Błażej Telichowski: Ostrzegali, że idąc do sklepu, czuje się tam ludzką zawiść

redakcja

Autor:redakcja

10 października 2013, 12:59 • 18 min czytania

Reklama
Błażej Telichowski: Ostrzegali, że idąc do sklepu, czuje się tam ludzką zawiść

– Podchodzę do siebie spokojnie i nie mam zamiaru się napinać. Nie będę opowiadał, że w każdym klubie należało mi się miejsce, bo byłem najlepszy i strzelałem po 15 bramek na treningach. Nie było tak. Gdybym mega dobrze się prezentował, to pewnie bym grał. Nie jestem żadnym genialnym zawodnikiem, tylko takim, który zawsze daje z siebie wszystko i jakieś braki zawsze nadrabia ambicją. Nie żałuję, że mogłem występować gdzieś wyżej, wręcz przeciwnie – doceniam to, co mam – mówi w rozmowie z Weszło obrońca Podbeskidzia, Błażej Telichowski.
Szykuje się kolejna walka o utrzymanie po góralsku? To dzielenie punktów tak was uśpiło?
Nie wiem. Sytuacja jest dla nas niezręczna, bo po poprzednich rozgrywkach doskonale wiedzieliśmy, że nic dwa razy się nie zdarza. Nie powinniśmy tak sezonu zacząć, a wręcz przeciwnie – po pasjonującej i zwycięskiej walce o utrzymanie powinniśmy ruszyć i punktować od startu zdecydowanie lepiej. Podobnie jak w zeszłym sezonie, po 10 kolejkach mamy dopiero 7 punktów, więc nie jest za ciekawie i zdajemy sobie z tego sprawę. Z drugiej strony uważam, że nie ma jeszcze powodów do paniki. Mamy w tej rundzie do rozegrania jeszcze 11 spotkań i wszystko może się zdarzyć. Niedawno Ruch skazywany był praktycznie na spadek, bo nic im się tam nie kleiło, aż tu nagle przyszedł nowy trener, zaczął punktować i spojrzenie na Chorzów diametralnie się zmieniło. Trener Michniewicz wie, co robi i jestem przekonany, że będzie dobrze.

Wyniki wynikami. Już inauguracja w Gdańsku, choć uratowana przez Ciebie w samej końcówce, wypadła nieźle i dawała nadzieje. W ogóle – poza 0:4 z Legią – nie mieliście takiego spotkania, że dostaliście jakoś wyjątkowo mocno w cymbał. Problemem jest wasza gra, a raczej jej brak.
No tak, dokładnie. W ostatnich meczach troszeczkę zmieniliśmy styl gry, bo wiadomo, że jeśli nie możesz punktować w taki sposób, w jaki chcesz, to musisz próbować wygrać innymi, nieco prostszymi środkami. Tak było w naszym przypadku. Na razie też to nie zadziałało, ale spokojnie. Nie jesteśmy zespołem, który będzie dominował na boisku. Mamy inny typ zawodników. Nie będę tu nawet mówił o Demjanie, bo już tyle było gadania, że książkę można by napisać. Wiedzieliśmy, że go raczej nie będzie i musimy zacząć grać inaczej. Teraz jestem dobrej myśli, że „Malina” Malinowski będzie strzelał dla nas te bramki, bo dochodzi do sytuacji i widać, że wygląda coraz lepiej. Może to będzie nasz napastnik.

Wiesz, że mówisz o gościu, który strzelił w życiu jedną bramkę w Ekstraklasie?
No tak, ale z drugiej strony ja, będąc obrońcą i grając przeciwko „Malinie”…

Strzeliłeś więcej goli niż on.
Nie, nie, nie. Nie do tego zmierzałem. Chodziło mi o to, że jest to naprawdę zawodnik szybki i silny, który robi tak duże zamieszanie, że jak będzie pracował na treningach, to niedługo zacznie strzelać. Naprawdę w to wierzę. Przecież Demjan też nie był typem snajpera, który mógłby zostać królem strzelców polskiej ligi. Jakby mi ktoś powiedział przed sezonem, pewnie bym nie uwierzył. Tym bardziej patrząc na statystyki. Mimo to jednak strzelał.

Reklama

Czyli liczysz na to, że każdemu może się takie pół roku zdarzyć. Nawet Malinowskiemu.
Teraz musimy się na to nastawiać. Nie został sprowadzony typowy snajper w miejsce Roberta, więc pozostaje wiara w tych, których mamy.

Gdzie kibic z Bielska ma szukać tej nadziei, skoro po boisku biega choćby taki Deja. Wiadomo, że szyjecie na surowo określoną miarę, ale czasami oglądanie tego dzisiejszego Podbeskidzia zwyczajnie boli.
Ja tutaj Adama będę bronił. Może to nie jest za dobry argument, ale na treningach spisuje się zdecydowanie lepiej. Bardzo w niego wierzę, bo potencjał naprawdę ma olbrzymi i pokazywał to w praktycznie każdym meczu okresu przygotowawczego. Nie wiem, być może Adam trochę się stresuje, gdy przychodzi do starcia w lidze. Jest wtedy zdecydowanie innym zawodnikiem. Ale jest też jeszcze młody i dopiero wchodzi w Ekstraklasę. Jak odblokuje się i wejdzie mu jakiś rzut wolny, jak w meczach towarzyskich, to będziemy na niego patrzeć z przyjemnością. Ma tak ułożoną nogę przy rzutach wolnych, że na palcach jednej ręki mógłbym wskazać piłkarzy z polskiej ligi o podobnych umiejętnościach

No to muszę przyznać, że wyjątkowo dobrze się z tym maskuje. Pokazał się już w poprzednim sezonie i nawet na Weszło daliśmy filmik z jednego meczu, w którym wyglądał po prostu fatalnie. Teraz nie jest żadnym atutem z przodu, ani tym bardziej nie pomaga w obronie. Wystarczy przypomnieć choćby głupi faul w polu karnym w meczu z Piastem.
Mówię, ja będę Adama do końca bronił. Wierzę w niego i nie powiem, że się nie odblokuje. Trener też widzi jego potencjał, bo przecież nie wystawiałby zawodnika, który nie ma umiejętności i papierów na granie. Ja w niego wierzę.

Jak do gry będzie w końcu Iwański, to i trener może w niego zwątpić.
Może tak być.

Reklama

Dobra, zostawmy Deję. Paradoksalnie, mimo traconych goli, nie najgorzej wyglądacie w defensywie. Oczywiście czasami Pietrasiakowi zdarzy się otworzyć autostradę – jak np. w Szczecinie – ale jakiejś wybitnej tragedii nie ma. W bramce macie jednak Rybansky’ego.
„Ryba”, jak to „Ryba”. Jemu też cała ta otoczka nie pomaga. Z każdej strony słychać negatywne głosy i do niego też one docierają. Nie jest to dla niego budujące. Inna jeszcze sprawa, że Richard Zajac miał wcześniej niepodważalną pozycję w bramce i wszyscy go doceniali. To też nie działało na korzyść Rybansky’ego.

Grzesiek Szamotulski napisał ostatnio celnie na Twitterze, że powinien zmienić dyscyplinę i przerzucić się na siatkówkę, bo w lidze jeszcze piłki nie złapał.
Grzesiek był akurat na jednym z naszych przedsezonowych treningów we Wronkach i chyba po nim takie wnioski wyciągnął (śmiech). Ma „Ryba” coś w sobie. Na pewno dobrze gra na przedpolu i wybronił przecież w ostatnich dwóch meczach kilka sytuacji.

Ok, ale musisz przyznać, że na taką opinię mocno sobie zapracował.
No być może tak. Bramkarzowi potrzeba troszeczkę szczęścia, a jemu w pierwszych meczach tego szczęścia brakowało.

Na jednym z treningów trener Michniewicz kazał ponoć pozbierać pachołki bramkarzowi, na co ktoś z drużyny powiedział: „trenerze, ale przecież nie mamy bramkarza”. Kojarzysz taką scenkę?
Nie (śmiech). To chyba w tych Wronkach ktoś był gdzieś z boku i dodał trochę od siebie.

Reklama

Po podpisaniu kontraktu z Podbeskidziem nazwałeś siebie „upadłym ligowcem, który próbuje wrócić”.
Hmm, aż tak mocno powiedziałem? Byłem wcześniej głębokim rezerwowym w Górniku i choć osiągaliśmy bardzo dobre wyniki, to nie czerpałem z tego satysfakcji. Chciałem gdzieś odejść, żeby grać. Nikt mnie z tego Zabrza nie wyganiał i nie wyrzucał, ale rola rezerwowego – podobnie jak w kilku innych klubach wcześniej – w ogóle mnie nie cieszyła. Liczył się dla mnie tylko powrót do ligowej piłki w roli czynnego zawodnika.

