Domen Prevc o krok od historycznej wielkości. Polacy o kilometry

Sebastian Warzecha

24 stycznia 2026, 18:41 • 5 min czytania 4

Domen Prevc o krok od historycznej wielkości. Polacy o kilometry

Domen Prevc został mistrzem świata w lotach. Każdy się tego spodziewał, a Słoweniec już w trzeciej z czterech serii mistrzostw świata w lotach zapewnił nas, że tytuł padnie jego łupem. Przed nim jeszcze tylko igrzyska i jeśli i tam zdobędzie złoto, właściwie będzie miał wszystko. Prevc jest o jeden krok od bycia historycznie wielkim, gigantycznym skoczkiem. A Polacy? Polacy są kilometry od tego, by w ogóle o tej wielkości obecnie myśleć.

Reklama

Domen Prevc jest najlepszy. A Polacy nie są nawet w drugiej serii

Honor Polaków na mistrzostwach świata w lotach uratował Piotr Żyła. Bo faktycznie polatał, a co ważniejsze – polatał więcej niż raz. Żyła jako jedyny z naszych awansował do drugiej serii zawodów, a przez to – również do drugiego dnia. Polegli wcześniej Aleksander Zniszczoł (ponoć lotnik), Kamil Stoch (rekordzista Polski i jeden z niewielu skoczków, którzy fruwali w karierze ponad 250 metrów) i Dawid Kubacki (on ma usprawiedliwienie, lotnikiem nigdy nie był).

Reklama

Nawet najwięksi pesymiści nie mogli przewidzieć takiego obrotu spraw, serio.

Bo na lotach po pierwszej serii odpada tylko dziesięciu zawodników. Że w tym gronie znajdzie się aż trzech z czterech Polaków wydawało się wręcz niemożliwe. Ale tak się stało, a nasi zawodnicy udowodnili, że to nie ten sezon, nie ta forma, nie… no właściwie cokolwiek. Zniszczoł przecież jeszcze ani razu na najwyższym poziomie nie był w tym roku w drugiej serii! Miało się poprawić w Ruce, którą lubi. Potem w Wiśle. Potem wypadł z PŚ, a gdy wrócił, to ani w Sapporo, ani teraz na lotach nie udało się tej poprawy odnotować.

Stoch i Kubacki przynajmniej mają w karierze jakieś zasługi. Ich gorsze skoki teraz ich nie przykryją. Podobnie jak te Żyły, bo – mimo wszystko – 15. miejsce to nie jest szczyt ani jego, ani polskich marzeń. Polacy więc skakali w Oberstdorfie – a przed nami jeszcze, olaboga, konkurs drużynowy – gorzej, niż zakładali to kibice.

A Maciej Maciusiak w tle tego wszystkiego mówił, że na igrzyska Biało-Czerwoni pojadą po medale. I jasne, poza Stochem ruszą tam Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek, którzy nie pojechali na loty. Może trener wie coś, czego my nie wiemy. Ale przy okazji tak fatalnej zimy warto by jednak czasami – choćby ze zwykłej przyzwoitości – odpuścić sobie przesadny optymizm.

Bo wygląda on nie jak wiara w zawodników, a jak fragment kiepskiej jakości stand upu.

Domen? Gigant

Domen Prevc w tym sezonie to człowiek, który przeskoczy każdego rywala. Jasne, nie wygrywa każdego konkursu, ale mistrzostwa świata w lotach należą do niego. Wygrał je o niemal 60 punktów nad drugim Mariusem Lindvikiem. Podobną przewagę miał w Turnieju Czterech Skoczni. W Pucharze Świata ma niemal 500 punktów przewagi nad drugim Ryoyu Kobayashim.

Ma więc Złotego Orła za wygranie TCS-u. Ma mistrzostwo świata w lotach. Mistrzem świata – ale na standardowej wielkości obiektach – został rok temu. Kryształowa Kula też jest właściwie jego, bo nawet gdyby przestał startować w tym sezonie, to nie wiadomo, czy Ryoyu Kobayashi – którego forma faluje niesamowicie – by go „złapał”.

Brakuje tylko złota igrzysk. A igrzyska są za dwa tygodnie.

Domen Prevc w nieco ponad rok – od złota MŚ do końca tego sezonu – może wygrać wszystko, co w skokach jest do wygrania. A do tej pory dokonał tego tylko jeden skoczek, legenda tej dyscypliny, najlepszy zawodnik w dziejach – Matti Nykaenen. Adam Małysz na przykład nie ma złota igrzysk ani nawet jakiegokolwiek (!) medalu MŚ w lotach. Simon Ammann może mieć cztery tytuły mistrza olimpijskiego, ale nigdy nie wygrał Turnieju Czterech Skoczni. Stefanowi Kraftowi brakuje za to właśnie złotego medalu z olimpijskich zmagań. A Kamil Stoch ma medale wszystkich imprez, ale na MŚ w lotach był „tylko” drugi.

Domen – który przez lata był przykładem nie do końca spełnionego talentu, ale wielkiego lotnika – nagle może ich wszystkich pod tym względem pokonać. Byłaby to historia filmowa, bo wręcz nieprawdopodobna. I byłby to też jeden z najlepszych sezonów w dziejach, o ile nie najlepszy.

Niemniej, co by się nie stało, Domen już zapracował sobie na to, by określać go „gigantem”. Tej zimy jest najlepszy.

Nikt nie ma do niego podjazdu.

Obawy o jutro

Jak wspomniano – jutro konkurs drużynowy na mistrzostwach świata w lotach. I teraz tak: wiele krajów ma jednego, maksymalnie dwóch skoczków, którzy latać potrafią. Wiele krajów zresztą nie wysłało na MŚ w lotach nawet czwórki, bo brakowało im zawodników. Innymi słowy: Polacy powinni bez trudu wejść do drugiej serii. Przynajmniej na papierze.

Bo w rzeczywistości drżymy o to, czy to się uda.

Austriacy na pewno nas obskaczą. Tak samo Niemcy, Norwegowie, Japończycy i Słoweńcy. Nie zaskoczyłoby nas, gdyby zrobili to też Szwajcarzy, którzy zresztą byli od nas lepsi przed dwoma laty. Do tego dochodzą jeszcze Finowie i Amerykanie, którzy potencjalnie mogą nas zaskoczyć, jeśli któryś z naszych zawodników skok zawali. Czyli zebrało się osiem reprezentacji.

A wiemy też, że potencjał na to zawalenie jest całkiem spory. Wczorajszy występ Polaków nam to udowodnił.

Przy tej okazji cofnijmy się w czasie: jest rok 2010 i Polacy są o krok od tego, żeby stanąć na podium MŚ w lotach w drużynie. Kończą na 4. miejscu. Osiem lat później wreszcie się udaje – jesteśmy trzeci. Tak samo było w 2020 roku. To nasze dwa medale. Potem było piąte miejsce, też niezłe.

A dwa lata temu już ósme. O krok od wielkiej wpadki.

W tym sezonie ta wielka wpadka wreszcie może nadejść. Nasze skoki się popsuły i są po prostu słabe. Ale nasze loty w tym momencie zdają się nie istnieć.

I obyśmy jutro nie dostali tego potwierdzenia.

Czytaj więcej o skokach na Weszło:

Fot. Newspix

4 komentarze

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama