Zależność jest prosta – jeśli Eduards Visnakovs nie trafia do siatki, to Widzew nie ma nawet co myśleć o zwycięstwach. A że Łotysz kompletnie się w ostatnim czasie zaciął, to w Łodzi zaczynają pukać w dno od spodu. Facet nie strzelił gola w ośmiu kolejnych meczach, zablokował się w lidze na ponad TRZYNAŚCIE godzin i – co w tym wszystkim najgorsze – nie za bardzo widać kogoś, kto wiedziałby, jak tę blokadę z niego zdjąć.
Trudno było o lepsze wejście do Ekstraklasy, niż to, jakie zanotował Visnakovs. Pierwszy występ – dwa gole w wygranym 2:1 meczu. Drugi występ – również dwa gole i również 2:1. Niedługo potem przy pięciu występach, jakie miał na koncie, widniało sześć trafień (jedno z Pucharu Polski). Później było już coraz gorzej, aż wreszcie licznik bramek zatrzymał się na ośmiu. Bić zaczął natomiast licznik czasu…
Komentatorzy meczu Widzewa w Chorzowie przez półtorej godziny powtarzali, że Visnakovs nie strzelił gola w Ekstraklasie od czterech miesięcy. Można żartować, że chyba ich uwadze umknęło, że liga przez dwa miesiące pauzowała, ale rzeczywiście – problem jest poważny. 787 minut bez gola? Nie wygląda to dobrze, a dla łodzian brzmi wręcz jak wyrok, bo kiedy Łotysz gra i nie strzela, to Widzew nie wygrywa. Osiem ostatnich spotkań z jego udziałem to tylko jeden remis i siedem porażek. Zdobyte w tym czasie bramki: cztery!
Nie, nie sugerujemy, że to Visnakovs w obecnej formie ściąga łodzian na dno. Sugerujemy zupełnie coś innego: chłopak jest w poważnym dołku i dziś drużyna ma z niego niewielki pożytek.
Jeden z głównych problemów Visnakovsa to w tej chwili psychika. Jego głowa pracuje tak, że po nieudanym zagraniu czy zmarnowanej sytuacji, on psychicznie leci w dół. Wielu by się zirytowało, zawzięło i spróbowało coś udowodnić, a „Wiśnia” – przeciwnie. Kiedy mu nie idzie, to się poddaje i zamyka w sobie. Zresztą, Grzegorz Waranecki, który sprowadził go do Widzewa, opowiadał, że trzeba go było otoczyć odpowiednią opieką: – Jego brat [Aleksejs] jest tutaj przecież dlatego, żeby on się dobrze czuł. Jeden drugiego pilnuje, nie chodzą na dyskoteki, nie robią żadnych numerów.
Trener Artur Skowronek kilkukrotnie rozmawiał z piłkarzem, motywował, próbował wejść na ambicję, w okresie przygotowawczym – w pewnym momencie odstawiając go od pierwszego składu – dał znak: „za darmo grać nie będziesz”. W lidze nie dostrzegamy u Visnakovsa jakiejkolwiek zadziorności. Ale nie dostrzegamy też niektórych jego walorów z jesieni: szybkości i przyspieszenia, którymi imponował jesienią. W meczach wygląda tak, jakby próbował wrzucić piąty bieg, a pozostaje na drugim.
Skowronek problemu jednak nie widzi, przynajmniej oficjalnie – ciągle powtarza, że wyniki badań są dobre. Być może to prawda, ale na boisku wychodzi coś innego, dość negatywnego. Zresztą, brak dynamiki to problem, który dotyczy znacznie większej liczby piłkarzy (temat na zupełnie inną historię).
Nie od dziś też wiadomo, że Visnakovs nie ma zmysłu do gry kombinacyjnej. On się lepiej czuje w polu karnym, ewentualnie jego okolicach, czekając na piłkę od partnerów. Ha, i teraz kluczowe pytanie – tzn. od kogo? Początkowo nieźle rozumiał się z nim Kaczmarek, ale od dawna nie widać tamtej chemii. Pozyskany zimą Gela wygląda bardzo słabo, Rybicki na boisku widzi tylko Rybickiego. Kapitan Cetnarski? Cóż, w tym, że w trzynastym Śląsku był rozgrywającym numer 3, nie ma przypadku. Może więc Batrović? Może, ale na razie więcej nie gra, niż gra.
Miała być walka o koronę króla strzelców, w niedalekiej przyszłości Bundesliga… Tak opowiadał Waranecki, który stwierdził też, że „bez Visnakovsa w składzie to my w ogóle leżymy”. Póki co Widzew leży również z Visnakovsem. Łotysz nie przypomina piłkarza z jesieni, no i od niedawna ma konkurenta – wypożyczonego z Legii Patryka Mikitę. Jeśli ktoś sądził, że podziała to na niego mobilizująco, mecz z Ruchem przyniósł odpowiedź: chyba jednak nie.
PT
