W środku pola reprezentacji Polski w ostatnich kilkunastu miesiącach sprawdziliśmy już niemal wszystko, co się rusza. Nadal jednak debiutu nie doczekał Łukasz Łakomy. 24-letni pomocnik w tym sezonie zamienił Young Boys Berno na OH-Leuven i w listopadzie tydzień po tygodniu zachwycił Belgów pięknymi golami z dystansu.
Łukasz Łakomy rozmowie z Weszło tłumaczy, dlaczego opuścił Szwajcarię, mimo że dopiero co regularnie grał w Lidze Mistrzów. Wyjaśnia także, w jakim aspekcie naprawdę się rozwinął, ile było prawdy o zainteresowaniu Udinese i czy czuje się niedoceniany w polskim środowisku piłkarskim. Zapraszamy.
Latem od razu spodziewałeś się zmiany klubu, czy to się wyklarowało z upływem kolejnych tygodni?
Już wiosną widziałem, co się dzieje. Od lutego, po zakończeniu naszej rywalizacji w Lidze Mistrzów, rozegrałem jeszcze tylko trzy czy cztery mecze w pierwszym składzie. Znacznie częściej zaliczałem wejścia z ławki. Rozmawiałem z moimi agentami, że chciałbym zobaczyć, co będzie się działo na letnim obozie. I to właśnie po nim w praktyce zdecydowaliśmy, że lepiej zmienić barwy. Jeszcze się potem trochę zastanawialiśmy, ale z czasem przychodzili kolejni zawodnicy do środka pola i poczułem, że nasze drogi z Young Boys zaczynają się rozchodzić. Uznałem, że lepsze będzie dla mnie regularne granie w innym miejscu.
Leuven bardzo chciało, żebym przyszedł. Często dzwonili, dużo rozmawialiśmy o ich planach na ten sezon. Bardzo konkretny był też trener David Hubert, który teraz prowadzi już Royal Union. No i nie ulega wątpliwości, że liga belgijska jest mocniejsza niż szwajcarska.
W Young Boys wykonałem duży krok do przodu pod kątem intensywności gry. Uzbierałem osiem meczów w Lidze Mistrzów – niezły bilans na początek. Do lutego wszystko było okej, dopiero potem się popsuło.
Czyli Szwajcarzy nigdy nie powiedzieli ci otwarcie, że coś się kończy?
Nie, ale nietrudno było wyciągnąć odpowiednie wnioski, nawet po sparingach. Inni zawodnicy grali po 90 minut, ja dostałem tylko 45. To jasny sygnał.
W sierpniu jeszcze zacząłem się wahać. Wszedłem na pół godziny z FC Basel po czerwonej kartce dla naszego pomocnika i choć wysoko przegraliśmy, to wypadłem dobrze. W następnej kolejce wystąpiłem od początku ze Sionem i też było nieźle. Ale tego samego dnia dowiedziałem się od chłopaków z drużyny, że przychodzi jeszcze jeden piłkarz na moją pozycję. Następnego dnia go potwierdzili. Wtedy już się nie wahałem i przyjąłem ofertę Leuven.
Pojawiło się rozczarowanie czy rozgoryczenie? Jesienią wydawało się, że możesz być kluczowym ogniwem Young Boys i jeśli kiedyś odejdziesz, to dlatego, że ktoś zapłaci dobre pieniądze. Skończyło się inaczej.
Myślę, że w takiej sytuacji każdy czułby jakieś rozczarowanie. W Lidze Mistrzów grałem regularnie i były to dobre mecze. W lidze szwajcarskiej zdarzały się bardzo dobre. Na ławce usiadłem po dwóch udanych występach. Próbowałem rozmawiać z trenerem i potem nawet wychodziłem od początku, ale niekoniecznie na swojej pozycji. To na pewno mi nie pomagało.
Gdzie byłeś ustawiany?
Na skrzydle. Chodziło o aspekty defensywne, bo rozumiałem, jak się w tych strefach zachowywać w fazie bronienia. Trener chciał poprzez to wzmacniać środek, ale w meczach to nie wychodziło, wcale nie schodziliśmy większą liczbą zawodników w te sektory. Często musiałem stać przy linii i nie mogłem pokazać swoich atutów.
O miejsce na nominalnej pozycji zrobiło się trudniej, bo jeszcze w styczniu z Auxerre przyszedł doświadczony Rayan Raveloson. Niemal od razu wskoczył do składu i był to gracz praktycznie nie do zmieniania. Do wypromowania na transfer był z kolei Filip Ugrinić, który dziś jest w Valencii. A że przeważnie graliśmy „diamentem” i mieliśmy tylko dwa miejsca dla środkowych pomocników, zrobiło się ciasno. Starałem się, walczyłem każdego dnia, ale rzadko dostawałem tyle minut, ile bym chciał. Już wtedy poczułem, że może nadejść czas na coś nowego, żeby się rozwijać. Jestem za młody na siedzenie na ławce i bycie zawodnikiem do rotacji. Ambicja dała o sobie znać.
Na koniec pogadałem z trenerem, zrozumiał mnie. Rozstaliśmy się z klubem w bardzo dobrych relacjach. Dalej mam kontakt z kolegami z zespołu i ludźmi z YB.

Leuven było jedynym konkretem na stole? Pisano także o zainteresowaniu Udinese.
O szczegółach mogliby mówić moi agenci, ale słyszałem, że Udinese wysyłało sygnały. Cieszę się, fajnie być dostrzeżonym przez taki klub, ale tak naprawdę ofertę, w której wszystko się zgadzało, złożyło tylko Leuven. Inne zespoły nie dawały realnych perspektyw na regularne granie i stanie się ważną postacią w drużynie. Bardziej na zasadzie „przyjdź i zobaczymy”, bez wyraźnego planu na mnie.
Końcówka tamtego sezonu nie pomogła, trudno byłoby od razu wejść z przytupem do nowego zespołu. W Leuven dla trenerów i dyrektorów jestem znany od czasów Zagłębia Lubin, wiele o mnie wiedzieli. Gdy odchodziłem z Polski, miałem propozycje z innych belgijskich klubów – na przykład Charleroi. Już wtedy byłem tu monitorowany.
Wspominałeś, że trafiasz do lepszej ligi niż szwajcarska. Z tym nie da się polemizować, ale twój klub jest słabszy niż Young Boys. Aktualnie bronicie się przed spadkiem.
Nie jesteśmy belgijskim potentatem, to prawda. Początek sezonu nie jest dla nas łatwy, ale pracujemy nad tym, żeby iść do góry. Różnice są niewielkie, do strefy barażowej o europejskie puchary tracimy siedem punktów.
Leuven to ważny krok również dlatego, że belgijska ekstraklasa jest dużo intensywniejsza, a kluby z najmocniejszych lig uważnie ją śledzą. To było dla mnie bardzo ważne, chciałem pokazać swój postęp w temacie intensywności w lepszym otoczeniu. Podstawowe statystyki też się zgadzają, w tym sezonie mam już dwa gole i trzy asysty. Tylko jeszcze poprawić wyniki, często rozchodziło się o szczegóły.
Nie pomogło odejście trenera Huberta. Royal Union w październiku go wykupił. Trudno mieć do niego pretensje, że skorzystał z oferty i poszedł do klubu, który aktualnie gra w Lidze Mistrzów. Każdy normalny człowiek przyjąłby taką propozycję.
Masz dwa gole i oba przepiękne, strzelane tydzień po tygodniu. W twoim przypadku belgijscy komentatorzy mogą stwierdzić, że nie tylko lubisz uderzyć z dystansu, ale również, że naprawdę potrafisz to robić.
Nie rozumiem, co tu mówią w telewizji. Flamandzki nie należy do najłatwiejszych języków. Ale nie ukrywam, że miałem mnóstwo frajdy, bo właśnie najlepiej smakują mi bramki zdobywane po strzałach z dalszych odległości. Cieszę się, że gdy trafiłem w Lidze Mistrzów, to też nie do pustej, tylko zza pola karnego. Mam to, nie będę mówił, że nie i staram się doskonalić ten element.
Najważniejsze, żeby pomagać drużynie, mówimy o bardzo ważnych golach. Z Gentem podwyższyliśmy prowadzenie, ostatecznie wygraliśmy aż 4:0. Z Cercle Brugge dałem wyrównanie, a niedługo potem zadaliśmy decydujący cios na 2:1. Tego nam brakowało we wcześniejszych meczach. Nieraz decydowały drobne błędy, nie byliśmy wyraźnie słabsi od rywali. Ta liga jest naprawdę wyrównana, dlatego wyniki nie zawsze mówią wszystko o jakości twojej gry. Były mecze, w których brakowało jedynie wykończenia. Pokazał to nawet ostatni sparing z Munster. Dwa razy zaspaliśmy z kryciem w polu karnym po dośrodkowaniach, a z przodu pudłowaliśmy nawet w sytuacjach sam na sam czy po strzałach z kilku metrów.
Po tych golach przeciwnicy zaczęli zwracać na ciebie większą uwagę?
Tak, odczułem to. Od razu zaczęli do mnie szybciej wybiegać przed pole karne. I okej, może ja już tak nie strzelę, ale dzięki temu stworzy się miejsce do wbiegnięcia dla kogoś innego. Wiele zależy od tego, w jakim momencie jestem przy piłce. Z Gentem zaliczyliśmy wysoki odbiór, miałem autostradę, żeby podprowadzić sobie piłkę i skorzystałem. Z Cercle decydowało już przede wszystkim przekonanie do własnych umiejętności. To była naprawdę duża odległość, z boiska wydawało mi się, że mam bliżej do bramki.
Czytałem o dwudziestu dziewięciu metrach.
Gdy piłka wpadła do siatki, nawet tego nie widziałem, widok miałem zasłonięty. Dopiero po reakcji chłopaków zobaczyłem, że się udało.
Którą z tych bramek stawiasz wyżej?
Z Cercle. Wybrali ją golem roku w klubie. Zdarzyło mi się to już drugi raz. W 2025 byłem autorem bramki roku w Young Boys. Co ciekawe, chodziło o styczniowy sparing z Hannoverem. Zapewniam, że chciałem tak uderzyć, to nie było nieudane dośrodkowanie.
Jesteś już na stałe piłkarzem Leuven? W grudniu pojawiły się doniesienia, że rozegrałeś odpowiednią liczbę meczów i doszło do aktywowania klauzuli wykupu, ale nie pojawił się oficjalny komunikat.
Tak, jestem już w klubie definitywnie. Nawet trenerzy przyszli mi wtedy pogratulować.
Jako przedstawiciel belgijskiego średniaka możesz wiarygodnie porównać, o ile Jupiler Pro League jest lepsze od Ekstraklasy i w jakich aspektach?
Nie jestem w stanie dokładnie tego ocenić, bo w Ekstraklasie nie gram od blisko trzech lat. Z polskimi drużynami nie mierzyłem się nawet towarzysko. Oczywiście nieraz oglądam naszą ligę w telewizji i choć z tej perspektywy nie wszystko wygląda jak na boisku, i tak wyraźnie widać, że poszła do przodu.
Jeśli miałbym powiedzieć o samej lidze belgijskiej, to znów wrócę do intensywności w grze. Jest ona naprawdę wysoka. Przed przyjściem do Leuven niektórzy porównywali mi ją do angielskiej Championship i chyba nie ma w tym przesady. Trzeba grać szybko, podejmować natychmiastowe decyzje i wykorzystywać błędy rywali. Fizyczność, walka, zbieranie drugich piłek – tego wszystkiego nauczyłem się w Young Boys i przeniosłem do Leuven. Do tego dużo taktyki. Często mecze rozstrzygają się przez fazy przejściowe, nawet z najsilniejszymi drużynami. Club Brugge pozwalało nam grać w piłkę, a samo najgroźniejsze było po kontratakach. Musisz błyskawicznie wracać całym zespołem.
Dla mnie intensywność jest najważniejsza. Bez niej we współczesnym futbolu trudno o coś więcej. Na początku w Szwajcarii wiedziałem, że muszę tu wiele poprawić i to zrobiłem. Teraz nie jest dla mnie problemem, żeby przebiec w meczu ponad 12 km na wysokich obrotach.
Jak ci się żyje w Belgii?
Bardzo dobrze. Leuven jest spokojnym miastem, z dużą liczbą renomowanych uniwersytetów. Jest cicho, spokojnie i przede wszystkim bezpiecznie. Bezpieczniej, niż słyszę o wielu innych miejscach w Belgii. Mamy dobry ośrodek treningowy, trudno się do czegoś doczepić. Leuven współpracuje z Leicester City poprzez King Power, co widać po nazwach stadionów. Gramy na znakomicie przygotowanej murawie. Po naszym meczu z Gentem Michał Skóraś i inni zawodnicy mówili, że nasze boisko jest najlepsze w lidze. Te warunki to też duży plus w kontekście transferu.
Stadion macie całkiem ładny, ale jeśli chodzi o liczbę kibiców i atmosferę, raczej nie jesteś przytłoczony po doświadczeniach w Polsce i Szwajcarii. Na wasze mecze przychodzi między 6 a 9 tys. ludzi.
Gdy gramy z Anderlechtem czy Club Brugge, trybuny wypełniają się do ostatniego miejsca. Wtedy atmosfera jest naprawdę dobra, czuć, że dzieje się coś ważnego. Często świetna jest też otoczka na wyjazdach. Z Genkiem czy Standardem graliśmy przy ponad 15-tysięcznej publiczności.
Koledzy z zespołu podpytują cię o Ekstraklasę? Coraz więcej niezłych piłkarzy przychodzi z Belgii do Polski, to już nie jest ruch głównie w jedną stronę.
Tak, kilka razy niektórzy pytali mnie, jak wygląda polska liga, czy jest fajna. Oczywiście odpowiadam, że tak i jeśli ktoś chciałby iść do Ekstraklasy, to jest dobry moment. Kluby mają coraz większe możliwości, co widać po transferach chociażby Legii czy Widzewa. To na pewno cieszy. Mamy zresztą w Leuven zawodnika, który jest dobrym kolegą Andiego Zeqiriego z Widzewa.

Co jakiś czas widać komentarze dopytujące, kiedy zadebiutujesz w reprezentacji. Jesienią dostawałeś jakieś sygnały ze sztabu Jana Urbana?
Bezpośrednio nie. Wiem tylko, że znalazłem się na szerokiej liście piłkarzy rozważanych pod kątem meczów listopadowych. Przekazał mi te informacje nasz dyrektor sportowy, w klubie też się ucieszyli. Finalnie powołania nie dostałem, nie było żadnego kontaktu. Robię wszystko, żeby w końcu się to zmieniło. Byle kto na kadrę nie jeździ, trzeba sobie na nią ciężko zapracować. Mam nadzieję, że ten rok będzie dobry – dla mnie i dla reprezentacji, trzymam kciuki za dobre wyniki w barażach MŚ. Wierzę, że prędzej czy później ziści się marzenie małego chłopca. Do końca kariery będę wierzył, że się uda.
Czujesz się momentami niedoceniony na polskim rynku?
Nie skupiam się na tym, bo rozmyślanie, że potrzebuję uznania od kogoś tylko by zaszkodziło. Znam swoją wartość. Nadejdą dni, gdy nie będę musiał się prosić o taki status. Jestem skromnym chłopakiem, nie potrzebuję poklasku. Spokojnie robię swoje. Grunt, żeby cenili mnie trenerzy i najbliższe mi osoby. Wszystko samo przyjdzie. A jeśli nie przyjdzie, to tak miało być.
W belgijskich mediach mówiłeś, że celujesz w ligi TOP 5 w Europie. To jasna deklaracja.
Cały czas jest to mój cel, nic się nie zmieniło. Każdy chce grać na jak najwyższym poziomie, ja również. Aktualnie jestem w bardzo dobrej lidze, ale zawsze chce się więcej.
Pokazałeś już, że nic za wszelką cenę. Gdybyś się uparł, mógłbyś wcześniej trafić do Serie A, tyle że nie byłbyś gotowy na takie wyzwanie.
I potem bym chodził i mówił, jak było ciężko. Wolę iść krok po kroku. Wierzę, że podejmuję dobre decyzje. Na razie jestem z nich zadowolony. Nie żałowałem przejścia do Young Boys – zdobyłem mistrzostwo Szwajcarii, pokazałem się w Lidze Mistrzów i strzeliłem w niej gola – a teraz czuję, że rozwijam się w Leuven. Grunt, żeby następne decyzje też były dobre.
rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK
Fot. Newspix