Wchodząc na jakąś stronę z wynikami koło godziny 21:00, część z kibiców piłkarskich mogła się zdziwić, że środowe granie w europejskich pucharach zaczęliśmy już o 16:30. Ci, którzy przegapili spotkanie Stade Rennais z Olympiakosem, nie mają jednak czego żałować. Mecz okazał się paździerzem, a w całą tę mizerię wpisał się niestety Sebastian Szymański.
Szymański i spółka rozczarowali
Początek spotkania przypominał to, co oglądaliśmy przy okazji innego meczu Olympiakosu – tego z Jagiellonią Białystok. Francuzi początkowo wyglądali jak podopieczni Adriana Siemieńca – popełniali mnóstwo błędów w rozegraniu i nie byli też nieomylni w defensywie.
W tym pierwszym „imponował” niestety Sebastian Szymański. Dość powiedzieć, że pierwszą część spotkania zakończył z aż jedenastoma stratami (przy 26 kontaktach). Już pierwsze 50 sekund pokazało, że to może nie być najlepszy mecz w wykonaniu Polaka. Pomocnik Rennes przepuścił zagrywaną do niego futbolówkę, co zakończyło się przechwytem jednego z graczy gości na połowie francuskiej ekipy. A chwilę później z bliska niecelnie uderzał Gonzalez.
Skoro przy Szymańskim jesteśmy, to przytoczmy garść statystyk. Zero udanych dryblingów (dwie próby) i zero wygranych pojedynków (na cztery stoczone). Z drugiej strony zaliczył aż pięć odbiorów. Z kolei po stałych fragmentach gry miał na koncie dwa kluczowe podania i jeden niecelny strzał.
Najpierw po jego dośrodkowaniu z rzutu wolnego piłka szczęśliwie doszła do Rouaulta, który intuicyjnie dotknął futbolówki piętką, a Ortega na wszelki wypadek sparował piłkę nad poprzeczkę. Później po centrze z rzutu rożnego do futbolówki dopadł Cresswell, który główkował celnie, ale zbyt słabo, by zaskoczyć golkipera gości. Z kolei pod koniec pierwszej części Szymański oddał kompletnie nieudany strzał z rzutu wolnego.
A i jeszcze z trzy czy cztery razy leżał na murawie. Sędzia jednak nie dopatrzył się na nim ani jednego faulu.
Bywały lepsze połowy w wykonaniu Polaka, szczególnie ostatnimi czasy. I chyba to uratowało go przed zjazdem do bazy w przerwie – trener liczył, że będzie lepiej.
Było, ale nie na tyle, żeby pozostał na murawie. Po czternastu minutach drugiej części został zmieniony, choć tuż przed zejściem popisał się sprytnym podaniem do Tamariego, po którym napastnik Rennes uderzył niecelnie.
Ale nudy…
Wróćmy jednak do meczu, choć on sam nie porwał postronnych widzów. Z ciekawszych akcji można wyróżnić po jednej celnej próbie z obu stron z ostrego kąta (Puerta i Tamari) oraz samobójcze trafienie Bruno, które nie zostało uznane przez sędziów ze względu na pozycję spaloną jednego z napastników Rennes.
Pisząc najkrócej jak się da, w pierwszych dwudziestu minutach zarysowała się wyraźna, wręcz zaskakująca przewaga Olympiakosu, a potem mecz nam zmarniał.
O drugiej połowie nie ma nawet za bardzo co pisać. Poza szansą wykreowaną przez Polaka tuż przed jego zejściem nie wydarzyło się nic ciekawego. No dobra, były niby główki Martinsa czy Jaremczuka, a po stronie gospodarzy kilka zrywów Tamariego, ale w niektórych pomeczówkach nawet byśmy tego nie wyróżniali. Obejrzeliśmy po prostu totalny paździerz.
(Dziękuję w tym miejscu bramkarzowi Olympiakosu, że wybronił precyzyjny strzał Rongiera w 91. minucie, przez który cała ta narracja nie poszła do kosza).
I tylko zmarzniętych kibiców żal, a wśród nich był Przemysław Frankowski, który nie znalazł się w kadrze meczowej Rennes.
Stade Rennais – Olympiakos 0:0 (0:0)
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix