W narracji kreowanej przez działaczy Legii Warszawa – na czele z właścicielem klubu – od lat dominuje paplanina o długofalowych koncepcjach i strategicznych planach, mająca zapewne w zamierzeniu tuszować nieudolność w bieżących działaniach i zapowiadać postępy w trudnej do określenia przyszłości. Zderzenie korpogadki z rzeczywistością jest jednak dla kierownictwa Wojskowych brutalne. Świetnie to obnażył Przemysław Zych w naszym materialne poświęconym akademii Legii, która najlepiej wygląda właśnie w bajaniach kierownictwa klubu.
Jest to tym bardziej obciążające dla szefostwa Legii, że właśnie rozwój akademii miał być rzekomo ich oczkiem w głowie.
– Budowa ośrodka Legia Training Center to fundament strategii rozwoju Legii. Naszym celem jest nie tylko umacniać się na pozycji najlepszego klubu w Polsce, ale także konsekwentnie budować pozycję Legii w Europie i dołączyć do europejskiej elity klubów piłkarskich. Chcemy szkolić zawodników, którzy zagrają w pierwszej drużynie Legii, innych klubach Ekstraklasy i w czołowych klubach europejskich. Stworzenie ośrodka treningowego było moim marzeniem i jednym z priorytetów od pięciu lat – zapewniał w 2019 roku Dariusz Mioduski, dla którego LTC było bez wątpienia sztandarowym projektem. Perłą w koronie.
Tworzył akademię Legii, wskazuje problemy. „Brakuje spójnego modelu”
Legia nie ma modelu gry. Tyle na temat strategicznego podejścia
No ale mijają kolejne lata, centrum treningowe dawno powstało, a tymczasem akademia wciąż nie dostarcza do pierwszej drużyny graczy, którzy w liczbie przynajmniej dwóch-trzech jednocześnie odgrywaliby w niej fundamentalną rolę. Legia niezmiennie opiera swoją kadrę na zawodnikach ściąganych do klubu z zewnątrz, często zresztą pozbawionych potencjału sprzedażowego. Nawet na polskim podwórku trudno zatem traktować Wojskowych jako klub wybitnie szkolący i promujący wychowanków, a co dopiero mówić o arenie europejskiej. Nieliczne szkoleniowe i sprzedażowe sukcesy – na przykład transfer Jana Ziółkowskiego do Romy – są raczej dziełem przypadku niż efektem działań strategicznych. Ponieważ, jak tłumaczy Przemysław Zych, w Legii żadnej poważnej strategii po prostu nie ma.
Model gry? A po co to, a komu to potrzebne, a dlaczego?
– Kiedyś były takie plany, próby uporządkowania tematu. Pamiętam choćby, że w 2017 roku były takie spotkania. W 2021 roku powstał dokument, który miał być drogowskazem odnośnie stylu gry całego klubu. Może nie był idealny, ale pokazywał, w którą stronę powinna iść drużyna, która chce dominować. Podpisali go dyrektor sportowy, szef skautingu, trener, dyrektor akademii i członkowie zarządu. Fragmenty wieszaliśmy na ścianach akademii. Tyle że po kilku miesiącach z grona ludzi, którzy go podpisali, w klubie był już tylko prezes i ustalenia stały się martwe. Akademii trudno jest przewidzieć, jakiego zawodnika ma wyprodukować na za pięć lat, gdy nie wie, jakiego stylu będzie wymagał pierwszy zespół. W tej sytuacji musimy tak przewidywać przyszłość, żeby tworzyć na tyle wszechstronnych zawodników, by jakoś dopasowali się do każdej wizji. To jest niełatwe, bo profil trenerów zmienia się w Legii bardzo często – opowiada Zych.
