Nie ulega żadnej wątpliwości, że Wisła Kraków potrzebuje zimą wzmocnień i to na kilku pozycjach. Pierwsze z nich zresztą – Gieorgij Żukow – zostało już dokonane. Ale sprowadzanie całego sportowego kryzysu “Białej Gwiazdy” do tego, że nie ma jakościowych piłkarzy, byłoby pewnym niedopowiedzeniem. Kilku z nich – porównując do zeszłego sezonu – zaliczyło spory zjazd. I mamy wrażenie, że czołowym reprezentantem tej grupy jest Vukan Savicević.
Odpowiedzmy sobie na wstępie na jedno, zajebiście ważne pytanie – czy Savicević potrafi grać w piłkę? Odpowiedź może być tylko jedna: oczywiście, że tak.
Wiosną zeszłego sezonu obwołaliśmy jego transfer prawdziwym majstersztykiem. Wisła Kraków nie była wówczas na rynku transferowym – by ująć to delikatnie – graczem, który ma w swoich rękach najmocniejsze karty. Tymczasem to ona wzmocniła się najsensowniej – Peszko dał radę na skrzydle, Błaszczykowski to klasa, o której nikogo nie trzeba przekonywać, a całość dopełniał właśnie Savicević.
I nie był to piłkarz wzięty z kapelusza, jego CV jasno sugerowało, że odnajdzie się na poziomie ligowym. Przychodził przecież ze Slovana Bratysława i choć to nie od niego Martin Sevela zaczynał wówczas wystawianie składu, to i tak kursując między podstawą a statusem pierwszego do wejścia z ławki był ważną częścią drużyny, która potem sięgnęła po tytuł. Patrzymy do gabloty Savicevicia – są w niej dwa puchary Słowacji, są dwa mistrzostwa Serbii. Dostaje powołania do reprezentacji Czarnogóry, co jest kolejnym dowodem na to, że coś tam w piłkę kopie.
I rzeczywiście – pierwsza runda w jego wykonaniu była spektakularna. Wydawało się, że gość ma wszystko, co powinien mieć klasowy środkowy pomocnik – wizję gry, nieoczywiste podania, odpowiednią technikę, grę z klepki. Aż trudno dziś uwierzyć, że obok Vejinovicia stawialiśmy go wśród największych kozaków ligi, uznawaliśmy jako przykład modelowego transferu na tu i teraz.
To już prehistoria, bo Savicević znacząco obniżył loty i z wiodącego piłkarza w lidze, który byłby wartością dodaną dla każdego klubu Ekstraklasy, stał się dżemikiem i tykającą bombą. Szybki rzut oka na średnią naszych not.
Savicević w zeszłym sezonie: 5,92
Savicević obecnie: 4,00
W rozgrywkach 18/19 w ośmiu na dwanaście meczów został oceniony powyżej noty wyjściowej, co w naszych realiach można uznać za co najmniej dobry występ. Obecnie… tylko raz. W meczu z ŁKS-em, w którym dał prawdziwy popis (gol, asysta i kluczowe podanie). I po tym spotkaniu schował fajerwerki do szafy.
Pal licho, że z przodu nie oferuje już tyle, co wcześniej. W Saviceviciu najbardziej może irytować to, z jaką nonszalancją podchodzi do swojej gry. Możemy założyć się o duże pieniądze, że gdy dostaje na własnej połowie podanie, to wtedy trenerzy przeciwnych drużyn najczęściej krzyczą “doskocz, doskocz!”. Frajerskie straty zdarzają mu się co chwilę i – na jego nieszczęście – kończy się to bramkami.
Symptomatyczny był pod tym względem mecz ze Śląskiem Wrocław. Savicević wszedł na ostatni kwadrans (dochodzi do siebie po kontuzji), a i tak zdążył dołożyć swój udział do gola przeciwnika, notując szkolny błąd pod własnym polem karnym.
Derby Krakowa – najpierw Savicević przegrywa w środku pola, potem kiwa pod polem karnym, a na koniec wyprowadza piłkę tak naiwnym podaniem, że spokojnie może zaliczyć sobie asystę przy golu Hanki.
Savicević “walczy” w powietrzu (Balić strzela z tego gola).
Savicević czeka aż piłka trafi pod jego nogę, co rozczytuje Novikovas i strzela gola.
Savicević przegrywa przebitkę w środku pola – idzie z tego akcja bramkowa.
Usłyszeliśmy ostatnio, że jeśli do polskiej ligi trafia pomocnik, którego ofensywne umiejętności przewyższają Ekstraklasę, w ciemno można stawiać, że ma spore braki w bronieniu. I to jest, niestety, wypisz-wymaluj Savicević, który w dodatku mizernie wygląda w tym sezonie także z przodu. Stał się Czarnogórzec trochę zakładnikiem swojego nonszalanckiego stylu gry. Kiedy żre – można go chwalić za odwagę i estetykę, kiedy nie – leją się na jego głowę kubły zimnej wody. Panie Skowronek, czas wziąć się za tego piłkarza, jeszcze nic nie jest stracone.
Fot. 400mm.pl