Maja Chwalińska ma już ćwierćfinał! Gra pięknie jak na Roland Garros

Patryk Idasiak

15 października 2026, 10:40 • 4 min czytania 5

Reklama
Maja Chwalińska ma już ćwierćfinał! Gra pięknie jak na Roland Garros

Maja Chwalińska idzie jak burza na turnieju WTA 1000 w Wuhan. Właśnie pokonała światowy numer 11 w rankingu. W pierwszym secie miała pewne kłopoty z Ivą Jović, ale wygrywała te ważniejsze piłki. W drugim za to poszło jej nadspodziewanie łatwo. Wygrała sześć gemów z rzędu i zameldowała się w ćwierćfinale! 

Reklama

Polska tenisistka ma za sobą nieudany US Open, gdzie dość szybko przegrała z Taylor Townsend. Później na turnieju WTA 500 w Singapurze dotarła do półfinału. Jednak tymi najbardziej prestiżowymi turniejami poza Wielkimi Szlemami są „tysięczniki”. I dobrym podsumowaniem dotychczasowej kariery Polki niech będzie fakt, że w Wuhan wygrała swój drugi, trzeci i czwarty mecz w KARIERZE w głównej drabince takiego turnieju.

To już w tym momencie jest drugi najlepszy turniej w życiu Majki Chwalińskiej po sensacyjnym finale Roland Garros.

Chwalińska wygrywała te ważniejsze piłki

Wiele piłek w pierwszym secie było granych na przewagi. Raz wygrywała je polska zawodniczka, raz Amerykanka. Tylko dwa gemy zostały wygrane do 15, reszta to w większości bitwa o kluczowe piłki. Chwalińska potrafiła się popisywać genialnymi zagraniami w trudnych momentach. Ważny był ten, kiedy pomogła siatka.

Gdyby tamtą akcję wygrała Amerykanka, to miałaby break pointa na 5:3, a już biegła do siatki, żeby zakończyć akcję prostym wolejem. Tylko, że zaskoczyło ją odbicie od taśmy i to Polka zyskała przewagę. W kolejnej wymianie to ona podbiegła do siatki i z beznadziejnej sytuacji nagle zrobiło się 4:4.

Reklama

Najlepszą akcją tego pierwszego seta była z kolei ta, gdy praktycznie rywalka ganiała ją po korcie przy swoim serwisie – aż tu wreszcie Polka przyładowała efektownym bekhendem w linię. O, takim:

Zmęczona tą akcją Iva Jović trochę się posypała – najpierw oddała punkt podwójnym błędem, później dość prosty jej atak bekhendem wylądował na aucie i jeszcze poprawiła to forhendem w siatkę. Polka wygrała w ten sposób cztery akcje z rzędu i wywalczyła kluczowe przełamanie, które dało jej prowadzenie 5:4.

Reklama

Po przerwie wyszła na kort i wyserwowała sobie zwycięstwo w pierwszym secie. „Siedział” jej dobrze pierwszy serwis – posłała w tym momencie pierwszego asa w tym meczu. Tyle, że wcale łatwo nie było, bo uciekły jej na zwycięstwo dwie szanse przy stanie 40:15. Zwłaszcza w tej drugiej imponująco broniła się Chwalińska. Ostatnią piłkę odbiła tak, że przewróciła się na korcie. Na szczęście jednak nic takiego się nie stało. Jović przy break pointach grała fenomenalnie, ale później… w łatwy sposób oddała dwie piłki i to Maja wygrała 6:4.

Drugi set to już dominacja

Wszystko, co miłe, skończyło się dla Jović po pierwszym gemie drugiego seta. Był on jedynym, który wygrała. Chwalińska potrzebowała trzech prób, żeby zamknąć sprawę w gemie numer dwa i jeszcze wtedy można było mówić o wyrównanym starciu, ale wyszło tak, że…

Reklama

Wygrała sześć gemów z rzędu! W tym bardzo dużo piłek po drugim serwisie – paradoks jest taki, że procentowo nawet więcej… niż po pierwszym. I uwaga – nie musiała bronić żadnego break pointa. Przeciwniczka z USA ani razu nie postawiła jej pod ścianą. Jeśli toczyła się jakaś wyrównana walka, to przy podaniu Jović. I Amerykanka wszystkie takie starcia przegrywała. W ogóle nie mogła domknąć partii, popełniła aż 15 niewymuszonych błędów (mowa tylko o drugim secie).

Ma prostą piłkę, a tu wali niżej niż w połowę siatki. Chwilę później – znów prosta piłka i forhend, złe podejście pod piłkę i raz jeszcze bije w połowę siatki. No to Chwalińska skrzętnie na tym korzystała, praktycznie ustrzegła się błędów i dała je robić Amerykance. Nawet przy – wydawałoby się – pewnych punktach Jović się gubiła. Przy smeczu/woleju tuż na początku czwartego seta zamiast przywalić, to klepnęła tak, że jeszcze odbiła to Polka, a później Amerykanka – oczywiście – popełniła prosty błąd.

I tak to z nią było. Jović starała się dominować, atakować mocno, kątowo, ale Chwalińska to wszystko odbijała, aż w końcu Amerykanka biła po autach lub w siatkę. Maja też atakowała, kiedy było trzeba – jak na przykład idąc do siatki i zdobywając tam punkt na 4:1. Już wtedy mogliśmy przypuszczać, że jest za dobra, żeby to wypuścić. No i rzeczywiście tak było!

Reklama

Fot. Newspix 

5 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Liga Europy

Jagiellonia podejmie Ararat-Armenia. Siemieniec: Potrzebujemy więcej głodu

Braian Wilma
6
Jagiellonia podejmie Ararat-Armenia. Siemieniec: Potrzebujemy więcej głodu

Polecane

Reklama
Liga Europy

Jagiellonia podejmie Ararat-Armenia. Siemieniec: Potrzebujemy więcej głodu

Braian Wilma
6
Jagiellonia podejmie Ararat-Armenia. Siemieniec: Potrzebujemy więcej głodu