Konia z rzędem, a nawet rząd koni temu, kto przewidziałby taki skład finału w turnieju w Wuhan. Żaden ekspert, żadna sztuczna inteligencja – nikt nie dokonałby tego na początku tej imprezy. Dzisiejsze starcie Mai Chwalińskiej z Sonay Kartal to jedna z największych niespodzianek tego sezonu, a może i w całej historii turniejów rangi WTA 1000. I tak naprawdę i Polka, i Brytyjka, są wygrane już przed tym meczem.
Maja Chwalińska kontra Sonay Kartal. Finał-niespodzianka
Równy rok temu Maja Chwalińska była 133. w rankingu WTA i szykowała się do występów w turniejach WTA 125 po drugiej stronie świata – w Ameryce Południowej – by tam budować ranking. Sonay Kartal była świeżo po swoim największym sukcesie, ćwierćfinale imprezy WTA 1000 w Pekinie. Wskoczyła dzięki niemu na 58. miejsce w światowym rankingu. Obecnie jest 170., bo przez pół roku – od marca – zmagała się z kontuzją.
Tak naprawdę trajektoria ich karier poszła ostatnio w odwrotnych kierunkach.
Chwalińska bowiem przez kilka dobrych lat była dużym talentem, który nie ma jak się zrealizować. Grała pięknie, ale brakowało jej mocy. Przegrywała bliskie mecze, które mogłyby coś zmienić. Łapała urazy, wybijały ją z rytmu. Od lipca 2024 roku do tegorocznego Roland Garros tkwiła w tym samym miejscu – była w TOP 200 rankingu, ale wyżej przebić się nie udała, nie dla niej pierwsza setka.
Kartal to jej rówieśniczka – młodsza o 17 dni. Maja urodziny świętowała tydzień temu, Sonay będzie pod koniec miesiąca. Brytyjce tę magiczną granicę setki udało się pokonać w 2024 roku. To był dla niej dobry sezon. Startowała z okolic 250. miejsca, ale kilka dobrych rezultatów – na czele z trzecią rundą Wimbledonu po przejściu kwalifikacji oraz niespodziewanym triumfem w turnieju WTA 250 w Monastyrze – sprawiło, że wylądowała w najlepszej setce.
To było niemalże równe dwa lata temu. Potem Sonay się w TOP 100 trzymała dość pewnie, pukając do bram najlepszej „50”.
Aż do tego roku.
Solidna Brytyjka. Aż odezwały się plecy
Maja Chwalińska – jak już wspomnieliśmy – przez lata męczyła się z kontuzjami. Dokładnie tak samo było jednak z Sonay Kartal. Historia mniejszych i większych urazów Brytyjki jest dość długa, to przez nie nieco naczekała się na swój wielki moment. Ten przyszedł wraz z przebiciem setki i wspomnianym triumfem w Monastyrze. Ktoś powie, że to była tylko impreza rangi WTA 250, ale to zła perspektywa.
Dla zawodniczki, która tak długo – miała już przecież 23 lata, od pięciu sezonów była seniorką – na to czekała, to było tak, jakby wygrać turniej wielkoszlemowy. Tym bardziej, że do tej „250” musiała dostawać się przez kwalifikacje.
Fakt, że udało jej się ten triumf wykorzystać, że poszła potem jeszcze w górę, że przez moment była nawet tenisistką z TOP 50 – to wszystko naprawdę warto docenić. Kartal w 2025 roku została po prostu stałą uczestniczką turniejów WTA. Można by napisać: kimś w rodzaju Magdy Linette, kto od czasu do czasu pokaże się solidniejszym wynikiem, a na co dzień po prostu tam jest, gra, zalicza drugie czy trzecie rundy dużych turniejów i ćwierćfinały czy półfinały w tych mniejszych. Takie solidne granie – niekoniecznie wielkie triumfy, ale też bez wstydu.
I tak było do marca tego roku. Aż przyszły problemy z plecami.
Urazy tej części ciała to jedna z gorszych wiadomości dla tenisistów czy tenisistek. Z plecami się po prostu nie wygra, trzeba poczekać, doleczyć. Jeśli się nie tego nie zrobi w pełni, uraz będzie nawracać. Sonay zajęło to leczenie pół roku, ominęła cały sezon gry na mączce, nie było jej też na trawie. W Stanach Zjednoczonych również się nie pojawiła, uciekły jej więc trzy Szlemy. Gdy wróciła do rywalizacji, była już 129. w rankingu.
W Wuhan oficjalne gra jako 170. tenisistka świata, ale korzysta z chronionego rankingu – dzięki niemu nie musiała przechodzić kwalifikacji. Już wiadomo, że po turnieju wróci do najlepszej „50”.
A może i wyżej.
Maja Chwalińska? Potwierdza możliwości
O karierze Mai Chwalińskiej w zasadzie nie ma powodu, by pisać tu zbyt dużo, bo przy okazji Roland Garros wszyscy zdążyli doskonale ją poznać. Jest jednak pod wieloma względami podobna do tej Kartal. Ten sam rocznik, też urazy, też długa podróż w poszukiwaniu momentu, który pomoże się przebić. Brytyjka zrobiła to ostatecznie płynniej, mniejszymi krokami, bardziej trzymała się tej standardowej tenisowej ścieżki. Maja po prostu wybrała system szybkiego wzlotu w górę, jakby wcisnęła przycisk z napisem „eject” w aucie Jamesa Bonda.
Taki skok jest wart bardzo wiele, o ile umie się go potem potwierdzić. Jeśli nie – to po roku czeka kogoś lot w dół. Bez spadochronu.
Pierwsze miesiące po występie w stolicy Francji były dla Chwalińskiej trudne. Uraz na Wimbledonie i porażka w pierwszej rundzie. W swoich pierwszych meczach wylatywała też z Toronto, Monterrey i US Open, w Cincinnati odpadła w drugim. Zdawało się, że to potwierdzenie głosów o tym, że poza mączką sobie nie poradzi, że za rok czeka ją właśnie ten nagły spadek.
W teamie Polki pozostali jednak spokojni, robili swoje. I w końcu przyszedł Singapur, turniej WTA 500, a w nim – półfinał. Pierwsze potwierdzenie, że wszystko idzie w dobrą stronę. Owszem, w Pekinie była szybka porażka, ale o tym Maja z miejsca zapomniała, jakby Ted Lasso powtarzał jej, że musi być złotą rybką. Zapomnieć było o tyle łatwiej, że w Wuhan Polka robi cuda.
Jest w finale. Nawet jeśli w nim przegra, to jutro będzie 12. tenisistką świata. Ponad połowa punktów w jej posiadaniu będzie już „niezależna” od finału Roland Garros. Gdyby wykreślić jej ten finał z Paryża już teraz, nadal byłaby w TOP 40 rankingu i dalej pozostawałaby drugą rakietą Polski.
To o to właśnie chodzi, gdy mówi się, że taki jeden wielki wynik to szansa, by się w tej czołówce utrzymać. A Maja przecież ma jeszcze ponad pół roku, zanim punkty ze stolicy Francji odpadną (o ile odpadną, nikt przecież nie mówi, że Polka nie może powtórzyć tego wyniku). Singapur i Wuhan mogą być ledwie początkiem tej drogi Mai do tego, by w czerwcu nadal być tenisistką z wysokich miejsc rankingowych.
A Wuhan może w tym pomóc bardziej, niż tylko finałem – można tam przecież wygrać.
Kto by nie wygrał, zrobi życiówkę
Obie bardzo podobnie radziły sobie po drodze do meczu o tytuł w Chinach. Nikt właściwie nie może niczego „ująć” temu, że tam są, po prostu sobie to wypracowały. Pokonywały wysoko notowane przeciwniczki, część z nich rozstawioną. Grały świetny tenis. W Wuhan okazały się po prostu najlepsze. Zresztą spójrzmy na ich rezultaty po drodze do tego spotkania. Po lewej te Mai Chwalińskiej, po prawej Sonay Kartal.
- I runda: 6:3, 6:2 vs Mayar Sherif (WTA 52) ||| 7:5, 6:3 v Anhelina Kalinina (WTA 48).
- II runda: 1:6, 6:1, 6:1 v Marie Bouzkova (WTA 28) ||| 6:0, 7:5 vs Belinda Bencić (WTA 12).
- 1/8 finału: 6:4, 6:1 vs Iva Jović (WTA 11) ||| 6:2, 6:0 vs Jasmine Paolini (WTA 33).
- 1/4 finału: 6:0, 3:6, 7:5 vs Maria Sakkari (WTA 35) ||| 6:2, 2:6, 6:4 vs Elina Switolina (WTA 6).
- 1/2 finału: 7:5, 6:1 vs Iga Świątek (WTA 9) ||| 7:6 (9), 7:6 (5) vs Jelena Ostapenko (WTA 34).
Maja pokonała dwie, a Sonay trzy rozstawione rywalki. Średnia pozycja ich przeciwniczek w rankingu WTA jest jednak niemalże identyczna – dla Chwalińskiej to równo 25. miejsce, a dla Kartal 26,6 (finał mocno tę statystykę zmieni, bo Polka przed turniejem była w rankingu 22., a Brytyjka – jak już wspomniano – 170). Jasne, że na papierze da się mieć trudniejsze ścieżki do meczu o tytuł, ale tez nie sposób odmówić czy to Mai, czy Sonay tego, że na ten finał sobie po prostu zapracowały.
Nie zmienia to jednak faktu, że to niespodzianka, sensacja, wręcz szok.
Maja Chwalińska grała do tej pory przecież tylko w jednym finale imprezy z cyklu WTA – na Roland Garros. Sonay Kartal też w jednym, we wspomnianym Monastyrze. Że jedna z nich dojdzie do meczu o tytuł w Wuhan – w porządku, WTA od czasu do czasu lubi niespodzianki. Że obie i że dziś zagrają przeciwko sobie? Dawno nie było finału, który tak by zaskoczył, pewnie ostatnim tak dużym był ten Emmy Raducanu z Leylah Fernandez na US Open 2021.
Niektórzy przywoływali też Guadalajarę 2023 i starcie Marii Sakkari z Caroline Dolehide. Greczynka jednak rok wcześniej grała tam w finale, była zawodniczką światowej czołówki. Niespodzianki w jej przypadku nie było. W Wuhan obie tenisistki są w starciu o tytuł niespodziewanie.
Niezależnie od tego, która wygra, odniesie życiowy sukces. Pozostaje więc napisać: niech zwycięży lepsza.
Choć wiadomo, że my mamy swoją faworytkę.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix