Jedynym, co wyglądało dobrze na stadionie przy Łazienkowskiej, były oprawy kibiców Legii. Na boisku oglądaliśmy dwie drużyny, które walczą o utrzymanie i mają niewiele argumentów, by w lidze pozostać. Gdy wszyscy spodziewali się już, że mecz zakończy się bezbarwnym remisem, piłka po zamieszaniu w polu karnym odbiła się od nogi Rafała Adamskiego i wpadła do bramki Bartłomieja Drągowskiego. Legia, po golu w 97. minucie, wygrała 1:0, Widzew naprawdę może za chwilę spaść z ligi.
Przed meczem podtekstów było tyle, że można by obdzielić nimi całą kolejkę. Historyczna niechęć, ligowy klasyk, ogromne kibicowska nienawiść, transfer Kapuadiego, plotki na temat Elitima, powrót Aleksandara Vukovicia na Łazienkowską, sensacyjna walka o utrzymanie obu zespołów…
A na boisku? Klapa. Oczu kąpiel. Poziom 15. i 16. drużyny w tabeli.
Legia – Widzew. Niezły początek. Później błyszczeli kibice
A zaczęło się przecież całkiem nieźle. Już w 3. minucie Legia wyczarowała najpiękniejszą akcję meczu. Bartosz Kapustka sprytnie, płasko, zagrał w pionie do Jean-Pierre’a Nsame, ten w podobny sposób obsłużył wbiegającego w pole karne Rajovicia, a Duńczyk uderzył mocno w stronę bliższego słupka.
Strzał nie był zły, ale obrona Bartłomieja Drągowskiego – lepsza. Bramkarz Widzewa sparował piłkę na rzut rożny, natomiast ręce po tej wymianie podań same składały się do oklasków. To była naprawdę znakomita akcja Legii. Szkoda, że jedyna taka.
Ale na razie mieliśmy jeszcze nadzieję na dobre spotkanie. Zwłaszcza, że po chwili odpowiedział Widzew. Mariusz Fornalczyk sprytnie zagrał między obrońcami do Emila Konrviga, a ten uderzył zza pola karnego. Mocno, ale niecelnie.
No i to by było na tyle.
W kolejnych minutach zdecydowanie najciekawiej działo się na trybunach, gdzie kibice Legii zaprezentowali dwie efektowne oprawy, a realizator z nudów urządził sobie zawody w wyłapywaniu coraz to nowych osobistości, które oglądały spotkanie z trybun stadionu przy Łazienkowskiej.
Gdybyśmy mieli zgadywać czy ciekawsze było spotkanie, czy pogawędka Zbigniewa Bońka z Janem Urbanem, w ciemno postawilibyśmy na to drugie. I nie dziwiło nas, że obaj panowie pochłonięci byli rozmową, bo na boisku działo się niewiele. A może po prostu podziwiali oprawy?
Oprawa kibiców Legii Warszawa w trakcie meczu z Widzewem Łódź!👀 pic.twitter.com/2JFJIdHQyq
— Weszło! (@WeszloCom) May 1, 2026

Nsame nie wykorzystał okazji
A na placu gry? Przewagę miała Legia, która zdecydowanie dłużej utrzymywała się przy piłce (przed przerwą miała 73% posiadania), ale nieszczególnie przekładało się to na stwarzane zagrożenie. Dogodną sytuację wypracowali sobie przed zmianą stron właściwie raz – po rzucie wolnym.
Wówczas głębokie dośrodkowanie zamknął Paweł Wszołek i głową zgrał piłkę do Nsame. Ten stał cztery metry przed bramką, był niepilnowany i powinien z łatwością umieścić piłkę w bramce. Gdyby takie pudło zaliczył Rajović, pewnie natychmiast zostałby wygwizdany przez kibiców.
Nsame miał tym samym szansę udowodnić swoją przydatność Markowi Papszunowi, bo na razie, po powrocie do zdrowia jego występy pod wodzą nowego trenera wyglądają tak:
- 25 minut z Radomiakiem,
- 73 minuty i gol z Rakowem,
- Ławka z Pogonią,
- Ławka z Górnikiem,
- Ławka z Zagłębiem,
- Ławka z Lechem.
Bramka w takim momencie byłaby mocnym argumentem za zbieraniem większej liczby minut, ale cóż – Nsame spudłował i wynik wciąż brzmiał 0:0.
Dziwna wędka Arkadiusza Recy
Za chwilę Legia otrzymała kolejny cios, bo nie dość, że zmarnowała dogodną okazję, to boisko musiał opuścić Paweł Wszołek. Prawy wahadłowy Wojskowych nabawił się kontuzji i pokazał, że potrzebna będzie zmiana.
W miejsce Wszołka wszedł Arkadiusz Reca, ale była to zmiana kuriozalna. Ten na boisku spędził łącznie… 17 minut. Wszedł w 42. minucie, a w 59. min Marek Papszun zdjął go z boiska, zastępując Rubenem Vinagre.
Dlaczego? To wie chyba tylko sam Marek Papszun. Okej, Reca nie rozgrywał wybitnego spotkania, ale trudno powiedzieć, by zapadł w pamięć jakimiś wybitnie nieudanymi zagraniami. Jeśli on zasługiwał na zmianę – zasługiwali na nią prawie wszyscy będący na boisku.
Wściekły Reca schodząc z boiska nie podał nawet trenerowi ręki, udając się prosto do szatni.
Hahahahah Reca🤣🤣🤣🤣
— Wojciech Kowalczyk (@W_Kowal) May 1, 2026
Dramat Widzewa w doliczonym czasie
Ekipa z Łodzi pierwszy (i jedyny) celny strzał na bramkę Hindricha oddała w 71. minucie, ale tylko po to, by za chwilę znów zakotłowało się pod bramką Drągowskiego. Okazję, tak jak wcześniej, miał Nsame, który tym razem uderzał nogą, ale trafił w blokującego ofiarnie uderzenie Mateusza Żyrę. Defensor Widzewa tą interwencją uratował swój zespół od straty bramki.
Czas leciał, na boisku nie działo się wiele, wszyscy obserwujący spotkanie zaczynali godzić się z bezbramkowym remisem. Z podziałem punktów pogodzili się też chyba piłkarze Widzewa, którzy od pewnego momentu wyglądali, jakby czekali już tylko na ostatni gwizdek Wojciecha Mycia.
Legia, której też wychodziło dziś niewiele, zachowała jednak więcej determinacji. Gdy w ostatniej akcji doliczonego czasu gry faulowany z boku boiska był Vinagre, w pole karne Łodzian powędrował nawet bramkarz Hindrich – choć to przecież Legia miała, w teorii, w tym meczu więcej do stracenia.
Determinacja się opłaciła. Po ogromnym zamieszaniu w szesnastce, piłka spadła w końcu pod nogę Bartosza Kapustki, ten uderzył mocno, płasko, futbolówka odbiła się od któregoś z obrońców, później od stojącego na linii bramkowej Rafała Adamskiego i wpadła do bramki Drągowskiego.
Piłkarze i sztab Legii wystrzelili, jakby właśnie zdobyli mistrzostwo Polski.
I choć ten gol „zaledwie” przybliżył ich do utrzymania, to jednak przybliżył naprawdę mocno. Wojskowi wskoczyli na dziewiąte miejsce w tabeli i na trzy kolejki przed końcem mają cztery punkty nad strefą spadkową.
A Widzew? A Widzew naprawdę może spaść z ligi. Jest w strefie spadkowej, do bezpiecznego miejsca traci dwa punkty i ma rozegrany mecz więcej, niż wszystkie cztery zespoły przed nim. A co gorsza gra naprawdę słabo. Naprawdę słabo. Ale to tak naprawdę, naprawdę słabo.