„Nie wystarczy zbudować boiska, postawić ściany… W wielu klubach w ostatnich latach brakuje pomysłu i odwagi, żeby postawić na zawodników, którzy się w tych lepszych warunkach wychowali. W Polsce robią to Jagiellonia, Lech, Stal Rzeszów… To zbyt mało”
Przemysław Zych dla Weszło
Brak spójnego modelu, który określałby priorytety trenerów akademii, mówi o „strategicznym” myśleniu władz Legii w zasadzie wszystko. No ale właściwie czemu miałoby być inaczej? Za samodzielnych rządów Dariusza Mioduskiego szkoleniowcami Wojskowych zostawali już przecież Romeo Jozak, Dean Klafurić, Aleksandar Vuković, Ricardo Sa Pinto, Czesław Michniewicz, Marek Gołębiewski, Kosta Runjaic, Goncalo, Feio, Edward Iordanescu i Inaki Astiz. Większość z wymienionych to trenerzy z zewnątrz, wybierani na podstawie palącej potrzeby chwili, jakichś nagłych impulsów i wymysłów. Znajdziemy wśród nich szajbusów, trenerów niebędących trenerami, specjalistów od piłki kobiecej, kompletnych trenerskich żółtodziobów. Nie ma tu żadnej myśli przewodniej.
Co oczywiście bezpośrednio przekłada się na akademię, która próbuje kształtować piłkarzy z myślą o pierwszej drużynie, mimo że tak naprawdę nikt w Legii – włącznie z pionem sportowym – nie jest w stanie zagwarantować, że pierwszy zespół za pół roku będzie grał taki sam futbol, jaki gra dziś.
A teraz to Legia nawet nie wie, czy w przyszłym sezonie będzie jeszcze występowała w Ekstraklasie.

Fredi Bobić podpisał kontrakt na rok. I rozdaje karty
Wiadomo, obecnie na ławce trenerskiej zasiada Marek Papszun i to jego taktyczne preferencje mają się stać przy Łazienkowskiej najważniejsze. Nielubiany przez niego Marek Śledź zdążył już zresztą opuścić fotel dyrektora akademii i znaleźć zatrudnienie w Koronie Kielce. Ale wielu „trenerów na lata” już przecież w Legii obserwowaliśmy. Wytrzymywali na ogół „do lata”. – Pomysł Marka Śledzia był bardzo wyraźny, czarno-biały. Pozwolono mu go wdrażać, wymieniać wykonawców. Sporo doświadczonych osób odeszło, po czym w połowie drogi odszedł i on – tłumaczy Przemysław Zych. – Jak się na to spojrzy z lotu ptaka, to jest to trochę niezrozumiałe. Albo stawiasz na to, że masz dyrektora z konkretnym stylem i wykonawcami jego idei, albo stawiasz na doświadczonych trenerów.
Okazuje się, że obecnie na przykład w kwestiach związanych ze skautingiem karty w klubie rozdaje Fredi Bobić, który podpisał z Legią krótki kontrakt i na razie jako Head of Football Operations wsławił się głównie tym, że jest współarchitektem jednego z najgorszych sezonów w całej historii stołecznego klubu.
– Nie może być tak, że ten sam aspekt co chwilę wygląda inaczej – zaznacza Zych. – Na przykład skauting młodzieżowy. W 2016 roku powstał raport, który wykazał, że powinien podlegać dyrektorowi akademii, aby zwiększyć efektywność. Ivan Kepcija to rozumiał, rozdzielił skauting młodzieżowy i skauting pierwszego zespołu. Ivan odszedł, skauting połączono. Marek Śledź go rozdzielił, przez trzy lata to działało dobrze, na korzyść akademii. Natomiast pod koniec zeszłego sezonu Fredi Bobić znowu ten skauting połączył… […] Szefem skautingu jest teraz Piotr Zasada, który działał w skautingu akademii, więc przez jakiś czas uda się to pewnie rozmasować, ale już mamy nowego dyrektora akademii, zaraz mogą być zmiany w pionie sportowym i wracamy do punktu wyjścia.
Przepiękne.
Bobić pożegna się z Legią raczej prędzej niż później, to więcej niż prawdopodobne, więc wisienką na torcie byłoby, gdyby po jego odejściu skauting młodzieżowy ponownie rozdzielono od skautingu pierwszej drużyny. Karuzela „strategicznych decyzji” nie może się przecież zatrzymać.
– Legii brakuje trzech kluczowych rzeczy – wylicza Zych. – Pierwsza – spójny model gry akademii i pierwszego zespołu na wiele lat do przodu. Druga – odgórnie ustalony, przestrzegany podział ról, obowiązków, zadań. Trzecia – wyciąganie wniosków, nauka na swoich błędach. Wracamy do przykładu zmian w strukturze skautingu. Jeśli Legia to ogarnie – wciąż może być dobrze. Przypomnijmy, że era dominacji Legii, która właśnie się zakończyła, rozpoczęła się, gdy brakowało pieniędzy, a szansę gry dostali wychowankowie: Dominik Furman, Rafał Wolski, Daniel Łukasik. Jeśli obecna sytuacja nie będzie początkiem wykorzystania akademii i wdrożenia młodych zawodników, ale tak już na dobre i w sposób regularny, to chyba ten moment już nie nastąpi.

W Legii dominuje chaos. Dariusz Mioduski jest jego twarzą
Wszystko to wygląda naprawdę absurdalnie, ponieważ akademia Legii – zamiast stanowić motor napędowy klubu i być źródłem gotówkowych zastrzyków z tytułu sprzedaży wypromowanych w Ekstraklasie i europejskich pucharach wychowanków – staje się wręcz… kolejnym obciążeniem dla Wojskowych.
Trenerzy pierwszego zespołu nie zdążą pewnie nawet dobrze się przyjrzeć młodzieżowym rocznikom, a już ich w klubie nie ma. Kolejni dyrektorzy akademii wdrażają swoje pomysły w życie, ale zanim doczekają się pierwszych efektów (po, dajmy na to, pięciu latach), pracują już w innych klubach. Z kolei działacze pionu sportowego znajdują się pod taką presją robienia wyniku „na już”, by uniknąć finansowego kataklizmu i kolosalnej budżetowej dziury, że z kalkulacji zawsze im w ostatecznym rozrachunku wychodzi, iż lepiej postawić na ogranego w europejskiej piłce 28-latka niż na „swojego” 18-latka, choćby i takiego z niebagatelnym potencjałem.
Walukiewicz, Łakomy, Peda, Mosór, Potulski…
Nie ma przypadku z tym, że wielu juniorów szybciutko zmyka z Legii, nie widząc w niej dla siebie pola do rozwoju.
Przemysław Zych nie wskazuje oczywiście palcem na tego, kto odpowiada za to, że przepływ talentów między akademią a pierwszą drużyną Wojskowych ledwie działa. Pewnie różne drobne zarzuty można by postawić kolejnym dyrektorom czy trenerom. Jest jednak przy Łazienkowskiej jedna, jedyna osoba, która cały ten chaos od lat swoim nazwiskiem firmuje. Osoba, która uwielbia opowiadać o długofalowych projektach. – Moja długoterminowa wizja jako właściciela Legii opiera się na dwóch filarach: dominacji sportowej i wszechstronnym rozwoju organizacyjnym – bajdurzył niedawno Dariusz Mioduski w rozmowie z beIN Sports.
Chciałoby się rzec: klasyka gatunku. Dariusz Mioduski uwielbia pozować na wizjonera, który kolejne posunięcia w Legii planuje z wyprzedzeniem niczym wytrawny szachista. W rzeczywistości jego rządy przypominają jednak raczej grę w ruletkę. I to w wykonaniu pechowca.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Dariusz Mioduski przerwał milczenie. Niestety
- Mocne słowa o piłkarzu Legii. „To napastnik na Serie C”
- Brak porażek nie przykrywa problemów. Legia walcząca o oddech
fot. Newspix.pl