Barcelona nie będzie grać inaczej. Ale to dobrze [KOMENTARZ]

Jakub Radomski

15 kwietnia 2026, 13:13 • 7 min czytania 5

Reklama
Barcelona nie będzie grać inaczej. Ale to dobrze [KOMENTARZ]

Koncert. Szybkość połączona z tworzeniem okazji. Nie da się inaczej opisać tego, co Barcelona prezentowała przez nieco ponad godzinę na Estadio Metropolitano. Ale to było za mało na mądre i pragmatyczne Atletico, które umiało to przeczekać, a później zaczęło kontrolować mecz. I to ono zagra w półfinale Ligi Mistrzów. Bardzo możliwe, że oglądaliśmy dwa ostatnie mecze Roberta Lewandowskiego w tych rozgrywkach i nie wypadły one najlepiej. Mało tego – mam wrażenie, że wejście Polaka rozregulowało wczoraj Barcelonę, która znów szła po gole i miała bardzo wysoko ustawioną linię obrony. Jestem przekonany, że ten zespół za Hansiego Flicka nie będzie grał inaczej. Bo nie potrafi. Bo to jego tożsamość. Ale to dobrze, że Barcelona nie chce się zmieniać.

Reklama

Stawiasz 2 zł i zgarniasz bonus 350 zł za awans Bayernu lub gola Realu Madryt – kliknij tu i sprawdź szczegóły promocji dla nowych graczyBayern vs Real - promocja Superbet

Barcelona Hansiego Flicka znów nie wygra Ligi Mistrzów. Pewnie pamiętacie ubiegły sezon i półfinał z Interem. Zespół z Katalonii grał momentami porywająco, przez łącznie 210 minut grania (w rewanżu była dogrywka) był zespołem lepszym, genialne akcje prezentował Lamine Yamal. Ale to nie wystarczyło. Obiektywnie – szkoda, że to nie Barcelona awansowała do wielkiego finału, bo miała więcej argumentów, by postawić się w nim PSG. To mógł być porywający mecz o trofeum, tymczasem oglądaliśmy jednostronne 5:0 Paryżan z Interem.

Minął niemal rok i Barcelona odpada z Champions League – takie mam wrażenie – w trochę podobnym stylu. Grając, zwłaszcza w drugim spotkaniu, z polotem, odważnie i ofensywnie. Mimo że zespół z Katalonii przez mniej więcej godzinę musiał w tym dwumeczu grać w dziesiątkę (dwie czerwone kartki), do ostatniej sekundy miał realną szansę na doprowadzenie do dogrywki. Mecz na Camp Nou Barcelonie wyszedł średnio, choć też miała w nim swoje szanse. Ale ten rewanż? Przecież w momencie, gdy Fermin Lopez w świetnej sytuacji trafił w bramkarza, a później zalał się krwią, było 2:0 dla jego drużyny, a powinno być 4:0, bo znakomitą okazję jeszcze przed nim zmarnował Dani Olmo (warto też docenić Juana Musso w bramce).

Niedługo później Atletico trafiło do siatki i uwierzyło, że tę świetną wczoraj Barcelonę da się jednak wyeliminować.

Reklama

Lamine Yamal w dryblingu

Lamine Yamal w dryblingu

Przecież do mniej więcej 60-65. minuty oglądaliśmy koncertową grę gości. Był w niej polot, pomysł i wykorzystywanie umiejętności indywidualnych. Barcelona grała szybko, ale jednocześnie efektywnie. Tworzyła sytuacje, a Atletico nie nadążało albo się gubiło. Gdy Ferran Torres trafił na 3:0, wydawało się, że dojdzie do spektakularnego odwrócenia losów dwumeczu. A tu gol anulowany. Spalony.

Niecały kwadrans później hiszpański napastnik opuszczał boisko. Pojawiali się na nim Robert Lewandowski i Marcus Rashford. Kamery pokazały, że Torres był wściekły po zejściu. Czuł, że można było zrobić w Madrycie coś wielkiego. My cieszyliśmy się, że na boisku, jeszcze w tak ważnym momencie, pojawia się kapitan reprezentacji Polski. Ale prawda jest taka (zauważył to też w studiu Canal+Sport Cezary Wilk), że wejście Lewandowskiego i Rashforda rozregulowało Barcelonę. Sprawiło, że Atletico zaczęło wyglądać lepiej i kontrolować spotkanie. Jeden trener pomógł drużynie zmianami, a drugi zaburzył nimi coś, co funkcjonowało świetnie.

Reklama

Robert Lewandowski nie pokazał prawie nic, a Alexander Sorloth dwa razy zrobił różnicę

Dwumecz z Atletico pokazał też, jak ważne jest posiadanie będącego w dobrej formie środkowego napastnika i umiejętne wykorzystanie go. Weźmy pierwsze spotkanie na Camp Nou, które od pierwszej minuty rozpoczął Robert Lewandowski. Gdzieś tam wywalczył piłkę, raz groźnie zgrał do kolegi, raz próbował strzelać, ale to było w zasadzie wszystko. Ktoś powie: „W ogóle nie dostawał podań”, ale jednocześnie Robert nie wyglądał dobrze, można było odnieść nawet wrażenie, że trochę nie pasuje do pomysłu kolegów na granie. Na drugą połowę Lewandowski nie wyszedł, co oczywiście w dużej mierze brało się z czerwonej kartki, którą obejrzał Pau Cubarsi. Ale Polak nie dał też na boisku argumentów.

A Simeone? W 60. minucie wprowadził na murawę Alexandra Sorlotha, który po 10 minutach najpierw świetnie wkleił się w linię obrony Barcelony, a później uprzedził stopera i trafił na 2:0. W spotkaniu na Metropolitano Norweg też wszedł na boisko w drugiej połowie. Zobaczcie sobie uważnie akcję, w wyniku której Eric Garcia (słusznie) wyleciał z boiska. To właśnie wysoki Norweg analizuje sytuację i robi drobne kroki, żeby w momencie podania być w linii z rywalem. Udało się – po chwili tak szybko zabiera się z piłką, że Garcii zostaje tylko faul. Sorloth nie potrzebował wielu minut, by zrobić różnicę. W innej sytuacji ruszył z piłką i dograł do Nahuela Moliny, ale temu zabrakło sił, by lepiej wykończyć akcję.

We wczorajszym meczu były cztery kluczowe momenty i czerwona kartka po akcji Sorlotha była na pewno jednym z nich.

Pierwszy – niewykorzystana okazja przez Fermina – ta, po której leciała mu krew.

Reklama

Drugi – bramka na 1:2 dla Atletico, przy której lepiej mógł się zachować słaby w rewanżu Joao Cancelo.

Trzeci – dwie zmiany – wejście Lewandowskiego i Marcusa Rashforda – które ewidentnie zepsuły grę Barcelony.

Czwarty – faul na Norwegu i właśnie ta czerwona kartka.

Lewandowski wszedł na boisko w 68. minucie i nie była to udana zmiana. Oddał strzał głową, ale taki, który nie mógł zagrozić bramce Atletico. Można było odnieść wrażenie, że po wpuszczeniu Polaka i Anglika na boisko Barcelona nie była w stanie wciąż równie intensywnie naciskać rywala. Jeżeli ktoś doszedł do sytuacji i miał świetną okazję na doprowadzenie do dogrywki, to nie Lewandowski, a Ronald Araujo. Ale Urugwajczyk spudłował.

Reklama

Robert Lewandowski po meczu z Atletico

Robert Lewandowski po meczu z Atletico

Czy to był ostatni w karierze mecz polskiego napastnika w Lidze Mistrzów? Bardzo możliwe, bo według najnowszych informacji maleją szanse na jego pozostanie w Barcelonie. Jeśli tak, to szkoda, że nie pożegnał się z Champions League lepszym wynikiem i lepszymi występami, ale jednocześnie nie można zapominać, że mówimy o napastniku wybitnym. Jednym z najlepszych na tej pozycji w XXI wieku. Bilans „Lewego” w Lidze Mistrzów na dziś: 144 spotkania / 109 bramek. Fantastyczny.

Bardzo możliwe, że tak już zostanie.

Reklama

Hansi Flick był dumny z drużyny. Wie, że jego zespół po prostu musi tak grać

Pewnie słyszeliście, co powiedział Flick po spotkaniu na Metropolitano. Niemiec stwierdził, że jest dumny z postawy swojej drużyny i chciałby zawsze ją oglądać, prezentującą się  w ten sposób. Ten zespół pod jego wodzą nie będzie grał inaczej, bo po prostu nie ma zawodników do wyrachowanej i momentami defensywnej gry. Mam wrażenie, że gdyby Barcelona Flicka próbowała być w tym sezonie bardziej pragmatyczna, mogłaby nie wygrać żadnego trofeum.

Można się denerwować na ciągle bardzo wysoko ustawioną linię obrony i przekonywać, że nawet zespół pokroju Club Brugge potrafił to wykorzystać na poziomie Ligi Mistrzów. Można przytaczać statystykę, że wczoraj po raz piąty za kadencji Flicka w meczu Ligi Mistrzów jego zawodnik wyleciał z boiska i zawsze był to obrońca (po dwa razy Pau Cubarsi oraz właśnie Eric Garcia). Nie ma w tym przypadku, ale jednocześnie jest to wkalkulowane w wymagany styl gry.

Pamiętacie, by Barcelona Flicka w jakimś istotnym spotkaniu, chociażby przez jego część, grała defensywnie, wyczekiwała, wciągała przeciwnika na swoją połowę? Ja nie pamiętam.

Hansi Flick jak dotąd wygrał Ligę Mistrzów tylko raz, z Bayernem

Reklama

Hansi Flick jak dotąd wygrał Ligę Mistrzów tylko raz, z Bayernem

Weźmy Legię Marka Papszuna, w której grze widać powolny progres. Zespół z Warszawy idzie do przodu i nie wyobrażam sobie scenariusza, w którym nie utrzyma się w Ekstraklasie. Jednocześnie Legia gra brzydko i nawet jej wygrane spotkanie z Pogonią w Szczecinie, choć imponowała konsekwencją i solidnością w obronie, oglądało się dość ciężko. Ale Legia ma tak grać i punktować w ten sposób, bo Papszun – bardzo dobry trener na polskie warunki – ma świadomość, że ma w składzie raczej rzemieślników, a brakuje kreatywnych piłkarzy, robiących różnicę.

Barcelona – przy wszystkich jakościowych proporcjach – to przykład odwrotny. W tym sezonie okaże się najlepsza w lidze. W Pucharze Króla nie wyszło, choć w rewanżu na Camp Nou oglądaliśmy porywający futbol i było blisko doprowadzenia do dogrywki, mimo pierwszego spotkania, przegranego z drużyną Diego Simeone aż 0:4. W Lidze Mistrzów nie powiodło się i w ubiegłym sezonie, i w obecnym, bo Inter i Atletico to drużyny, które potrafiły dostosować się do stylu Barcelony i wykorzystać jej błędy. A poza tym miały w tych dwumeczach sporo szczęścia.

Szczerze? Niech Barcelona Flicka się nie zmienia. Dobrze, że konsekwentnie tak gra. Wolę zespół, który prezentuje się zgodnie z własnym DNA, sporo ryzykując, ale jednocześnie robiąc to świadomie. Wolę drużynę, która czasami przegra ważną rywalizację, ale będąc sobą, stwarzając sporo okazji i grając futbol, który musi się bardzo podobać.

Reklama

O to chyba chodzi w sporcie i piłce, prawda?

JAKUB RADOMSKI

WIĘCEJ O BARCELONIE NA WESZŁO:

Fot. Newspix.pl 

5 komentarzy
Jakub Radomski

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama