U progu poprzedniego sezonu zapowiadało się świetnie, ale ostatecznie oczekiwania trochę rozeszły się z rzeczywistością. Andi Zeqiri nie wszedł do Ekstraklasy z futryną, choć przyznać trzeba już na wstępie, że okoliczności kompletnie takiemu wejściu nie sprzyjały. Kibice może się do niego trochę zrazili, ale czy piłkarz Widzewa zraził się do polskiej ligi? Wręcz przeciwnie, nadal jest przekonany, że może być jednym z mocniejszych punktów łódzkiego klubu. Porozmawialiśmy więc o podstawach, które pozwalają mu wierzyć we własne umiejętności. Ale i o specyfice naszej piłki klubowej, która nie daje nawet na chwilę odsapnąć. A także o podejmowaniu ryzyka, spełnianiu marzeń czy najlepszym sposobie na udowodnienie nauczycielowi, że nie zawsze trzeba go słuchać.
Rozmowę z Andim zaczęliśmy od klasycznego przełamania lodów. Wymiana uprzejmości, potem chwila sympatycznej gadki o dupie Maryny – Szwajcar nie zna tego określenia, ale przy następnej okazji trzeba go z nim zaznajomić, bo sam przyznaje, że lubi dowiadywać się nowych rzeczy o kraju, w którym mieszka.
Ostatecznie jednak żaden z nas nie miał zamiaru udawać, że da się pominąć najmniej przyjemny z nasuwających się tematów. Bo „Andi Zeqiri w Polsce” to jak na razie niezbyt udana historia. Za napastnikiem Widzewa miesiące, które pod względem sportowym były trudne i dla niego, i dla całego klubu.
***
Antoni Figlewicz: Tamten sezon trzeba rozpatrywać w kategoriach zawodu, nie?
Andi Zeqiri: Był dla mnie trudny, oczekiwałem więcej, także więcej czasu na boisku. To moje pierwsze kroki w Polsce, ale nic dziwnego, że kibice też liczyli na więcej. Jestem pewny, że mogę grać lepiej, teraz przede wszystkim pracuję, by tak się faktycznie stało.
Ta presja od samego początku była bardzo duża. Potęgowana tylko całą tą historią z samolotem i „perłą w koronie”…
To jest część futbolu i, tak myślę, specyfiki Widzewa. Odkąd gram w piłkę, jestem poddawany presji – może nie zawsze w takiej skali, ale jednak – i od dawna wiem, że to po prostu czynnik motywujący do cięższej pracy. Zastanawiam się jeszcze, dlaczego tamten sezon był taki trudny i wydaje mi się, że cały klub nie miał lekko. Do ogólnej presji należy dołożyć czterech trenerów, wielu nowych zawodników… Nie było chwili stabilizacji, a to nie jest łatwe dla nikogo.
A do tego jeszcze wewnętrzna rywalizacja, w twoim przypadku z Sebastianem Bergierem.
Zacznijmy od tego, że oczywiście jest świetnym piłkarzem i mimo tej walki o jak najwięcej minut dla siebie mamy dobre relacje. Za każdą wyjściową jedenastką stoi jednak decyzja trenera, a ja starałem się wyciskać jak najwięcej z minut, które dostawałem, nawet jeśli nie było ich zbyt wiele.

W wielu momentach poprzedniego sezonu Zeqiri mógł czuć frustrację
Zeqiri zderzył się z Ekstraklasą? „Żaden rywal nie jest naprawdę łatwym”
Przyznam, że byłem jednym z tych, którzy spodziewali się, że możesz wejść do ligi z drzwiami. Naczytałem się świetnych opinii na twój temat, mignął mi tekst z The Athletic z 2020 roku, w którym zachwalali twoje umiejętności, przekonywali, że sufit masz wyżej niż niejaki Viktor Gyokeres. Myślisz, że coś w tym było, że to wtedy byłeś u swojego szczytu?
Wiesz, w tamtym okresie byłem młodszy, możliwe w sumie, że to był mój dotychczasowy „prime”. Mogę na pewno wrócić do takiej dyspozycji a nawet być lepszym niż wtedy, ale to oczywiste, że kiedy ludzie mówią o tobie w taki sposób, daje to dużo pewności siebie i nagle czujesz się bardzo ważny. Wiedziałem jednak wtedy, że to tak naprawdę tylko początek mojej kariery i czeka mnie jeszcze jej spory kawałek w przyszłości. Bo nie, nie boję się przyszłości, najlepszym sposobem do odpowiedzenia na nią będą strzelane gole.
Sam początek twojej przygody z Widzewem zapamiętałem z kilku sygnałów, pokazujących że Andi Zeqiri ma odpowiednią jakość. Tylko potem jakoś niewiele z tego było konkretów – myślisz, że Ekstraklasa wymaga czegoś innego, niż to, co możesz dać?
Cóż, tak, liga jest inna. Może nawet nie sama liga, a ci, co ją tworzą. Oglądając pierwsze mecze i grając samemu w moich początkowych spotkaniach dla Widzewa, zauważyłem, jak tu walczy się o każdą piłkę i, naprawdę, o każdy centymetr boiska. Z każdą drużyną gra się trudno i nie możesz z pełnym przekonaniem powiedzieć, że któryś rywal jest tym naprawdę łatwym. Szczególnie jeśli walczysz do samego końca o utrzymanie – co pokazuje zresztą, moim zdaniem, jak trudna jest ta liga.
Może nie powiem, że byłem pod wielkim wrażeniem, ale stwierdziłem szybko, że Ekstraklasa ma swój równy poziom, przez co jest dobrym miejscem do rozwoju. Przyznaję, nauczyłem się od niej już całkiem dużo. Wiem, że mogę zdziałać tu coś dobrego, po tym jak przez rok zobaczyłem, jak to wszystko tu działa.
Musiałeś zmienić swoje podejście do piłki? Widziałem w sieci, że dajesz sobie solidny wycisk na siłowni.
(śmiech) Ludzie, którzy znają mnie od lat wiedzą, że dla mnie bardzo ważne jest odpowiednie zadbanie o ciało, zresztą nie tylko z myślą o karierze piłkarskiej. Bo futbol będzie w moim życiu przez relatywnie krótki czas, a zdrowy organizm pozostanie ze mną na dłużej, także po tym, jak odwieszę buty na kołek. Nie będę też udawał, że intensywny trening nie wpływa pozytywnie na formę i moje możliwości na boisku, to ważne. Trudno więc powiedzieć, że to jakaś znacząca zmiana podejścia, tym bardziej, że nigdy nie zmienię tego, jakim gościem jestem. Na pewno jednak zrobię wiele rzeczy, które będą mogły pomóc drużynie i pozwolą mi mieć większy wpływ na nasze mecze.
Słynny lot Dobrzyckiego. „Tak, tym mnie przekonał”
Trochę odbiegnę od tematu – w Anglii przeciąłeś się z Jakubem Moderem, pamiętasz go?
Nadal jest moim kumplem. Kiedy przyjeżdżałem do Widzewa życzył mi wszystkiego dobrego. Pamiętam mecz, w którym obaj strzeliliśmy po golu – graliśmy w Carabao Cup z Cardiff.

Andi Zeqiri rozegrał w barwach Brighton 13 spotkań. Zdobył jednego gola, właśnie tego, o którym mowa
W przeszłości zaliczyłeś jeden znaczący przeskok, kiedy opuszczałeś Lausanne-Sport przechodząc właśnie do mocnego Brighton. Zastanawiam się, czy z perspektywy czasu nie uznajesz tego za zbyt duży krok? Wygląda to trochę tak, jakbyś wtedy odbił się od ekipy Mew.
Zgłasza się największa liga na świecie. Kiedy jesteś młody i wszystko idzie świetnie, a na dodatek dostajesz taką szansę… Wybrałem Anglię, bo od zawsze marzyłem, by tam zagrać, więc nie mógłbym powiedzieć teraz, że nie, że nie powinienem tam iść. Lubię podejmować w swoim życiu ryzyko i tym samym odrzucam przy takich okazjach strach. Trzeba korzystać z szans – gdy tylko mi się jakaś trafia, po prostu po nią sięgam.
Przyjście do Widzewa też było tego rodzaju ryzykiem? Nowy właściciel, nowe możliwości, bogata historia, ale klub cały czas w fazie rozwoju i bez konkretnych wyników.
Plan, jaki mi przedstawili, uwzględniając w nim także moją osobę, przypadł mi do gustu. Oczywiście, wiedziałem, że takiemu projektowi potrzeba trochę czasu, to naturalne. Dziś wielu mówi w kontekście Widzewa tylko o pieniądzach i drogich piłkarzach ściąganych za te pieniądze i, no tak, ludzie mają prawo tak mówić. My musimy pokazać na boisku, że kryje się za tym coś więcej.
Trudno było podjąć tę decyzję o przyjeździe do Polski? Czy to był szybki strzał, kliknęło i już wiedziałeś, że to ten kierunek?
Będę szczery – nie powiem, że to nie była trudna decyzja. Cieszyłem się pewnym zainteresowaniem, miałem inne oferty, ale ostatecznie zdecydowałem się na Widzew, bo Robert Dobrzycki sam przyleciał do Szwajcarii by ze mną porozmawiać. Wiesz, kiedy ludzie sami wybierają się specjalnie do twojego kraju, żeby przekonać cię, że chcą właśnie ciebie, to już wiesz, że masz do czynienia z innym podejściem niż u pozostałych. Wartości, które właściciel pokazał mi tym ruchem, były dla mnie najważniejszymi przy podejmowaniu decyzji o transferze. Tak, tym mnie przekonał.

Szwajcar utrzymuje, że podejście Widzewa w czasie negocjacji pozwoliło polskiemu klubowi wybić się na tle konkurencji
Reprezentacyjny dylemat? Nie było żadnych wątpliwości
Z innych trudnych decyzji – miałeś ból głowy przy wyborze reprezentacji narodowej, dla której będziesz grał?
To akurat była całkowicie naturalna decyzja. Mogłem wybierać między drużynami Szwajcarii i Kosowa, ale moim celem zawsze było reprezentowanie kraju, w którym się urodziłem. Ludzie z kraju moich rodziców może mnie za to trochę znienawidzili, ale myślę, że to normalne, bo po prostu chcieli mnie u siebie.
Wydaje mi się, że tu nie pomogło zamieszanie, jakie wywołał [prezes kosowskiej federacji] Agim Ademi, który zrobił sobie z tobą jedno zdjęcie, wrzucił je do sieci i dopisał do niego całą opowieść o twojej planowanej grze dla Kosowa.
Oj tak, ale to znów uznaję po prostu za coś, co jest częścią futbolu. Ja naprawdę kocham ludzi, którzy żyją w Kosowie, kocham tamtą część mojej rodziny, ale nie zrobiłbym czegoś wbrew sobie, a taką decyzją byłaby gra dla tamtejszej reprezentacji. Chciałem grać dla Szwajcarii i tę możliwość uznaję za wielki przywilej.
W Szwajcarii początek ma też twoja droga na większe piłkarskie areny.
Tak, treningi zacząłem w wieku pięciu lat, trzy lata później zaliczyłem „transfer” do większego klubu. Już w tamtym okresie byłem po prostu dobry, więc kilka takich typowych kroków rozwoju na początku drogi przeskoczyłem. Miałem jednak wielki przywilej posiadania wielkiego wsparcia od mojego taty, który zawsze i wszędzie był ze mną, a to, jak to się mówi, robiło różnicę. Zawsze stał za mną, doskonale wiedział, w którym kierunku mnie – w dobrym sensie – popchnąć. Znał mnie od podszewki i zawsze, razem z mamą, był dla mnie ogromnym wsparciem. Za ścieżkę piłkarską bardziej odpowiedzialny był tata. Sprawami związanymi z moim życiem pokierowała chyba mama.
Wracając do futbolu – w seniorach grałem już jako 15-latek, jako jeden z najmłodszych piłkarzy wchodzących do ligi. Pamiętam, jak ledwie rok wcześniej w ogóle śniłem o zostaniu profesjonalnym piłkarzem i wierzyłem, że spełnienie marzeń jest możliwe. Niektórzy nauczyciele mówili mi wtedy w szkole, że piłka nożna to nic złego, ale to bardziej hobby niż pomysł na życie. Potem jeden z nich zobaczył mnie w telewizji i napisał mi wiadomość z gratulacjami. Przyznaję, że sprawiło mi to dużo radości.

Gra dla reprezentacji Szwajcarii zawsze był dla piłkarza Widzewa wielkim zaszczytem. I spełnieniem marzeń
Z tego co sam mówisz, wydaje się, że twoimi największymi idolami są rodzice.
Zdecydowanie!
No to zapytam o futbolowych idoli. Załapałeś się na czasy świetności szwajcarskiego superstrzelca Alexa Freia, czy już było trochę za późno?
Chyba już bardziej Xherdan Shaqiri, dodatkowo też Granit Xhaka – obaj pewnie trochę z powodu ich kosowskich korzeni. Na Freia byłem chyba jeszcze trochę za mały, ale Shaqiri mi to rekompensował. Strzelał gole, dryblował, zawsze moim marzeniem było zagranie z takim piłkarzem w jednym zespole i jestem niezwykle szczęśliwy, że udało mi się dojść na taki poziom, który dawał na to szansę. Stanięcie z nim czy Xhaką w jednej szatni bardzo mnie uszczęśliwiło.
Gra dla reprezentacji to najwyższy poziom piłkarskiego spełnienia?
Myślę, że dla każdego piłkarza, szczególnie jeśli grasz dla mocnej kadry. Jeśli jednak wejdziesz na ten poziom, to potem naturalnie chcesz jeszcze więcej… Niezmiernie jednak dziękuję trenerom, którzy pozwolili mi reprezentować mój kraj. Za każdym razem był to zaszczyt.
Zmiany w trakcie sezonu nie są wymówką. „Każdy ma swoją wizję, ale…”
Myślę, że nie tylko ja spodziewałem się, że pograsz w ostatnich miesiącach trochę więcej. Myślisz, że to był główny problem Andiego Zeqiriego w poprzednim sezonie – mało minut na boisku?
Nie wydaje mi się, bo sytuacja klubu w ogóle nie była za dobra. Nie graliśmy najlepszej piłki, ale z drugiej strony, można było przecież liczyć, że wyjdę na boisko i będę pakował co mecz trzy gole (śmiech). Tylko że do tego potrzebowałbym też kolegów, a więc dobrej gry całego zespołu. Żeby było jasne – umiem zrozumieć, że kibice nie byli specjalnie zachwyceni moimi występami czy w ogóle dyspozycją drużyny. Teraz staramy się zrobić wiele, by wynosili ze stadionu lepsze wrażenia.

Zeqiri, tak jak i cały Widzew, liczy na to, że nowy sezon będzie całkiem nowym rozdaniem
Może zmiana sytuacji trochę ci pomoże? Inaczej się gra, gdy nie walczysz co mecz o życie.
Zawsze łatwiej gra się bez noża na gardle.
I bez trzech zmian trenera w jednym sezonie.
To z kolei nigdy nie jest łatwe, bo każdy ma jakąś swoją wizję i trzeba się do niej w jakimś stopniu dopasować. Nie chciałbym jednak szukać w tamtych roszadach na ławce trenerskiej wymówki – to my, piłkarze, mamy największy wpływ na to, co na boisku. Dobrze, że mogliśmy walczyć do końca i ostatecznie zostaliśmy w lidze, to się liczy.
Dopytam cię jeszcze o tak zwane „otoczenie”. Jak ci się żyje w Łodzi, miałeś i masz wszystko, czego ci potrzeba?
Szczerze mówiąc Łódź jest naprawdę w porządku miastem, nie żyje się tu jakoś trudno. Dużo w kwestii samopoczucia zależy też jednak od wyników, jakie osiągasz w lidze. Jeśli są dobre, to łatwiej wejść ci w kolejny tydzień, humor jest lepszy, czujesz się lepiej. Jeśli nie są dobre, to i twoje podejście do wszystkiego wokół jest gorsze. Mimo to dobrze mi w Polsce, to kraj trochę podobny do Szwajcarii, więc czuję się choć odrobinę jak w domu.
To teraz pora stać się tą „perłą w koronie”.
Od początku pokładane we mnie nadzieje były jakby zaszczytem. Nadal wierzę w siebie i cóż… pracuję, zobaczymy, co się wydarzy w nowym sezonie, Ja na pewno spróbuję przygotować się najlepiej, jak to tylko możliwe.
ROZMAWIAŁ ANTONI FIGLEWICZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix