Nie znacie pewnie jeszcze za bardzo tej dyscypliny. Poznacie ją dzięki włoskim igrzyskom. Skialpinizm, znany również jako skimo, ewentualnie jako narciarstwo wysokogórskie, miał zadebiutować w igrzyskach już 16 lat temu, ale wszystko przekreśliły zawody, podczas których lawina przysypała… Andrzeja Bargiela. Debiut ma więc miejsce teraz: obejrzymy dwie konkurencje, a Polskę reprezentują Iwona Januszyk i Jan Elantkowski. Ona chciała być pilotem, ale zrezygnowała, gdy przez zawroty głowy mogła się rozbić. W wielkim wyzwaniu Red Bulla potrafiła pokonać Adama Małysza. On w kapitalnym stylu wygrał bieg, w którym przez kilka lat był wolontariuszem. Poznajcie dwójkę, która powinna nam dostarczyć sporych emocji, i dyscyplinę, która jest dynamiczna i bardzo widowiskowa.
Był plan, by skialpinizm zadebiutował w igrzyskach już w 2010 roku. Andrzej Bargiel jest dziś znany jako człowiek, który zjechał na nartach m.in. z K2 i Mount Everestu, a mając 18 lat, był jednym z bardziej obiecujących skialpinistów. Pojechał na zawody do Włoch. Przyjechali też działacze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. To miał być test, po którym zostanie potwierdzone, że w Vancouver skimo będzie sportem olimpijskim.
Lawina przysypała 15 osób, w tym Andrzeja Bargiela. I skialpinizmu nie wprowadzono do igrzysk
– Wszystko było świetnie zorganizowane, ale Włosi przygotowali bardzo wymagającą technicznie trasę. Po kilku dniach opadów śniegu była dość wysoka temperatura, co oznaczało zagrożenie lawinowe. Oni mimo to nie zmienili trasy. Opóźniali start, co wygenerowało jeszcze większe zagrożenie. I, chyba na ostatnim podejściu, nadleciał śmigłowiec z wysięgnikiem i oparł się nad nawisem śnieżnym, nad podejściem, którym szliśmy. Nawis się oberwał i to wszystko ruszyło na dół. Lawina zasypała z 15 zawodników, w tym mnie i to była sytuacja, która zabiła szanse na to, żeby ten sport mógł funkcjonować w ramach dyscyplin olimpijskich i mieć też dzięki temu na bieżąco finansowanie. Wtedy zawodnicy, tacy jak ja, mogliby to profesjonalnie robić i mieć na to kasę. Ten wypadek to wszystko zatrzymał – opowiadał mi Bargiel w rozmowie z cyklu „Face2Face”.

Andrzej Bargiel to dziś słynny narciarz wysokogórski, który zjeżdża z ośmiotysięczników
Gdyby nie tamto zdarzenie, bardzo możliwe, że jego sportowe losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Bargiel musiał zrezygnować z profesjonalnego uprawiania skialpinizmu, bo nie miał na to środków. Teraz będzie kibicował dwójce Polaków: Janowi Elantkowskiemu i Iwonie Januszyk, którzy reprezentują nas zarówno w sprintach (rywalizacja w czwartek), jak i sztafecie mieszanej (w sobotę).
Sprint to wyścig, zajmujący trzy-cztery minuty. Bardzo intensywny. Trochę jak w narciarstwie klasycznym, choć tam po prostu pędzi się jak najszybciej do mety. W skimo rywalizacja w sprincie jest widowiskowa, bo bardziej urozmaicona. Podczas rywalizacji wykonuje się podbieg na fokach (to pasy materiału, które zakłada się na narty), ale narty się też w pewnym momencie zdejmuje i przypina do plecaka. Po czymś w rodzaju toru przeszkód zawodnicy z nimi na plecach pokonują podbieg w postaci stromych schodów. Następuje kolejne założenie nart, zdjęcie fok i zjazd – najczęściej krótki i niełatwy technicznie – do mety.
Trzeba mieć nie tylko siłę i kondycję, ale również najsprawniej jak się da zdejmować i zakładać sprzęt, wykonywać tzw. „przepinki”, bo liczy się każda sekunda. Rywalizacja będzie przebiegać w sześcioosobowych grupach, a przewyższenie na trasie sprintu to ok. 100 m. Jak na tak krótki odcinek – bardzo dużo. Najpierw wyścigi eliminacyjne, później półfinały i finał.
W sztafecie mieszanej wystartuje natomiast 12 dwuosobowych drużyn. Obejrzymy tylko jeden wyścig, który potrwa od 50 do 70 minut. Odcinki pokonuje się w kolejności: kobieta, mężczyzna, kobieta, mężczyzna. Pętle są trochę dłuższe niż w sprincie, a odcinek ma ok. 180 m przewyższenia. Wyścig ruszy w sobotę o 13.30. Kto pierwszy, ten lepszy.
Kim są Polacy, którzy będą ścigać się w debiutującej w igrzyskach dyscyplinie?
Jan Elantkowski był wolontariuszem. A później za pierwszym razem wygrał morderczy bieg
O Janie Elantkowskim mówi się, że ma dobrą technikę na podejściach. Z Iwoną zakwalifikowali się do igrzysk podczas zawodów w amerykańskim Solitude. Było trochę nerwowo – liczył się ogólny ranking punktów, a oni wiedzieli, że muszą poradzić sobie z będącą tuż za nimi reprezentacją Szwecji. Ale dali radę. W rozmowie z Weszło Janek nie ukrywa, że najlepiej czuje się w dłuższych wyścigach. – Jeśli chodzi o formaty na igrzyskach, to wolę sztafetę niż sprint, bo ona ma coś z takiego dłuższego ścigania. Pokonujesz po dwa odcinki, więc liczy się wytrzymałość – mówi.
Wielki wpływ na to, że pochodzący z Zakopanego Janek uprawia skialpinizm i jest teraz na igrzyskach, ma jego tata. Pan Paweł Elantkowski od lat jest ratownikiem i należy do najbardziej aktywnych członków TOPR-u. Ojciec przez cały czas jest aktywny fizycznie i zaszczepił to wszystko u syna. – To wyszło z genów, ale nie tylko chodzi o tatę. Mój dziadek niebawem skończy 90 lat, a cały czas nosi go na jakieś górskie spacery. Łazi po górach i od pewnego czasu narzeka, że forma już nie ta. A ludzie i tak łapią się za głowy, gdy widzą, jak jest sprawny w tym wieku – opowiada Janek.
Zaczynał na skiturach, wciągnął go oczywiście tata. – Pamiętam, że pierwszy raz byłem na Kalatówkach, bo wygrałem w konkursie Milki bon do schroniska na weekend z rodziną. Miałem chyba wtedy z 15 skarpetek, żeby stopa pasowała do zbyt dużego buta – opowiadał w rozmowie z serwisem Przegląd Sportowy Onet. Później zaczęło się jeżdżenie na zawody: był młody, nie miał jeszcze prawa jazdy, więc często tata, który sam chciał wystartować, po prostu go na nie zabierał. W Zakopanem powstała też skiturowa grupa młodzieżowa i Szymon Sawicki, jego pierwszy trener, zaczął mu rozpisywać plany treningowe.

Jan Elantkowski
Mieszkał w Zakopanem, miał sportowe wzorce w rodzinie, więc nie mogło dziwić, że brał się za różne sporty. Szukał wyzwań. I niektóre jego osiągnięcia robiły duże wrażenie. W 2019 roku z kolegą, Jakubem Bachledą-Księdzularzem, obiegli w 19 godzin całe Tatry Wysokie. Mieli po 18 lat. Zrobiło się o nich na tyle głośno, że dostali zaproszenie do programu „Dzień dobry TVN”. – To było jedno z zadań na stopień Harcerza Orlego. Ja je wymyśliłem. Już wtedy kręciło mnie robienie rzeczy, które ludziom wydają się mało realne albo szalone. Wyszło nam niemal równe 100 kilometrów. Pod koniec obaj mieliśmy już trochę dosyć, ale w okolicach Łysej Polany dołączył do nas mój tata i dwie inne osoby. Fakt, że słyszeliśmy też obok siebie innych ludzi, na pewno pomógł – opowiada Elantkowski.
Bieg Granią Tatr odbywał się, jak mówi Janek, prawie u niego w ogródku. Zawodnicy ruszali niedaleko jego domu, a on sam działał przy tej imprezie od paru lat jako wolontariusz. Mordercza trasa to aż 72 km do pokonania, z przewyższeniem 5000 m. W 2023 roku postanowił sam pobiec. Efekt? Wygrana, na metę wbiegli razem z Tomaszem Skupniem. Osiągnęli imponujący czas 9 godzin i 21 minut. Pierwszy raz w historii było dwóch zwycięzców.
Janek: – Dla mnie to było niesamowite, bo Tomek był takim moim idolem. Zawsze imponowało mi jego podejście do biegania: to, że nie przechwałał się swoją formą, tylko po prostu robił swoje. Zwyciężał. A tutaj wbiegamy razem na pierwszym miejscu. Stojąc na linii startu, nie miałem pojęcia, że mogę wygrać. Decyzja, żeby wbiec jednocześnie na metę, zapadła na trasie. To było porozumienie cierpiących biegaczy. Pamiętam, że na zbiegu z przełęczy Krzyżne miałem duży kryzys. Ale lubię w takich biegach właśnie te momenty, gdy trzeba przesuwać granice bólu i cierpienia.
W ostatnich miesiącach w jego życiu działo się sporo. Dostał się na igrzyska. Został przewodnikiem, na razie prowadzi po Tatrach głównie grupy szkolne oraz harcerskie. Jest też od ubiegłego roku ratownikiem TOPR-u, podobnie jak tata. Pamięta, że na przyrzeczeniu ojca miał roczek. Ktoś kiedyś pokazywał mu zdjęcia z tamtego dnia. Gdy idzie na trening biegowy, często decyduje się na szlak na Sarnią Skałę (1377 m n.p.m.). Mówi, że jest w stanie wbiec z domu na szczyt w pół godziny. Każdy, kto chodzi po górach wie, o jakim tempie tutaj mówimy. Ciągle stawia sobie nowe cele – chciałby w Biegu Granią Tatr złamać dziewięć godzin. Przebiec 10 km poniżej 32 minut. Być coraz szybszy.

Jan Elantkowski podczas zawodów w Bormio
A inne cele? – W perspektywie kilku lat mam w głowie start w Pierra Mencie. To bardzo znane i trudne zawody, takie skialpinistyczne Tour de France. Wielkie święto. Marzy mi się, żeby tam wystartować i znaleźć się w top 30, a może nawet powalczyć o najlepszą dwudziestkę. Mam też w głowie jeszcze następne igrzyska, w 2030 roku. Może na nich pojawi się indywidualny start na dłuższym dystansie? – zastanawia się Janek.
Iwona Januszyk chciała być pilotem. Kiedy mogła zginąć, postawiła na sport
Sierpień 2025 roku. Zawody Red Bull 400, które firma produkująca słynne napoje określa jako „Najcięższe 400 metrów w życiu”. Trudno się dziwić, bo uczestnicy muszą z samego dołu wbiec na szczyt… Wielkiej Krokwi. Najpierw jest w miarę łatwo, pierwsze 80 metrów biegniesz po równym, ale później wspinasz się po zeskoku, po umieszczonej tam siatce. Nachylenie kosmiczne, nogi pieką coraz bardziej. Pokonujesz próg i jeszcze trzeba wbiec po rozbiegu. Dopiero na górze rywalizacja się kończy – na mecie są materace, na które większość osób bezwładnie pada. Rywalizacja w zawodach Red Bulla odbywa się w kolejnych seriach. Później ci, którzy byli najszybsi, mierzą się w finale.
W pierwszej serii udział wzięli celebryci, ambasadorzy Red Bulla i zaproszeni przedstawiciele mediów, w tym autor tego tekstu. Na starcie stanęła też Januszyk. Zaskoczyła wszystkich od razu, gdy jeszcze na rozgrzewce ruszyła przed siebie jak japoński Shinkansen. Gdy rozległ się sygnał startu, pomknęła jeszcze szybciej. Wygrała całe zawody w kategorii kobiet, docierając na górę skoczni w cztery minuty i 33 sekund.

Iwona Januszyk po wygraniu Red Bull 400. 2025 rok (Fot. Red Bull)
Dla porównania – limit wynosił kwadrans. Przeciętny wynik dość wysportowanego amatora to osiem, dziewięć minut. Kogoś, kto regularnie ćwiczy: sześć, choć bardziej siedem. Januszyk była dużo szybsza, a przy okazji poprawiła swój własny rekord sprzed siedmiu lat.
Mało tego – Red Bull zorganizował też typowy dla siebie wyścig. Kto znajdzie się szybciej na górze Wielkiej Krokwi: Iwona, biegnąc, czy Adam Małysz, wjeżdżając wyciągiem? Nieznacznie, ale zwyciężyła biegaczka, która mówiła później, że wcale nie biegła „na maksa”.
– Bieganie to idealny trening pod narciarstwo. Gdy jestem szczęśliwa, muszę to wybiegać. Jeżeli jest mi smutno, muszę to wybiegać. Jak jestem zła, to tym bardziej muszę to wybiegać. W lesie, na szlaku czuję się jak w domu – mówiła Januszyk przy okazji tamtej imprezy.
Iwona nie pochodzi z Zakopanego, tylko spod Oświęcimia, gdzie raczej jest płasko. W góry wkręcił ją tata. To była tradycja rodzinna: wstawali o 4.00 rano, w weekendy albo wakacje, i jechali do Zakopanego. Rankiem wychodzili na szlak i wędrowali. Kondycja się wyrabiała. Podobnie jak miłość do natury. Do gór. Idea skialpinizmu od początku bardzo jej się spodobała. Choć pierwszych zawodów, podczas których zawodnicy wspinali się na Babią Górę (1725 m n.p.m.) i z niej zjeżdżali, akurat nie wspomina najlepiej.
– Miałam dość prymitywny kask zjazdowy i plecak taki trochę uszyty w domu. Do góry szło mi w miarę dobrze, ale na szczycie poczułam, że nogi mam jakby zabite tym podejściem. Trzeba było zacząć zjazd, ale miałam nieco za ciasne buty. Czułam się, jakbym miała nogę w imadle. Zjazd pokazał, że chyba jednak nie umiem jeździć na nartach, ale później, z zawodów na zawody, było coraz lepiej – opowiadała mi rok temu, gdy pisałem jej sylwetkę na Weszło.
Pewnie sporo z was szło kiedyś na Giewont. Drogowskazy na dole podają około trzech godzin na szczyt. Iwona lubi robić sobie marszobieg na tej trasie. Na szczyt ze słynnym krzyżem dociera wtedy w mniej więcej 40 minut.
Jeżeli widzieliście więc kobietę, której tempo wydawało wam się kosmicznie, to pewnie była ona. Ewentualnie Justyna Kowalczyk-Tekieli.
W skialpiniźmie jest nieco bardziej zaawansowana niż Janek. On marzy o wystartowaniu w Pierra Mencie, a ona ma już za sobą inne legendarne zawody, Trofeo Mezzalama. Rywalizuje się tam w trzyosobowych drużynach, uczestnicy docierają na wysokość ok. 4000 m n.p.m., gdzie już oddycha się zdecydowanie trudniej. Januszyk wystartowała ze Słowaczką i Włoszką. Wywalczyły znakomite, drugie miejsce.
W jej przypadku można powiedzieć, że skoro nie zrealizowała jednego marzenia, to wzięła się za inne. Kiedyś bardzo chciała być pilotem. Ale ten jeden konkretny lot był dla niej traumą. Znajdowała się sama w śmigłowcu. Poczuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie. Że zupełnie nie panuje nad ciałem. Było bardzo niebezpiecznie, jakoś cudem uniknęła katastrofy i śmierci. A to był któryś raz, gdy pojawiły się nawracające zawroty głowy i mdłości. Wylatała już wtedy 100 godzin, ale tamta skrajna sytuacja pokazała jej, że niestety musi odpuścić swoje marzenie. I skupić się na czymś innym.
– To był piątek, pamiętam. Pojechałam do domu, zdawałam sobie sprawę, że chwilę wcześniej zagrożone było moje życie. I w poniedziałek o tym, co się ze mną w śmigłowcu dzieje, powiedziałam instruktorom – opowiadała w rozmowie z Rafałem Kazimierczakiem na TVN24.pl.

Iwona Januszyk
W rankingu Pucharu Świata za ten sezon Elantkowski zajmuje 65. miejsce z 32 punktami. Januszyk wśród kobiet jest na 10. miejscu, ma na koncie 184 punkty. Przed nią są tylko: cztery Francuzki, trzy Włoszki, Szwajcarka i Niemka. Zawodniczki z państw, gdzie uprawiać skialpinizm jest łatwiej – ze względu na miejsca do tego, popularność dyscypliny oraz środki. W całościowym rankingu, obejmującym nie tylko Puchar Świata, który można znaleźć na stronie Skimostats, Januszyk jest na 14. miejscu. Indywidualnie w tym sezonie potrafiła być ósma w sprincie we francuskim Courchevel. Ostatni start sztafety mieszanej przed igrzyskami? Też ósma pozycja.
Polka mówi wprost, że start we włoskich igrzyskach to dla niej coś więcej niż spełnienie marzeń. Eliminacje sprintu kobiet rozpoczną się w czwartek o 9.50, Polka ruszy w trzecim wyścigu. Rywalizacja panów startuje natomiast o 10.30 (Elantkowskiego również zobaczymy w wyścigu numer trzy).
Czy skialpinizm będzie trochę jak wspinaczka na szybkość?
Patrząc obiektywnie na dyspozycję Polaków, wydaje się, że dla Elantowskiego sukcesem w sprincie będzie awans do półfinału (w tej fazie znajdzie się 12 zawodników). Większe szanse na ewentualny finał wydaje się mieć Januszyk. A sztafeta? – Siódme, ósme miejsce byłoby naprawdę dobrym wynikiem. Dającym satysfakcję, ale na pewno będzie to kosztowało wiele wysiłku – mówi Elantkowski.
– Ja uważam, że ósemka, a nawet czołowa dziesiątka będzie sukcesem – dodaje Januszyk.
Skialpinizm zrzesza Polski Związek Alpinizmu, podobnie jak wspinaczkę sportową. Pamiętamy, jak było w przypadku tej letniej dyscypliny: zadebiutowała w programie igrzysk w Tokio w 2021 roku. Wtedy jeszcze medale przyznawano za kombinację, na którą składały się: wspinaczka na szybkość, bouldering i prowadzenie. Aleksandra Mirosław zajęła w stolicy Japonii czwarte miejsce, ale ludzie na całym świecie zobaczyli, że zwłaszcza rywalizacja na szybkość, w której pokonuje się przewieszoną, 15-metrową ścianę, jest widowiskowa i świetna do oglądania. Mirosław błyskawicznie zdobyła popularność, w Polsce i nie tylko. Kilka razy biła swój rekord świata, wygrywała duże imprezy, a wszystko zwieńczyła złotem w Paryżu, jedynym pierwszym miejscem dla Polski w ostatnich letnich igrzyskach.
Skimo, przynajmniej w tej formie, w jakiej pozna je teraz cały świat – czyli szybkiej, dynamicznej – też jest dobre do oglądania. – To młody sport, ale w ostatnim czasie dużo się poprawiło. Jest finansowanie, wyjeżdżamy na zagraniczne zgrupowania i ćwiczymy tam, gdzie robią to również najlepsi na świecie – mówiła mi Januszyk kilka miesięcy temu.
PZA przeznacza na tę dyscyplinę rocznie kilkaset tysięcy złotych. Pewien wpływ na zwiększenie popularności narciarstwa wysokogórskiego miała pandemia, podczas której na pewien czas zamknięto wyciągi i narciarze musieli poszukać sobie nieco innej formy aktywności.
– Nie widzimy na razie wielkiego wzrostu zainteresowania i większej liczby zawodników w krajowych zawodach. Ale mam nadzieję, że to się zmieni po igrzyskach lub później. Zakładamy, że mogą się u nas pojawić osoby z narciarstwa biegowego, biathlonu i biegów górskich – komentuje w „Przeglądzie Sportowym” Monika Strojny, przewodnicząca Komisji Narciarstwa Wysokogórskiego.
My liczymy na to, że Elantkowski i Januszyk będą choć trochę jak Aleksandra Mirosław.
JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl / Red Bull / screen Youtube