Dariusz Mioduski przerwał milczenie. Niestety

Paweł Paczul

04 lutego 2026, 10:28 • 6 min czytania 13

Dariusz Mioduski przerwał milczenie. Niestety

Dariusz Mioduski udzielił wywiadu, co nigdy nie jest dobrą wiadomością dla Dariusza Mioduskiego, bo on przecież najlepiej wypada w mediach, gdy go w nich nie ma. Zapewne jeszcze lepiej by się prezentował, gdyby wybrał milczenie jako osoba prywatna, a nie właściciel Legii, ale cóż – facet najwyraźniej nie ma litości. Po pierwsze więc gada, a po drugie gada jako wciąż sternik klubu, którym regularnie próbuje zatonąć, no i są z tej paplaniny – jak i z rządzenia – same problemy.

Reklama

Tym razem Mioduski wypowiedział się na łamach beIN Sports, jakby sądząc, że jeśli przetłumaczy się jego wypowiedzi na angielski (wywiad robił polski dziennikarz, Filip Zieliński), to on sam wypadnie mądrzej.

Cóż – nic z tego.

Reklama

Istnieje jeszcze teoria, że Mioduski poszedł tam, bo spodziewał się, że media kolegi nie zrobią mu krzywdy:

Ale po pierwsze nie wolno być na tyle złośliwym, by wierzyć w takie historie, po drugie, nawet jeśli Mioduski założyłby gazetę, która nazywałaby się Głos Mioduskiego, a potem udzieliłby wywiadu redaktorowi naczelnemu Mioduskiemu, to i tak tę krzywdę by sobie zrobił. Naprawdę – dla niego jedynym punktem prasowym powinien być najbliższy kiosk, gdzie grałby z ekspedientem w króla ciszy.

W każdym razie rozmowa zaczyna się od tego, że Mioduski opowiada o swoim wyjeździe z komunistycznej Polski do Stanów, o studiach na Harvardzie, graniu w koszykówkę z Obamą (a jakże) i tego typu rzeczach. Swoją drogą można się zastanowić, dlaczego czytelników beIN Sports niby miałyby zainteresować losy właściciela polskiego klubu z dołów tamtejszej ekstraklasy, ale dobrze, może to jest jakaś nisza.

W każdym razie dalej Mioduski rozważa między innymi o trudnym sezonie Legii i mówi tak: – W sporcie wszystkie elementy muszą do siebie pasować, bo inaczej cała struktura zaczyna się chwiać. Dlatego uznaliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na błędną decyzję dotyczącą stanowiska trenera i zdecydowaliśmy się zatrudnić Marka Papszuna.

Jest to niesamowita wręcz refleksja: Mioduski po ponad 10 latach w klubie doszedł do wniosku, że lepiej zatrudniać dobrych trenerów, a nie słabych. „Uznaliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na błędną decyzję dotyczącą stanowiska trenera”. To musiała być naprawdę ciekawa narada – to znaczy ktoś rzucał, a może weźmy misia Yogi, ktoś inny odbijał piłeczkę, że nie, nie, lepiej Krzyśka Pieczyńskiego i wtedy wkroczył on, Mioduski, który stwierdził: panowie, nie możemy sobie pozwolić na błąd.

I wszyscy z uznaniem pokiwali głowami: faktycznie…

Ha, ale skoro ta narada mogła wyglądać tak, to jak wyglądały te, kiedy Legia mogła popełniać błędy? Trener od kobiet? Bierzemy! Trener, co nigdy nie był trenerem? Pewnie! Trener-furiat, który nigdzie nie może zagrzał miejsca? Jasne, trzyletni kontrakt! Gołębiewski, Astiz? No jak nie, jak tak!

Wtedy przecież Legia miała pełne prawo do robienia błędów. Ale to się zmieniło. Mioduski dojrzewał do tego dekadę, ale ostatecznie dojrzał – nie, panowie, koniec tego, bierzemy trenera. Cóż, czytelnicy beIN Sports jednak mogą być zszokowani.

Dariusz Mioduski w beIN Sports. Brednie, bajki, głupoty

Mioduski mówi też: – Moja długoterminowa wizja jako właściciela Legii opiera się na dwóch filarach: dominacji sportowej oraz kompleksowym rozwoju organizacyjnym.

To byłoby bardzo mądre i ciekawe zdanie, gdyby Mioduski rządził Legią miesiąc. Pół roku. No, nawet rok. Ale jak wiemy – rządzi trochę dłużej. I wiele można powiedzieć o jego wizji, ale nie to, że jej filarami jest dominacja sportowa (Legia po sytych latach stacza się w strasznym tempie), ani też nie to, że rozwój organizacyjny jest kompleksowy, bo choćby dyrektorzy sportowi zmieniają się jak rękawiczki, klub miewa problemy finansowe, skoro zdarzało mu się zaliczyć obsuwy w wypłatach i tak dalej, i tak dalej.

Innymi słowy równie dobrze podobne historie mogą opowiadać bracia Mroczek, którzy stwierdzaliby, że filarami ich kariery są holywoodzkie produkcje i praca z najlepszymi reżyserami. Ale właśnie: nie powiedzieli tak, ponieważ nie chcą się wydurniać, a Mioduski jakoś opowiada, gdyż najwyraźniej wydurniać się lubi.

Dlaczego, po co – nie wiadomo. Ale lubi.

No bo też jak inaczej odbierać takie słowa: – Dla mnie celem na koniec sezonu jest znalezienie się w czołówce tabeli i zrobienie wszystkiego, aby zakwalifikować się do europejskich pucharów, ale w tej chwili absolutnym priorytetem jest skupienie się na każdym meczu, aby odwrócić sytuację sportową.

Można odnieść wrażenie, że do Mioduskiego niespecjalnie dociera, co się dzieje. Oczywiście tabela jest płaska, ale nawet do podróży po tak płaskim terenie potrzeba zwycięstw. Legia nie wygrała żadnego meczu w lidze w październiku, listopadzie i grudniu. W lutym też jeszcze nie, a jedna szansa już była. Tymczasem Mioduski radośnie opowiada o europejskich pucharach. Nawet jeśli to w jakikolwiek sposób możliwe, trzeba mieć trochę wyczucia.

Zresztą – niech wypowie się Marek Papszun. On po spotkaniu z Koroną powiedział tak: – Nie możemy myśleć o europejskich pucharach, ponieważ jest to naiwne. Liga jest bardzo wyrównana – nie ma faworytów, jest walka – niedługo będzie to walka o życie, a nie europejskie puchary. 

Czy właściciel słyszy, co mówi trener, czy na planetę Mioduskiego – bo coraz trudniej wierzyć w to, że nie jest kosmitą – rozsądek nie dociera?

Dobre jest jeszcze to: – Nie mam wątpliwości, że jesteśmy w punkcie zwrotnym dla polskiej piłki. A Legia jako największa polska marka klubowa i sportowa najbardziej skorzysta na tych trendach i zmianach.

Na razie wygląda na to, że rosnący poziom Ekstraklasy może Legię z tej Ekstraklasy wypchnąć, ale dobra, uznajmy, że się utrzyma. Pytanie – skąd Mioduski bierze przekonanie, że jego klub najbardziej skorzysta na trendach i zmianach? Co teraz ma Legia, co takiego wnosi do tej ewolucji, że miałaby być największym beneficjentem progresu naszej piłki? Dlaczego nie miałby być nim na przykład Raków, Jagiellonia czy ktoś inny? Dlaczego musi być to Legia? Bo Mioduski tak zarządził? Cóż, jeśli tak, to Mioduski wiele w swoim prezesowsko-właścicielskim życiu już zarządził, a potem rzeczywistość miała inne zdanie.

On jest jak gość, który śpiewa pod prysznicem i wyobraża sobie, że słuchają go miliony. Albo gorzej: jak facet, który strzela z łuku do drona, bo się boi.

Nasza piłka idzie do przodu, rozwija się, a Mioduski stoi w miejscu. Rozmyśla o triumfach, sukcesach, o tym jak buduje wielką Legię, jak jest wizjonerem, królem, wielkim myślicielem, zbawcą całej Warszawy. I nic sobie z tego nie robi, że jest regularnie ściągany za nogawkę na ziemię, gdzie wszyscy mu pokazują: zobacz, jaki bajzel, zobacz, jak gnijemy. On patrzy, ale wzrusza ramionami i wraca do góry. Tam, gdzie jest wielki, tam, gdzie wszystko mu wychodzi.

Gdyby Mioduski pisał bajki dla dzieci mógłby być naprawdę poczytnym autorem. Ma wyobraźnię. Niestety jest właścicielem klubu i to nie bajka, tylko koszmar.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

 

 

 

 

13 komentarzy

Na Weszło pisze głównie o polskiej piłce, na WeszłoTV opowiada też głównie o polskiej piłce, co może być odebrane jako skrajny masochizm, ale cóż poradzić, że bardziej interesują go występy Dadoka niż Haalanda. Zresztą wydaje się to uczciwsze niż recenzowanie jednocześnie – na przykład - pięciu lig świata, bo jeśli ktoś przekonuje, że jest w stanie kontrolować i rzetelnie się wypowiedzieć na tyle tematów, to okłamuje i odbiorców, i siebie. Ponadto unika nadmiaru statystyk, bo niespecjalnie ciekawi go xG, półprzestrzenie czy rajdy progresywne. Nad tymi ostatnimi będzie się w stanie pochylić, gdy ktoś opowie mu o rajdach degresywnych.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Reklama