Piłkarz Liverpoolu docenił Paulo Sousę. „Miał na mnie największy wpływ”

Marcin Ziółkowski

06 czerwca 2026, 12:17 • 4 min czytania 0

Reklama
Piłkarz Liverpoolu docenił Paulo Sousę. „Miał na mnie największy wpływ”

Choć w ubiegłym sezonie został mistrzem Anglii to jest co nieco zapomnianym zawodnikiem. W swojej ojczyźnie nadal jednak jest postacią cenioną. Federico Chiesa, który ostatnie dwa lata spędził w Liverpoolu na uboczu wypowiedział się na wiele tematów w La Gazzetta dello Sport. Skrzydłowy z Genui wrócił m.in. do tematu odejścia z Liverpoolu oraz początków w profesjonalnym futbolu. W tym wątku nie zabrakło postaci Paulo Sousy.

Reklama

Chiesa chce grać więcej. Marzy o powrocie do Juventusu

Federico Chiesa nie może do końca uznać liverpoolskiego epizodu za udany. Chociaż w 2025 roku został mistrzem Anglii to przez dwa lata notorycznie nękany jest przez kontuzje, a jeśli już jest dostępny – Arne Slot często pomijał go w selekcji. Nie mniej jednak, były piłkarz Fiorentiny i Juventusu ma nadal nadzieję, że jego kariera wróci na właściwe tory.

Nie brakowało głosów, które krytykowały Chiesę za brak obecności na marcowym zgrupowaniu włoskiej kadry. Azzurri w finale baraży o MŚ ulegli Bośni i Hercegowinie po rzutach karnych, przez co trzeci raz z rzędu zabraknie ich na turnieju tej rangi. Zawodnik Liverpoolu powiedział jednak, że znów miał problem natury zdrowotnej.

Chciałby też odgrywać znacznie większą rolę jako piłkarz. Dla Liverpoolu wystąpił we wszystkich rozgrywkach w 50 meczach, ale składa się na to niecałe 1200 minut. Poniekąd da wyczuć się tutaj pewną szpilkę do wspomnianego już holenderskiego szkoleniowca. W Premier League w 2 sezony zanotował on zaledwie 422 minuty w 32 meczach. Daje to średnio 13 minut na jeden występ Włocha.

Reklama

– Gattuso już o tym mówił, za co mu dziękuję. To fantastyczny człowiek, to rzadko spotykane w futbolu. Niestety, po przybyciu do Coverciano okazało się, że mam kolejny problem zdrowotny. Po konsultacjach z lekarzami pauzowałem przez 1,5 tygodnia. Wiem, że ludzie myślą wtedy o innych sprawach, ale chciałem tylko przypomnieć, że ja wygrywałem z tą reprezentacją. Niektórzy o tym zapominają.

– Od pewnego czasu nawet nie komentuję bezsensownych obelg, które czytam w social mediach. (…) Karnych z Bośnią nawet nie oglądałem, byłem spięty. Musimy w Coverciano patrzeć przed siebie. Chcę znów być kluczowym piłkarzem, ale do tego potrzebuję więcej niż 1000 minut w sezonie dla mojego klubu. Z taką porcją minut, nikt mnie nie będzie chciał.

– Powtórzę się, ale chciałbym po prostu grać. Jeśli nie znajdę regularności w Premier League, muszę spojrzeć na inną ligę. Mało co grałem w pierwszym roku w Liverpoolu, a w poprzednim – bardzo mało. Pojadę na obóz treningowy do Stanów Zjednoczonych z nowym trenerem Andonim Iraolą i zobaczymy co będzie dalej.

Reklama

Nawiązał on też do bolesnego rozstania z Juventusem. Powiedział, że gra w Turynie nigdy nie była dla niego kwestią pieniędzy.

– Chciałbym wrócić do Juventusu, nigdy bym nie odszedł. Powiedziano, że chciałem sporo pieniędzy, ale prawda jest inna. Nigdy nie otrzymałem oferty przedłużenia umowy, nawet nie było żadnych dyskusji. Giuntoli i Thiago Motta powiedzieli mi: Fede, nie potrzebujemy Cię, poszukaj sobie klubu. Miałem farta, bo mój nowy początek był w jednym z pięciu najlepszych klubów świata. Juventus zawsze jednak jest w moim sercu i chciałbym tam wrócić. Nigdy z mojej strony nie było, i nie będzie, potrzeby rozmawiania o pieniądzach pod kątem tego klubu.

Reklama

Chiesa, mimo wielu pochwał ze strony Luciano Spallettiego, uznaje Paulo Sousę za najważniejszego trenera dla jego kariery. Warto tutaj przypomnieć, że Portugalczyk, którego kadencja nad Wisłą w roli selekcjonera pozostawiła słodko-gorzki smak, był odpowiedzialny za danie szansy nastoletniemu Chiesie. To właśnie on jako pierwszy postawił na „syna znanego ojca”.

Dziękuję mu za to [Spalletti porównał niedawno Chiesę do Jannika Sinnera – MZ]. On zawsze szuka różnych rozwiązań, jak Roberto Mancini. Mimo to największy wpływ na moją karierę miał Paulo Sousa. Byłem dzieciakiem we Florencji, a on powiedział mi, abym po prostu wyszedł na boisko i grał. To było dla mnie bardzo ważne. Miałem w swojej karierze wielu dobrych trenerów, bo jeszcze Stefano Piolego i Maxa Allegriego. Max był przesądny.

Fot. Newspix

Reklama
0 komentarzy
Marcin Ziółkowski

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama