Kamil Wójcik, arbiter zdyskwalifikowany na dwa lata, przedstawił nam w długim wywiadzie swoją wersję afery SMS-owej i szerokiego tła, które ją poprzedziło. To wywiad z gatunku tych, które trzeba rozchodzić. Stężenie działaczostwa, kolesiostwa i dziwnych historii ukazujących PZPN jako organizację skostniałą do granic przekracza dopuszczalne normy.
Z tej rozmowy wyłania się szokujący obraz kultury organizacyjnej panującej w piłkarskim związku. PZPN jawi się jako miejsce przesiąknięte kumoterstwem, w którym nie można być opozycją. Jeśli ośmielisz się wystąpić przeciwko układowi, bardzo szybko cię przemielą, wyplują i jeszcze zrobią z ciebie wariata. Organizacja, która wyciera sobie gębę etyką, a w rzeczywistości wyciąga wielką aferę tylko po to, żeby udupić niewygodnego człowieka.
Gdybym miał włosy, stanęłyby mi dęba.
Zaznaczałem to wielokrotnie podczas rozmowy i zaznaczę raz jeszcze: sam czyn Kamila Wójcika – przekazanie dalej wiadomości od Adriana Siemieńca, ale też wyjątkowo luźne instruowanie trenera Jagiellonii Białystok, co należy zrobić w takiej sytuacji – zasługuje na potępienie i jest nie do obrony. To nieuprawniony kontakt, przekraczający wszelkie granice relacji, jaka powinna panować pomiędzy szkoleniowcem a arbitrem.
Nie zamierzam bronić w tej kwestii sędziego ani żadnego z pozostałych bohaterów afery SMS-owej. Zresztą sam Wójcik w naszej rozmowie również nie próbował się wybielać: przyznawał, że czuje się winny. Kara powinna być i co do tego mamy jasność.
Jedną sprawą jest jednak to, że Wójcik powinien zostać ukarany, a drugą – wysokość tej kary. Dwa lata zawieszenia dla Wójcika wobec półtora miesiąca dla Siemieńca jasno pokazują, o co w tej historii chodziło od samego początku.
Mamy człowieka, który ośmielił się wystąpić przeciwko układowi: zgłosił swoją kandydaturę na stanowisko szefa sędziów i zaczął zbierać poparcie. Przewodniczący Kolegium Sędziów od lat wywodzą się przecież z jednego układu. Był Przesmycki, następnie Mikulski, czyli człowiek Przesmyckiego, a teraz jest Szulc, czyli człowiek Mikulskiego i Przesmyckiego. Czy ci ludzie dobrze wykonują swoją robotę? Wystarczy zobaczyć, w jakim miejscu znalazło się dziś polskie sędziowanie. Chyba nie trzeba tego szerzej rozwijać.
🚨Komisji Ligi wydała wyrok:
A. Siemieniec – 6 meczów zawieszenia i 100 tys zł grzywny,
P. Raczkowski – 50 tys zł grzywny,
A. K. Wójcik – 2 lata bezwzględnego zawieszenia w polskiej piłce.
Czyli największą kara dla tego, który… odpisał na smsa. Tylko ja czegoś nie rozumiem?
— Wojciech Górski (@Woj_Gorski) October 2, 2026
Dlatego Wójcik, jako świeża postać, szybko zaczął zbierać poparcie środowiska. Ostatecznie przegrał jednak wyścig o posadę, a potem zaczęły się wokół niego prawdziwe cyrki.
Wójcik twierdzi, że bezpodstawnie zabierano mu mecze, przez co nie mógł wykonywać swojej pracy, a więc zarabiać pieniędzy. Jego zdaniem nie miało znaczenia, czy był w formie. Wmawiano mu kontuzję, przeinaczając jego słowa. Ignorowano jego maile. Według jego relacji Cezary Kulesza zaprosił go na spotkanie do PZPN, po czym uciekł z siedziby związku i przez kilka godzin nie odbierał telefonu. Następnie oddzwonił, tłumacząc, że musiał pilnie wyjść i… zostawił telefon w biurze.
Jak opowiada Wójcik, wypuszczano też do dziennikarzy historie, które miały go skompromitować, ale ci ich nie podejmowali, widząc, jak to śmierdzi. Aż wreszcie wprost go zastraszano. Pogróżki miał otrzymać w wiadomości głosowej od jednego z członków Kolegium Sędziów.
To obraz instytucji niezdolnej do tolerowania sprzeciwu i zaakceptowania, że ktoś może mieć inne zdanie. Instytucji, która mści się za „nieposłuszeństwo”. Tylko na czym to nieposłuszeństwo polega? Na tym, że chcesz coś zmienić i głośno mówisz o swojej ambicji zostania szefem sędziów? To jest nieposłuszeństwo?
Brzmi to jak opowieść o białoruskim związku piłki nożnej, a przecież chodzi o nasz, polski, z siedzibą przy Bitwy Warszawskiej. Nie można jednak być w PZPN opozycją, bo takich ludzi się niszczy.
Wójcik: W pewnym momencie koledzy sędziowie zauważali, że jest mnie coraz mniej w obsadach na mecze i Szymon Marciniak, żeby mi pomóc finansowo, na przykład wziął mnie na mecz do Arabii Saudyjskiej. https://t.co/sPIor4b9Ne
— Weszło! (@WeszloCom) October 4, 2026
Nie są to warunki sprzyjające merytorycznej debacie o polskiej piłce. Być może ta historia odpowiada też na pytanie, dlaczego Cezary Kulesza nie miał w ostatnich wyborach żadnego kontrkandydata. Widzimy jak na dłoni, co mogłoby się z takim człowiekiem stać.
Mamy więc brutalną zemstę za to, że ktoś ośmielił się ubiegać o posadę. W tej historii jest jednak jeszcze drugi wątek, z mojej perspektywy szokujący. Szereg uporczywych, długotrwałych, pozornie subtelnych działań – Wójcik opowiada o nich szczegółowo w naszej rozmowie – doprowadził do tego, że sędzia poczuł się mobbingowany przez władze Kolegium Sędziów.
Postanowił za wszelką cenę doprowadzić do spotkania z Cezarym Kuleszą i u niego, jakkolwiek naiwnie to brzmi, poszukać pomocy. Ten miał go jednak unikać. Rozbawiła mnie opowieść Wójcika o tym, jak zadzwonił do prezesa PZPN we wtorek, a ten odpowiedział, że nie ma teraz czasu się spotkać, bo… idzie weekend.
We wtorek!
No cóż, dostaliśmy ostatnio wystarczająco dużo powodów, by twierdzić, że weekend w PZPN trwa cały tydzień.
Sprawa mobbingu
Wróćmy jednak do sedna. Mamy człowieka, który czuje się mobbingowany i w końcu doprowadza do spotkania z szefem związku. Liczy, że to coś zmieni w jego sytuacji. Że prezes PZPN przynajmniej pochyli się nad sprawą, może uzna, że nie można go tak traktować. Jeśli człowiek działający w organizacji przychodzi do jej szefa i mówi, że czuje się mobbingowany, wypadałoby chociaż potraktować go poważnie.
Tymczasem, jak relacjonuje Wójcik, usłyszał od Kuleszy, żeby nic z tym nie robił, bo i tak niczego nie ugra, skoro takie sprawy ciągną się latami. Prezes miał odradzać mu jakiekolwiek działania i przekonywać, że powinien mieć jaja i być twardym, a nie miękkim.
Pracownik przychodzi do szefa i mówi, że czuje się niszczony i prześladowany, a ten klepie go po ramieniu i przekonuje: – Kamil, ty musisz być twardy!
Jeśli Wojciech Smarzowski zechce kiedyś stworzyć film o PZPN – do czego gorąco zachęcam – ta scena nadaje się do przeniesienia na ekran jeden do jednego.
Dalej mamy szereg bardzo dziwnych zbiegów okoliczności. Wójcik informuje, że wobec braku zainteresowania sprawą w PZPN złoży zawiadomienie do prokuratury. Nagle, po kilkudziesięciu dniach, pojawiają się screeny rozmowy z Adrianem Siemieńcem. Ni stąd, ni zowąd zaczyna się rozliczanie: Kamil, dlaczego ty się z trenerami układasz, skoro tak nie można? Wyciągniemy konsekwencje.
Chyba że odpuścisz tę prokuraturę. Wtedy będzie dobrze.
Według przedstawionej przez Wójcika chronologii Marcin Szulc, szef Kolegium Sędziów, dowiedział się od Raczkowskiego o dziwnych SMS-ach dzień po rozmowie Wójcika z Kuleszą. Zupełnym przypadkiem. Akurat tak się Raczkowskiemu przypomniało po 39 dniach, kiedy przebywał na urlopie. Widocznie leżał na plaży, otworzyła mu się jakaś szufladka w głowie i postanowił poinformować szefostwo.
Innym zupełnym przypadkiem dokładnie tego samego dnia, w którym Wójcik złożył zawiadomienie do prokuratury, co było dla PZPN potencjalną aferą wizerunkową, do wydziału dyscyplinarnego na prośbę Cezarego Kuleszy trafiły screeny rozmów.
W mojej ocenie ta afera wypłynęła wyłącznie po to, żeby zniszczyć Wójcika: wyeliminować go, wyrzucić ze struktur polskiej piłki i zrujnować jego wizerunek. Pozbyć się człowieka, który jest niewygodny, a później jeszcze twierdzi, że jest mobbingowany.
Każdy kolejny wątek tej sprawy pokazuje, że ten mobbing rzeczywiście mógł się wydarzyć, ale to już jednak ocenią odpowiednie organy.
Władze polskiej piłki jadą naprawdę grubo. Wiedzą, że sprawa jest w prokuraturze, a mimo to Wójcik otrzymuje zupełnie nieproporcjonalną karę. Jak na dłoni widać, że został potraktowany inaczej, dużo ostrzej niż choćby Adrian Siemieniec, który inicjował kontakt. W teorii, gdy ktoś kieruje do prokuratury zarzuty dotyczące mobbingu, można przynajmniej na chwilę się zatrzymać. W PZPN albo są jednak tak pewni swego, albo organizacja jest tak zepsuta, że nie widzi w tym działaniu niczego dziwnego.
Warto poświęcić dwie godziny i obejrzeć ten wywiad. To rozmowa z gatunku tych, w których można łączyć kropki, a na koniec otrzymać klarowny obraz całej afery. Afery, która – jestem przekonany – wybuchła zupełnie nieprzypadkowo.
Bo naprawdę nikogo w tym PZPN-owskim towarzystwie nie obchodzi etyka. Oburzamy się nieuprawnionym kontaktem trenera i sędziów, ale gdyby ta historia dotyczyła Adriana Siemieńca i jakiegokolwiek innego sędziego, to jestem przekonany, że nigdy by nie wypłynęła. Od samego początku nie chodziło tu o zasady ani uczciwość.
Niewykluczone, że do takich kontaktów dochodzi regularnie. Tylko nigdy się o tym nie dowiemy, bo sędziowie, których one dotyczą, są grzeczni, pokorni, nie mają swojego zdania i nie trzeba ich eliminować. To trochę jak w tym peerelowskim powiedzeniu: dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie.
Dziwnie dużo tych porównań obecnej piłkarskiej centrali do czasów słusznie minionych. Ale czy może być inaczej w obliczu takich wydarzeń? PZPN jawi się w tej rozmowie jako organizacja zepsuta do szpiku kości. Zamknięty układ kolesi, dla którego każda osoba z zewnątrz jest zagrożeniem.
Może być oczywiście tak – i trzeba dopuścić tę możliwość – że Wójcik jest kompletnym wariatem, paranoikiem i wymyślił sobie całą historię prześladowania. Warto jednak wysłuchać jego relacji i samemu ocenić, czy rzeczywiście to jest najbardziej przekonujące wyjaśnienie.