Nie sposób było nie czekać na ten mecz. W historii naszego tenisa nie spotkały się przecież dwie zawodniczki na takim etapie turnieju tej rangi. Jasne, Łukasz Kubot i Jerzy Janowicz grali w ćwierćfinale Szlema. To też była wielka chwila. Maja Chwalińska i Iga Świątek wystąpiły w turnieju o szczebel mniej prestiżowym, ale z kolei o stopień dalej w turniejowej drabince. Półfinał WTA 1000 w Wuhan, dwie Polki na korcie i wielkie emocje. Piękne to były momenty, jednak tylko do czasu. Potem głównym punktem meczu stało się, niestety, cierpienie Igi Świątek.
Iga Świątek cierpiała, Maja Chwalińska w finale. Za nami polski mecz
Wspomniani Kubot i Janowicz pisali historię polskiego tenisa, ale w zasadzie każdy wiedział wtedy, że to jednorazowy wyskok. O ile po Janowiczu wiele sobie jeszcze obiecywano, to Kubot w singlu nie miał większych szans na powtórzenie takiego sukcesu, to po prostu była jego życiówka. Skorzystał wtedy na dobrej drabince, udało się, nadeszła piękna chwila naszego tenisa. Historyczny był też mecz Magdaleny Fręch z Magdą Linette – wygrany przez drugą z nich – w finale turnieju WTA 250 w Pradze, dwa lata temu.
Jednak to tylko „250”. Jasne, fajna sprawa, miło się to oglądało, ale o takim turnieju wielu fanów zapomina szybko.
Półfinał imprezy rangi 1000, do tego ze sporą stawką poza samym wejściem do finału – bo Iga przecież wciąż walczy o WTA Finals – to inna rzecz. Fakt, że obie Polki są z tego samego rocznika, że znają się od lat, że się przyjaźnią, że jedna wspierała drugą i na korcie, i poza nim – to wszystko tworzyło świetną historię. Widać było, że podchwycił ją w zasadzie cały świat tenisa, nikt nie pozostał do końca obojętny na to spotkanie. Zresztą wiele obiecywać mogły też ich style gry, kompletnie od siebie różne.
Na papierze wszystko zwiastowało nam tu wielkie widowisko. I długo tak to wyglądało. Potem, niestety, sytuacja się zmieniła.
Piękny tenis. Zgodnie z planem
Pierwszy set to było wielkie granie. Jasne, Iga nieco falowała, raz miała serię zagrań wspaniałych, raz się regularnie myliła. Przez taką gorszą passę straciła zresztą pierwszy raz serwis, ale szybko się odbudowała i z miejsca zanotowała przełamanie powrotne. Natomiast: tak to właśnie wygląda, gdy gra się z dobrze dysponowaną Mają Chwalińską, a ta w Wuhan jest w świetnej formie. Mniej utytułowana z Polek ma po prostu już nie doktorat, a profesurę w byciu – i przepraszam, ale to idealne słowo – upierdliwą dla rywalek.
No bo jak to jest, że gra się raz, drugi, trzeci w linię, a ona wciąż te piłki odgrywa na drugą stronę?
W końcu muszą przyjść błędy. Chcesz przejmować inicjatywę, chcesz kończyć te akcje, nie chcesz dać jej rozwinąć skrzydeł. Sęk w tym, że ona nie musi rozwijać ich w pełni, wystarczy Mai, że jej zagrania przejdą na drugą stronę, wystarczająco głęboko, by rywalka nie mogła zaatakować z miejsca, by musiała chwilę poczekać. Chwalińska może biegać, to jej granie. Czasem przegra takie akcje, ale często wygra z pozycji beznadziejnej. Zwłaszcza gdy rywalka nie jest perfekcyjna na korcie – a Iga, jak już ustaliliśmy, nie była.
To zderzenie dwóch tenisowych światów naprawdę oglądało się znakomicie. Świątek po tym przegranym gemie serwisowym miała fantastyczną serię. Z 2:3 wyszła na 5:3, serwowała na seta, miała dwie piłki setowe. To wszystko było zasłużone, bo grała akurat wtedy doskonale. Dyktowała warunki, właściwie się nie myliła. Natomiast Maja zaskoczyła ją przy setowych, weszła na piłkę, przejęła inicjatywę, nie była już tak bierna, nie grała wyłącznie w defensywie.
W efekcie się wybroniła, a potem poszła za ciosem. Wygrała własnego gema serwisowego, a potem przełamała Igę raz jeszcze, na 6:5. Niedługo potem miała na koncie pierwszego seta.
Into the lead 💪
Maja Chwalinska takes the thrilling first set against Swiatek 7-5!
#dongfengvoyahwuhanopen https://t.co/G5nW1GhkOh
— wta (@WTA) October 17, 2026
To sucha informacja o wyniku. Kluczowe wydarzenia rozgrywały się jednak pomiędzy gemami.
