Bolid Ferrari ściągnięty z toru. Awaria czy (grande) strategia?

Marcin Ziółkowski

23 stycznia 2026, 22:34 • 4 min czytania 1

Bolid Ferrari ściągnięty z toru. Awaria czy (grande) strategia?

23 stycznia miał być kolejnym zwyczajnym dniem prezentacji bolidu zespołu Scuderia Ferrari. Charles Leclerc i Lewis Hamilton z bliska mogli zobaczyć efekt pracy swoich inżynierów i mechaników. To, co jednak najbardziej zwróciło uwagę kibiców to… samochód, który stał na torze. Po sieci poniosło się nagranie, na którym wydawało się, że tegoroczny model popsuł się już pierwszego dnia pracy. A jak było naprawdę?

Reklama

Sezon 2026 to według wielu rok największych zmian technicznych w historii tego sportu. Zniknął system DRS, ale zobaczymy w bolidach aktywną aerodynamikę. Opracowano zupełnie nowe jednostki napędowe, w których nie będzie już MGU-H. Motogenerator energii cieplnej przeszedł do historii. Kierowcy będą mieli też Overtake Mode, którym trzeba będzie umiejętnie zarządzać podczas wyścigów.

F1. Ferrari pokazało nowy bolid. Trzeba było „ręcznie” ściągnąć go z toru

Kibice stajni z Maranello jak zwykle nie zawiedli. Już od piątej rano pierwsi z nich zjawiali się w pobliżu toru Fiorano, aby mieć dobrą miejscówkę do oglądania w akcji pierwszych kilometrów nowego samochodu. Nie zabrakło nawet… flag z kierowcami w roli postaci religijnych. Charles Leclerc stał się na potrzeby jednej z nich… patronem ludzi nieszczęśliwych. Ot, cali Włosi, pełni uwielbienia dla sportowców, których bardzo cenią.

Reklama

Leclerc i Hamilton w aucie nazwanym SF-26 przejadą swój odpowiednio ósmy oraz drugi sezon w czerwonych barwach. Mówi się o tym, że głównymi aktorami widowiska A.D 2026 będą kierowcy zespołów z silnikiem Mercedesa. Pozostało więc wierzyć na Półwyspie Apenińskim, że tego typu teorie i przecieki dotyczące osiągów nowych jednostek napędowych nie znajdą rzeczywistego odzwierciedlenia.

Poza zaprezentowaniem w sieci zdjęć nowego modelu zespół dość niespodziewanie dostarczył sporych emocji. Otóż SF-26 w popołudniowej sesji na torze… po prostu się zatrzymało. Żadnego zjazdu do boksu, bolid trzeba było ściągnąć z toru.

Wbrew domysłom kibiców nie chodziło jednak o awarię nowego samochodu. Jak wytłumaczył Lawrence Barreto pracujący dla F1 TV, był to celowy zabieg. Podczas tego typu dnia filmowego zespoły mają bardzo ograniczone możliwości pod kątem dystansu do przejechania – zawrotne 15 kilometrów. Ferrari chciało, aby nowe auto poznali obydwaj kierowcy.

Aby nic nie pozostało dziełem przypadku (a ten lubi płatać figle „czerwonym”) i przy okazji można było przećwiczyć próbne starty nowym modelem, SF-26 pozostawało na torze. Nie ma więc się czym martwić.

Nowi mają za sobą pierwsze kilometry. Williams? Walczy z czasem

W sezonie 2026 na torze po raz pierwszy zobaczymy fabryczny zespół Cadillaca. Stajnia, która zatrudniła Sergio Pereza oraz Valtteriego Bottasa, ma już za sobą pierwsze jazdy. Podobnie zespół z Hinwil – do niedawna Sauber, teraz już Audi, w dodatku z jednostką napędową własnej produkcji.

W obydwu zespołach nie widać większego stresu. Co innego w Williamsie. Nieoficjalne testy w Barcelonie odbędą się w dniach 26-30 stycznia. Już wiadomo, że nie zobaczymy na nich stajni z Grove.

Szydercy powiedzieliby, że duch Claire Williams unosi się nad zespołem. Pół żartem, pół serio – Brytyjczycy wracają do momentu sprzed siedmiu sezonów. To właśnie wtedy Robert Kubica i zaczynający swoją karierę w królowej sportów motorowych George Russell musieli wspólnie uzbroić się w cierpliwość. Trzeba było poczekać na auto brytyjskiej stajni aż do trzeciego dnia testów przedsezonowych.

Była to dopiero uwertura do absolutnie paskudnego sezonu dla legendarnego zespołu. Jedyny punkt Williamsa Polak wywalczył na Hockenheim po dwóch karach czasowych dla Alfy Romeo.

To o tyle niefortunny moment dla zespołu zarządzanego przez Jamesa Vowlesa, że jeszcze parę miesięcy wstecz Williams wrócił na podium. Carlos Sainz błysnął formą zarówno w Baku, jak i Katarze. Williams w 2025 był prawdziwą rewelacją i bez większych problemów zajął piąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

1 komentarz

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Formuła 1

Formuła 1

25 momentów polskiego sportu na ćwierćwiecze. Część I: Małysz, piłkarze i Kubica

Sebastian Warzecha
18
25 momentów polskiego sportu na ćwierćwiecze. Część I: Małysz, piłkarze i Kubica
Reklama
Reklama