Druga wygrana Magdy Linette! Polka w III rundzie Australian Open

Sebastian Warzecha

21 stycznia 2026, 10:54 • 3 min czytania 0

Druga wygrana Magdy Linette! Polka w III rundzie Australian Open

Magda Linette wychodziła na kort w Melbourne ze świadomością, że wcześniej tego samego dnia z turnieju odpadli Linda Klimovicova i Kamil Majchrzak. Doświadczona polska tenisistka walczyła więc o zmianę tego niekorzystnego dla nas kursu i udało jej się to. Amerykankę Ann Li pokonała w bardzo dobrym stylu w dwóch setach. Dla Linette to powrót do III rundy turnieju wielkoszlemowego po dwóch i pół roku! 

Reklama

Magda Linette wróciła! Polka w III rundzie Australian Open

Wiecie, jak wyglądały ostatnie dwa lata Magdy Linette w Wielkim Szlemie? Otóż tak: I runda, I runda, I runda, I runda, I runda, I runda, I runda i, zgadliście, I runda. Osiem razy z rzędu Polka odpadała ze Szlemów od razu, w swoim pierwszym meczu. Czasem z rywalkami notowanymi wyżej, czasem z takimi, które powinna była ograć. Dla tenisistki, która w przeszłości potrafiła dojść nawet do wielkoszlemowego półfinału – zresztą w Melbourne – to musiały być rezultaty niezwykle frustrujące.

W Australii zapowiadało się, że ta seria nie zostanie przerwana. W losowaniu Magda trafiła na turniejową „15”, Emmę Navarro. Ale zagrała znakomity mecz i Amerykankę pokonała.

Reklama

W nagrodę utworzyła się przed nią droga do dalszych faz turnieju. W drugiej rundzie trafiła bowiem na Ann Li – też Amerykankę, ale notowaną niżej, bo na 38. miejscu zestawienia WTA. To wyższe miejsce, niż to, które zajjmuje aktualnie Magda, to fakt. Ale jednak Li nie jest zawodniczką, której rezultaty i gra przesadnie by imponowały. Linette musiała wiedzieć, że ma szansę dojść przynajmniej do trzeciej rundy – tam, na papierze, sprawa powinna się skomplikować, bo idąc za rozstawieniami, dojść powinna do tego spotkania Karolina Muchova, turniejowa dyszka.

Ale to mniej istotne. Kluczowe było, by po prostu z tej wypracowanej własnymi rękami i nogami szansy skorzystać, awansować o jeszcze mecz dalej. I Linette to właśnie zrobiła.

Polka dość szybko – po kilku nerwowych punktach – zaczęła zyskiwać przewagę na korcie. Była dokładna, popełniała stosunkowo mało błędów. I to przynosiło efekt, bo Amerykanka z kolei piłkę często czy to wyrzucała, czy to pakowała w siatkę. Pierwsze przełamanie w efekcie przyszło więc dość szybko – już w trzecim gemie. Li łatwo oddała wtedy serwis i okazało się, że był to decydujący moment dla losów całego seta, bo zyskana przewaga pozwoliła Magdzie grać spokojny, ale przy tym dość ofensywny tenis.

Polka bez większego trudu utrzymywała własne podanie, z kolei przy serwisie Li niezmiennie dociskała. W siódmym gemie rywalka jeszcze się wybroniła. W dziewiątym już jej się nie udało. Straciła podanie, a wraz z nim całego seta.

W drugiej partii Linette nie zwolniła. Ba, wręcz przeciwnie – docisnęła gazu, choć na starcie musiała wybronić się przed atakami Li. Ta miała dwie szanse na przełamanie, ale nie skorzystała z ani jednej. W efekcie nie tylko przegrała tego gema… ale i trzy następne. Dopiero wtedy Amerykanka się przebudziła, zdołała nawet – po raz pierwszy w meczu – przełamać Magdę. Stać ją było jednak tylko na częściowe odrobienie strat. Przy stanie 5:2 i jej serwisie obie zawodniczki rozegrały maratońskiego wręcz gema, trwającego dobrych 11 minut, w czasie którego Polka miała piłki meczowe.

Ich nie wykorzystała. Ale przy swoim podaniu już się to udało. Zamknęła mecz świetnym serwisem przy piątym meczbolu.

I awansowała do trzeciej rundy. Po raz ostatni udało jej się to na Wimbledonie 2023. Warto było poczekać.

Magda Linette – Ann Li 6:3, 6:3

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie na Weszło:

0 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama