Schmitt znów pokonał Małysza. Duże emocje na Wielkiej Krokwi

Jakub Radomski

02 kwietnia 2026, 09:44 • 7 min czytania 10

Reklama
Schmitt znów pokonał Małysza. Duże emocje na Wielkiej Krokwi

W skokach narciarskich nie zawsze chodzi o to, żeby lądować jak najdalej. Czasami zawodnik ma za zadanie osiągnąć konkretną odległość, choćby nie była ona wymagająca. I bywa, że musi zrobić wszystko, żeby skrócić swój skok. W środę 1 kwietnia w Zakopanem oglądaliśmy sporo takich prób. Wszystko za sprawą drugiej edycji zawodów Red Bull Skoki w Punkt, które pokazały, czym mogą być skoki narciarskie. Rozrywką, czymś innowacyjnym, a mówimy o dyscyplinie, która coraz mniej interesuje ludzi.

Taki format może się podobać, a tu w dodatku rywalizowali najlepsi zawodnicy świata, prowadzeni przez legendy tej dyscypliny. Udział w wydarzeniu wziął nawet Robert Kubica.

To zabawa, show, ale jestem wkurzony, bo jesteśmy sportowcami, którzy, niezależnie od okoliczności, pragną wygrywać i stawać na podium. Byłbym bardzo zadowolony, gdybym trafił swój dystans. Niestety, byłem tym decydującym zawodnikiem, który nie dał rady. I zająłem piąte miejsce – mówił Maciej Kot. Choć Puchar Świata skończył się kilka dni temu w Planicy, w środę 1 kwietnia na Wielkiej Krokwi mieliśmy wielkie emocje. Wszystko za sprawą zmagań, które są inne od pozostałych.

To jest super inicjatywa, nie tylko dla naszej dyscypliny. Oby więcej innowacji w naszym sporcie, żeby zainteresować ludzi, żeby oglądali. Zwłaszcza tych młodych – dodał Kot. Mówił o drugiej edycji zawodów Red Bull Skoki w Punkt, która właśnie przeszła do historii.

Reklama

W Zakopanem od kilku dni intensywnie padał śnieg i zebrało się go kilkadziesiąt centymetrów. Napadało go tak wiele, że Tatrzański Park Narodowy postanowił zamknąć do odwołania wszystkie szlaki w Tatrach. Tłumaczono to zagrożeniem lawinowym i drzewami, które łamią się pod ciężarem śniegu.

„Czujemy się tutaj jak w styczniu, na zawodach Pucharu Świata” – słyszeliśmy od kibiców, którzy zebrali się pod Wielką Krokwią na evencie Red Bulla. Było ich trochę mniej niż rok temu, ale frekwencja i tak dopisała, choć była środa, dzień powszedni. Wtedy impreza odbywała się w weekend.

Adam Małysz i jego drużyna

Adam Małysz i jego drużyna

Reklama

Janne Ahonen dla Weszło: To coś ciekawego, zabawnego i szalonego

Czterech kapitanów ekip pozostało bez zmian: to Adam Małysz, Thomas Morgenstern, Andreas Goldberger i Martin Schmitt. W tym roku doszedł piąty: Janne Ahonen, który w niedawnym rankingu wszech czasów skoczków narciarskich na Weszło znalazł się na trzecim miejscu. Fin miał wziąć udział również w pierwszej edycji, ale wtedy organizatorom… nie udało się z nim skontaktować. – To jednocześnie coś ciekawego, zabawnego i trochę szalonego. Dlatego chciałem w tym wziąć udział – mówił Ahonen w rozmowie z Weszło.

Idea zawodów jest stosunkowo prosta: jest pięć drużyn, każda ma kapitana i czterech zawodników, z których każdy oddaje po dwie próby. Przed każdym skokiem zawodnik ustala z kapitanem, na jaką odległość ma pofrunąć. Jeżeli trafi w punkt, gość specjalny imprezy, czyli Robert Kubica, wręcza kapitanowi „dżokera”. Oznacza on, że kapitan może dodać lub odjąć trzy metry od sumy wyników drużyny. Może też nie zrobić nic.

Celem każdego zespołu jest uzyskanie w ośmiu skokach odległości 1000 m lub jak najbliższej jej. Liczy się jedynie dystans, nie ma żadnych not, ani przeliczników za wiatr. Zatem – z jednej strony jest to powrót do dawnych skoków, a z drugiej – pójście do przodu, próba stworzenia zawodów, które mogłyby wyznaczać kierunek, w jakim powinny zmierzać skoki narciarskie.

Drużyna Ahonena akurat zamknęła stawkę. Po raz drugi górą był team, którego kapitanem jest Schmitt. To on jako jedyny osiągnął równe 1000 m. Zwycięska drużyna wystartowała w składzie: Anże Lanisek, Dawid Kubacki, Andreas Wellinger i Marius Lindvik. I to właśnie Norweg w ostatniej kolejce miał stosunkowo jasne zadanie: do „tysiąca” wystarczyło skoczyć 125 m, czyli wylądować równo na punkcie K. I Lindvik właśnie to zrobił.

Reklama

To zupełnie inne zawody. Wszyscy świetnie się bawili. Uważam, że pod pewnymi względami trudniej jest trafić w konkretny cel, niż wylądować najdalej, jak to ma miejsce na normalnych zawodach Pucharu Świata. Liczy się precyzja. W swoim drugim skoku poczułem, że lecę za daleko i muszę zrobić coś całym moim ciałem, żeby wylądować wcześniej. Ale, podobnie jak w normalnych zawodach, bardzo chciałem wygrać. Udało się – mówił nam po zakończeniu rywalizacji Lindvik, który wygrał też ostatni konkurs Pucharu Świata w Planicy.

Marius Lindvik w powietrzu

Marius Lindvik w powietrzu

Trafić w punkt udało się pięciu zawodnikom. Uczynili to: Gregor Deschwanden, Daniel Tschofenig, Lindvik, Kubacki i Karl Geiger. Co ciekawe, w dwóch przypadkach chodziło o zawodników drużyny Ahonena. Słynny Fin nie decydował się jednak na użycie dżokera, gdy wręczał mu go Kubica. – Nigdy nie byłem dobry z matematyki – śmiał się Ahonen.

Reklama

Dżokera nie zastosował też Schmitt po ostatniej próbie Lindvika, ale to akurat było oczywiste i stanowiło formalność: jego zespół miał na koncie równe 1000 punktów i już wtedy było wiadomo, że wygra. Z prostego powodu – w przypadku, gdy więcej niż jedna drużyna osiąga tysiąc, o pierwszeństwie decydowało to, który z kapitanów przed zawodami lądował dalej na malutkiej skoczni. A tu rywalizację z Małyszem, Ahonenem, Morgensternem i Goldbergerem wygrał Schmitt, który uzyskał… cztery metry.

Piotr Żyła się cieszył, bo zdobył pierwszy medal w sezonie

Na konferencji prasowej, która odbyła się w przeddzień imprezy, nie brakowało żartów. – Wychodzi na to, że jestem jedynym kapitanem urodzonym w latach 80. Można powiedzieć, że Andreas Goldberger (rocznik 1972 – przyp. red.) to nasz ojciec chrzestny – śmiał się Morgenstern.

Deschwanden – Szwajcar, który w zakończonym sezonie wywalczył indywidualnie brąz igrzysk i wygrał swoje pierwsze zawody Pucharu Świata – był zawodnikiem w drużynie Ahonena. Okazało się, że trafił do teamu swojego idola. – Janne był dla mnie wzorcem, kiedy skakał. Miał na sobie maskę – taką, którą każdy chciał mieć. Pamiętam, że moi rodzice powiedzieli, że ich na nią nie stać – wspominał Deschwanden.

Wśród zawodników zabrakło Kacpra Tomasiaka, trzykrotnego medalisty tegorocznych igrzysk olimpijskich, który na początku był awizowany jako uczestnik imprezy. – On zakończył swój sezon po upadku w Vikersund. Nic poważnego się tam nie wydarzyło, ale te przeciążenia, które były, spowodowały, że ma trochę zakwasów. Dlatego zapadła decyzja, że Kacper kończy sezon po Vikersund i nie będzie brał udziału w żadnych zawodach – tłumaczył to Małysz.

Reklama

Byli za to inni Polacy: m.in. Paweł Wąsek, Piotr Żyła i wspominany już Kot. – Fajnie się bawiłem. Drugi skok był spoko: miałem osiągnąć 114 m i sobie mierzyłem w locie. Mało brakowało. I zdobyłem pierwszy medal w sezonie – śmiał się Żyła, który był w drużynie Małysza i zajął drugie miejsce.

Rok temu największą gwiazdą imprezy był Domen Prevc. Słoweniec osiągnął na Wielkiej Krokwi 150,5 m, co było najdłuższą odległością w historii na polskiej ziemi. Prevc, który w sezonie 2025/2026 wygrał w skokach w zasadzie wszystko, przekonywał, że na tym obiekcie można polecieć jeszcze dalej. A zapytany, czym różni się od nastolatka, który lata temu zaczął błyszczeć w Pucharze Świata, Domen odpowiedział: – Gdy wspominam dziś swoje pierwsze zwycięstwo, w Ruce (w listopadzie 2016 roku – przyp. red.), dochodzę do wniosku, że teraz mam o 25 procent lepsze odbicie.

Domen Prevc w Zakopanem

Domen Prevc w Zakopanem

Reklama

Paweł Wąsek: Wierzę, że z Maciejem Maciusiakiem wejdziemy na szczyt

Padły też pytania, dotyczące przeszłości oraz przyszłości. Wąsek został spytany, co tak naprawdę się stało, że po dobrych dla niego igrzyskach, zwieńczonych srebrem w konkursie duetów, później znów trochę się posypał. – Ciężko stwierdzić. Nie siedliśmy jeszcze do analizy. Wydaje mi się, że wyjazd na skocznię mamucią znowu mnie rozregulował. Później było mi ciężko wrócić. Na pewno po igrzyskach był smak na więcej, ale każdy kolejny weekend mnie dobijał i już pod koniec miałem dość tych skoków – powiedział Wąsek.

A gdy dostał pytanie o trenera Macieja Maciusiaka, odparł: – Myślę, że Maciek zostanie i cieszę się z tego powodu, bo współpracowało nam się bardzo dobrze. Wiadomo, że wyniki nie były takie, jak byśmy do końca chcieli, ale impreza docelowa wyszła całkiem fajnie. Wierzę, że z Maćkiem w kolejnym sezonie będziemy w stanie wejść na szczyt.

Kot najlepsze wyniki w karierze osiągał w 2016 i 2017 roku, kiedy trenerem reprezentacji Polski był Stefan Horngacher. Niedawno w programie „Trzecia seria” na antenie TVP Sport Jakub Balcerski, dziennikarz Sport.pl, powiedział, że Niemiec według jego informacji ma wrócić do pracy w naszym kraju, jako ktoś wspierający cały system skoków.

Co pomyślał sobie Kot, kiedy się o tym dowiedział? – Poczułem wielkie zainteresowanie tematem, to na pewno. Ciekawość. Ale też radość. Stefan to trener-legenda u nas w Polsce, z którym świetnie mi się pracowało, osiągałem sukcesy i zobaczymy, jak to będzie wyglądać – ocenia skoczek.

Reklama

JAKUB RADOMSKI Z ZAKOPANEGO

Fot. Newspix.pl 

WIĘCEJ O SKOKACH NA WESZŁO:

10 komentarzy
Jakub Radomski

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Polecane