Cracovia wygrała „dogrywkę finału Pucharu Polski”

redakcja

Autor:redakcja

05 maja 2019, 20:59 • 3 min czytania

Reklama
Cracovia wygrała „dogrywkę finału Pucharu Polski”

Panowie, mogliście ostrzegać, że jednak dojdzie do dogrywki z finału Totolotek Pucharu Polski, tyle że za Jagiellonię na boisko skoczy Cracovia! Zaoszczędzilibyśmy sporo czasu i włączyli telewizor na ostatnie 20 minut. Akurat wtedy wydarzyło się wszystko, co najciekawsze i najważniejsze w meczu „Pasów” z Lechią, który oglądało się jak za karę. 

Reklama

Totolotek oferuje kod powitalny za rejestrację dla nowych graczy!

Zdajemy sobie sprawę, że podopieczni Piotra Stokowca jechali dziś na oparach, bo dopiero co w czwartek grali na Narodowym. Nie wymagaliśmy cudów, lecz takiego paździerza nie wybaczamy, nic go nie tłumaczy. Gdybyśmy nie śledzili poczynań Lechii na co dzień, być może tezę o zmęczeniu byśmy uznali od początku do końca, lecz właśnie dlatego, że dobrze znamy styl gry gdańskiej ekipy, wiemy, że dokonalibyśmy niedopuszczalnego uproszczenia. Już wcześniej w wielu meczach biało-zielonych piłki w piłce było bardzo mało, ale dziś doszło do przegięcia nawet przy zaakceptowaniu takiej konwencji. To było futbolowe wynaturzenie i kompromitacja, po prostu. Jedno wielkie pastwienie się nad widzem.

Mówimy przecież o zespole, który właśnie sięgnął po krajowy puchar i będzie nas reprezentował za granicą. O zespole, który w razie zwycięstwa nadal byłby bardzo poważnym, a może nawet najpoważniejszym kandydatem do mistrzostwa. A tymczasem Lechia – poza pierwszym kwadransem, gdy o dziwo dominowała i utrzymywała się przy piłce – zaliczyła jeden z najgorszych zbiorowych występów w tym sezonie. Żadnego celnego strzału, żadnych sytuacji, żadnego przyspieszenia, żadnej jakości. Jedyny groźny moment był efektem fatalnego błędu Michała Helika z początku meczu, który za krótko zagrał piłkę i niezamierzenie wystawił ją przed polem karnym rozpędzonemu Lukasowi Haraslinowi, ale ten strzelił nad poprzeczką.

Helik zaczął bardzo niepewnie, mógł zostać antybohaterem, a ostatecznie może czuć, że dołożył ważną cegiełkę do zwycięstwa. To właśnie jego po bardzo nieumiejętnej interwencji kopnął w polu karnym Joao Nunes. Aż dziw, że Jarosław Przybył potrzebował VAR-u, Helik ewidentnie dostał mocno w nogę od zamierzającego wybić piłkę Portugalczyka. Grunt, że potem sędzia się zreflektował i z jedenastu metrów trafił rozgrywający do tej chwili marny mecz Sergiu Hanca. Rumun miał także duży udział przy drugim golu, gdy podał na wolne pole do rezerwowego Mateusza Wdowiaka (ogólnie dobra zmiana), a jego płaskie zagranie wykończył Milan Dimun.

Reklama

Słowak powinien cieszyć się z bramki już przed przerwą, kiedy świetnie obsłużył go Damian Dąbrowski. Wtedy jednak uderzenie Dimuna nogami obronił Zlatan Alomerović, który w końcówce popisał się jeszcze po bombie Wdowiaka. Co do Dąbrowskiego, jako jeden z niewielu od pierwszego gwizdka trzymał fason i w nagrodę zostaje plusem meczu.

Cracovia podniosła się po trzech z rzędu porażkach i zachowuje realne szanse na czwarte miejsce. Ma to znaczenie tym większe, że za kartki pauzowali Airam Cabrera i Javi Hernandez, którzy przed tą kolejką mieli na koncie 22 bramki przy 40 ogółem zdobytych przez krakowską drużynę.

Lechia sprawia wrażenie, jakby Puchar Polski uratował jej tyłek w kontekście całego sezonu. W lidze zaczęła wyhamowywać już wcześniej. Ostatnich pięć kolejek w Ekstraklasie to jedno zwycięstwo i cztery porażki. A fatalne statystyki z występów przy Kałuży znów zostały wyśrubowane. Licząc od sezonu 2013/14, gdy gdańszczanie regularnie mierzą się z Cracovią, efektem ośmiu wyjazdów na jej stadion jest siedem porażek i jedna jedyna wygrana.

[event_results 581161]

Reklama

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama