wow”, poza tymi kilkoma skokami. Wciąż nie był to konkurs lotów, który zapadłby w pamięć.
A jeśli na mamutach nie ma szaleństw, widowiskowości, efektu czegoś ekstra… to gdzie mają one być?
Bezpieczeństwo? Tak, dopóki Pertile tego chce
Wiadomo, Sandro Pertile powtarza „safety first”. I stosuje się do tej zasady. No, przynajmniej do momentu, gdy na potrzeby transmisji telewizyjnej trzeba dokończyć konkurs na siłę. Byliśmy w szoku, gdy zdecydowano się odwołać finalną serię konkursu duetów na igrzyskach, bo była to decyzja zgodna z logiką wydarzeń, czyli… rzadka w postępowaniach włodarzy świata skoków.
No bo weźmy Oslo z minionego weekendu, szczególnie niedzielny konkurs.
Hulał wiatr, zmieniał kierunki, skoczek, któremu zapalone zielone światło, bo pojawiło się okienko, mógł odbijać się z progu przy zupełnie innym wietrze. Bezpieczeństwa nie było w tym za grosz i doprowadzono do tego, że Philipp Raimund stwierdził – i nie da się inaczej tego ująć – że takie zawody to on pier****, po czym opuścił skocznię. Swojej próby nie oddał, uznał, że faktycznie „safety first” to fajna zasada.
Szok!
Philipp Raimund nie zamierza skakać w zwariowanych warunkach w Oslo.
Tym samym wpuszcza do konkursu Kamila Stocha. Skoki narciarskie stają dziś na głowie 🙃#skijumpingfamily #Oslo pic.twitter.com/M3oaKTtts2
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) March 15, 2026
Szkoda, że akurat wtedy zapomniał o niej Pertile.
Ktoś mógłby rzec, że gdyby regularnie odwoływano konkursy, to robiłoby to ze skoków sport niepoważny. Ale dlaczego? W erze Małyszomanii działo się to często, a skoki cieszyły się popularnością. Wiadomo, dziś mamy przeliczniki, ale na co przeliczniki takiemu Felixowi Hoffmanowi, który ledwie uratował się przed upadkiem i nie doleciał do setnego metra? Co dadzą one skoczkowi wyciętemu przez mocny podmuch w plecy tuż za progiem?
Jeśli coś sprawia, że skoki wydają się niepoważne, to decyzje o kontynuowaniu takich konkursów i widok świetnych zawodników, którzy mogą się tylko wściekać na to, w jakich warunkach ich puszczono. Niepoważne są próby dokańczania choć serii na siłę, żeby konkurs odhaczyć. W sumie to prościej byłoby napisać: niepoważne jest jury, niepoważni włodarze, niepoważna otoczka.
I to jest problem skoków. Problem numer jeden.
Fani chcą nieco szaleństwa
Skoki to sport ekstremalny. Od zawsze nim były. Tyle że gdzieś po drodze o tym fakcie zapomniano. Pertile może mówić swoje, ale fani zawsze będą chcieli widzieć próby dalekie, w których skoczkowie walczą o to, by pobijać rekordy i bezpiecznie lądować. Wiecie, jaki jest najbardziej pamiętny moment skoków z ostatnich lat? Bo sam postawiłbym na dwa.
Albo rekord Domena Prevca w Planicy z zeszłego sezonu, osiągnięty wbrew wszystkiemu, co robi jury na co dzień. Albo – i to mój faworyt – skoki Ryoyu Kobayashiego w Islandii. I nie tylko dlatego, że marketing Red Bulla rozbija bank i robi swoim eventom niesamowitą otoczkę.
Przede wszystkim dlatego, że to było coś, czego fani byli spragnieni.
Zero tańca z belkami. Zero spotkań jury. Po prostu próba przekroczenia granic z udziałem jednego z najlepszych skoczków, który się na to pisał. Ryoyu nie bał się spróbować polecieć na 300. metr (do czego nieco zabrakło), więc dlaczego miałby się bać 250 w Planicy? Jeśli ktoś się tego boi i pęka, to tylko jury z tym swoim „safety first” używanym, gdy im wygodnie. Jeśli ktoś nie potrafi reagować na sytuację na skoczni, to tylko jury. A jeśli ktoś prześladuje skoki i powoli je zabija… to tylko ich włodarze.
Ci sami, którzy narzekają na kraje, gdzie skocznie są pełne ludzi. Ci sami, którzy zdają się robić wszystko, by z kalendarza Pucharu Świata usunąć Wisłę czy Zakopane, a chętnie oglądają zawody z pustymi trybunami w Oslo. To oni też nie potrafią zadbać o ten sport na poziomie samych konkursów.
A ważne jest, by były to konkursy, które się dobrze ogląda. Ważne jest, by były to konkursy z pewną logiką ich przeprowadzenia. Ważne też, żeby – jak sędzia piłkarski – jury istniało, działało, ale pozostawało na tyle niewidoczne, na ile się tylko da. Nie chcę widzieć kolejnej rozmowy Borka Sedlaka z Sandro Pertile, niespecjalnie obchodzi mnie, co mówią do swoich krótkofalóweczek.
Chcę widzieć skoki. Dobre skoki. Dalekie skoki. Ale przede wszystkim – bez względu na odległości, bo przecież może wiać w plecy, byle było w miarę równo! – skoki, gdy faktycznie wygrywa najlepszy zawodnik.
Bo wielu z tych, którzy nimi zarządzają, chyba zapomniało, że finalnie o to w tym sporcie chodzi.
Tęsknota zrozumiała. Kiedyś skoki były lepsze
Rozumiem, w pełni rozumiem tęsknotę wielu osób za skokami z lat 2000-2010. Wiadomo, zmienił się sprzęt, dziś wiele rzeczy z tamtych czasów nie byłoby już bezpiecznych. Nie można puścić skoczka przy czterech metrach wiatru na sekundę. Ale można przy metrze i zrobić dzięki temu taki konkurs, w którym najlepsi dadzą prawdziwe show.
Zamiast tego kolejne konkursy zabijamy, sprawiając, że skoków długimi fragmentami nie chce się oglądać.
Jeszcze kilka lat temu wstałbym w nocy na konkurs w Sapporo, nawet gdyby nie skakali tam Polacy. Bo lubiłem i nadal lubię ten sport. Teraz? Wiele konkursów włączam tylko ze względu na pracę. I nie dziwię się, że w Finlandii czy Norwegii trybuny coraz częściej świecą pustkami.
To już nie te skoki.
Nikt jednak nie powiedział, że nie da się wrócić do dobrych czasów. Da się. Trzeba tylko chcieć.
Szkoda, że z tą chęcią jest problem.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj również na Weszło:
- Konkurs skoków taki, że mogłoby go nie być
- Małysz będzie chciał być dłużej prezesem? „Jest grono, które naciska”
- Kamil Stoch: Walczą we mnie dwie siły. Może nawet trzy