Cierpienie. Iga dokończyła mecz, ale z bólem
Po stracie serwisu na 5:6 z jej perspektywy, Iga poprosiła o interwencję fizjoterapeutki. To znaczy: poprosić mogła nawet wcześniej, wtedy po prostu miała ona miejsce. Chodziło o mięsień uda, który rozmasowano, zabandażowano, był też psiknięty sprejem. Generalnie: skoro była to przerwa kilkuminutowa, to problem był głębszy. Pytaniem pozostawało, czy taka pomoc wystarczy, a odpowiedź zaczęła przychodzić stosunkowo szybko, bo na początku drugiego seta.
Brzmiała ona: nie wystarczy.
Iga Świątek przełamana 5:6 i na korcie pojawiła się fizjoterapeutka.
📸: WTA TV
#zkortu | #WuhanOpen https://t.co/WyCuuUJRPe
— Z kortu – informacje tenisowe (@z_kortu) October 17, 2026
Iga wyraźnie w tej drugiej partii grała na jedno uderzenie. Atakowała, próbowała skracać wymiany, wyciągała z kieszeni nawet skróty, kilka udanych. Z wieloma tenisistkami to by mogło wypalić, serio. Natomiast Maja, jak to Maja – odgrywała te piłki na drugą stronę, zamęczała Igę. I po prostu wybiła jej z głowy myśli o powrocie. Świątek miała w tym okresie i tak sporo świetnych akcji, tyle że ta piłka wracała raz po razie. Trzeba tu wiele, naprawdę wiele oddać Chwalińskiej – łatwo się pogubić, gdy rywalka cierpi.
Ona ani przez moment nie wypadła z rytmu. Nadal robiła swoje. Na wielkim spokoju, z chłodną głową. Widziała, że z Igą nie wszystko jest w porządku, ale rozumiała też, że to nie jej problem, że choć to przyjaciółka, to taki właśnie jest tenis.
Piękny, jak w pierwszym secie. Okrutny, skazujący na cierpienie – jak w drugim u Igi. Był to, jak w tytule, mecz trochę jak Polska. Piękny kraj, ale swoje wycierpiał przez lata, nie bez powodu mamy nabite grube tomiszcza naszej martyrologii. Dla Igi ten mecz też do takiej jej prywatnej listy momentów martyrologicznych wejdzie – bo gdy wydawało się, że może powalczyć o triumf w turnieju (a w Wuhan nigdy nie wygrała) i tym samym znacznie przybliżyć się do gry w WTA Finals, to przyszedł taki uraz.
Na domiar złego: w meczu, na którym musiało jej zależeć. Na dużej scenie, z wieloletnią przyjaciółką z kortu, w starciu dwóch Polek (zresztą mam w sobie pewną dozę przekonania, że z inną rywalką Świątek by skreczowała, że grała do końca ze względu na to, jaki to był mecz właśnie – świadczy o tym też serdeczny uśmiech przy siatce). Cholera, gorszego momentu naprawdę nie mogło być.
FINALIST IN WUHAN!👏
Maja Chwalinska defeats Swiatek in the semifinal!
#dongfengvoyahwuhanopen https://t.co/AymxaASOnD
— wta (@WTA) October 17, 2026
Powtórzmy: sport bywa okrutny. Tym razem był taki dla Igi.
Maja po tytuł?
Chwalińska dokłada drugi wielki finał w tym sezonie. Była w meczu o tytuł na Szlemie, teraz jest w imprezie rangi WTA 1000. Po drugiej stronie siatki stanie Sonay Kartal, też sensacyjna finalistka. Niedawno wróciła po półrocznej przerwie, przed nią kręciła się – w najlepszym okresie w karierze – w okolicach 50. miejsca na świecie. W Wuhan gra fantastycznie, dokładnie tak, jak Maja. I też ma na rozkładzie kilka dużych nazwisk – z Eliną Switoliną, Belindą Bencić i Jeleną Ostapenko na czele.
Z miejsca 170., które zajmowała przed Wuhan, przeskoczy na pewno do TOP 50. Natomiast nam zależy na tym, żeby nie wyżej.
Bo to Maja Chwalińska będzie faworytką tego finału.
To dla niej zupełnie nowa rola, na Roland Garros w naturalny sposób grała cały czas z pozycji outsiderki. Nawet w Wuhan w co najmniej kilku meczach tak było. A akurat do starcia o tytuł przystąpi jako ta, która ma wygrać. Ciekawe, jak i w tym przypadku poradzi sobie z presją. W półfinale pokazała, że potrafi to robić doskonale, że niestraszne jej żadne okoliczności. Wydaje się więc, że jeśli nie zawiedzie jej ciało, jeśli nie pokona zmęczenie, no to jutro może osiągnąć życiowy sukces.
I tego się trzymajmy. A Idze z kolei życzmy zdrowia, bo awans WTA Finals wciąż jest możliwy. Niech się okaże, że ten scenariusz finalnie był idealny dla obu naszych zawodniczek.
Iga Świątek – Maja Chwalińska 5:7, 1:6
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix