Sławomir Szmal miał rację. Były bramkarz, obecnie prezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce, przed startem mistrzostw Europy mówił, że Biało-Czerwoni powinni walczyć o 3. miejsce w grupie, a co za tym idzie – pozycje 13-16. w całym turnieju. Po meczu z Islandią, który przegraliśmy 23:31, wiemy już niemal na pewno, że tak właśnie będzie.
Piłka ręczna. Polacy gorsi od Islandii
Po spotkaniu z Węgrami (21:29) nie mieliśmy wielkich oczekiwań wobec postawy naszych reprezentantów w starciu z Islandią. W rywalizacji z Madziarami Biało-Czerwoni długimi fragmentami wyglądali na zagubionych, nie radzili sobie w ataku, często popełniając błędy i nie wykorzystując dobrych okazji. Efekt był taki, że i choć ich rywale mieli swoje problemy, to ostatecznie wygrali wysoko.
A Polakom została jedna nadzieja na awans do kolejnej fazy turnieju – wygrana z Islandią. Czyli ekipą mocniejszą od Węgrów.
Innymi słowy: wielkich nadziei sobie nie robiliśmy. Przed meczem ze świetnymi technicznie rywalami, którzy znakomicie rozumieją się na parkiecie i których duża część gra w najmocniejszych klubach Bundesligi, po prostu nie mieliśmy do tego podstaw. Boisko pokazało, że słusznie.
Choć pierwsza połowa sprawiła, że wierzyliśmy. Nie w wygraną – bez przesady – ale w walkę do samego końca. Polacy mieli początkowo większą łatwość w dochodzeniu do sytuacji bramkowych niż w starciu z Węgrami i wiele z nich wykorzystali. Z kolei w naszej bramce świetnie radził sobie Miłosz Wałach, który kilkukrotnie odparł zapędy Islandczyków. Problem w tym, że wciąż pojawiały się błędy, duża część dość prosta. Ratowało nas jedynie to, że i Islandczycy się mylili.
Ale oni w końcu tę liczbę błędów ograniczyli. Polacy – wręcz przeciwnie.
Więc im dalej w mecz, tym było gorzej. O ile w 21. minucie było jeszcze 8:8, to na przerwę schodziliśmy przegrywając trzema trafieniami… a to i tak niższy wymiar kary, niż ten, który mogli nam zaaplikować rywale. Po przerwie Islandczycy nie mieli już jednak żadnych oporów przed wykorzystywaniem błędów Polaków.
A tych pojawiła się cała masa. Nieskuteczność. Stracone piłki. Pasywność w ataku. Ofensywne faule. Wszystko złego, co sobie wymyślicie – Polacy to zagrali. O ile więc przez pierwsze 30 minut dali nam nadzieję, że z rywalami powalczą do końca, o tyle w kolejnych 10 właściwie tę wiarę odebrali. Islandczycy dwukrotnie zanotowali serię +4, tzn. rzucili cztery bramki z rzędu.
Gramy z przewagą zawodnika
Tracimy dwa gole w minutęEch… 😣#ehfeuro2026 #puregreatness pic.twitter.com/hj04UmeCYn
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) January 18, 2026
Ostatecznie Biało-Czerwoni przegrali ośmioma trafieniami… i to łagodny wymiar kary. Wirtualnie jeszcze nie jesteśmy pewni tego, że z grupy nie wyjdziemy – by tak się stało, Węgrzy muszą zdobyć co najmniej punkt z Włochami – ale w rzeczywistości to już sprawa oczywista. Sławomir Szmal, jako się rzekło, miał więc rację.
Choć wolelibyśmy, by nie miał, to zanotowaliśmy dwie porażki, nie mając żadnych szans z mocniejszymi przeciwnikami. Taka jest smutna rzeczywistość naszego szczypiorniaka.
Polska – Islandia 23:31 (10:13)
Fot. Newspix