Nie jesteś typem gościa, który siedzi w domu i patrzy tylko na to, żeby dziesiątego pojawił się świeżutki przelew na koncie. Odchodziłeś z Polonii, Zagłębia, Górnika…
Tak. Pewnie tych klubów byłoby mniej, gdyby nie fuzja Groclinu z Polonią Warszawa. Od tego zaczęła się ta moja przejażdżka po kraju. Mogłem zostać w Zabrzu i dobrze sobie tam żyć, ale moja rola w zespole w ogóle mnie nie cieszyła. Chodziłem ciągle wkurzony i jakiś taki przygnębiony, więc w końcu powiedziałem ” pozdrawiam, do widzenia” i odszedłem.

„Upadły” to jednak dość mocne słowo. Zwłaszcza w odniesieniu do piłkarza, który jednak trochę tych meczów w lidze rozegrał.
Być może w żartach to powiedziałem, bardziej sam do siebie. Podchodzę do siebie spokojnie i nie mam zamiaru się napinać. Nie będę opowiadał, że w każdym klubie należało mi się miejsce, bo byłem najlepszy i strzelałem po 15 bramek na treningach. Nie było tak. Gdybym mega dobrze się prezentował, to pewnie bym grał. Nie byłem jakiś mocno odstającym zawodnikiem, bez przesady. Tak się jednak sytuacja rozwijała, że szans nie otrzymywałem. Czasami zabrakło szczęścia, czasami trenera, który mocniej by nam mnie postawił. Nie jestem żadnym genialnym zawodnikiem, tylko takim, który zawsze daje z siebie wszystko i jakieś braki zawsze nadrabia ambicją. Wierzę w siebie i jestem zadowolony z tego, że występuję w Ekstraklasie. Nie żałuję, że mogłem występować gdzieś wyżej, a wręcz przeciwnie – doceniam to, co mam.

Mówisz, że czasami zabrakło trenera, który zdecydowanie by na ciebie postawił. Kogoś takiego, jak właśnie Czesław Michniewicz? U niego w Lechu zaistniałeś, grałeś i strzelałeś bramki.
Tak, miałem to szczęście, że trafiłem na trenera, który od początku stawiał na młodych i ja także otrzymałem swoją szansę. U niego zaczęła się ta moja przygoda z dorosłą piłką, ale jednak w Groclinie miałem swój najlepszy okres z grą w europejskich pucharach włącznie. Dopiero po fuzji z Polonią pojawiły się pytania: co dalej ze mną będzie?

Reklama

Jak w ogóle odbieraliście w szatni transakcję Drzymały z Wojciechowskim?
Pamiętam, że był to naprawdę szalony okres. Byliśmy przygotowani na wyjazd do Wrocławia i nawet magazynier miał stroje i dresy przygotowane pod Śląsk, którym mieliśmy się stać. A tu nagle zmiana planów i jesteśmy Polonią. Mieliśmy kontrakty w Grodzisku i musieliśmy się na to po prostu zgodzić, choć sytuacja była pokręcona. Na pewno było żal całego tego kompleksu i rodzinnej atmosfery w Grodzisku. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że prezes Drzymała zapewniał wszystko na najwyższym poziomie. Chyba tylko Legia i Lech mogły się z tym równać.

I we Wrocławiu cieszą się do dziś, bo cały ten pomysł ze sprzedawaniem licencji skończył się tym, że Groclinu właściwie nie ma, a nowa Polonia raczkuje w IV lidze.
No tak. „King” Król mocno się do tego przyłożył. Polonia na razie zniknęła z piłkarskiej mapy Ekstraklasy, ale moim zdaniem to zbyt zasłużony klub, żeby nie zdołał się odbudować.

Ty zostałeś przy tej fuzji odstrzelony.
Tak, siedziałem na ławce, zagrałem tylko w kilku spotkaniach ligowych i to był główny powód, dla którego zdecydowałem się zmienić otoczenie na własną prośbę

Godziliście się, bo musieliście, ale nie czuliście, że to poroniony pomysł?
Wydaje mi się, że patrząc od strony kibiców, to zdecydowanie tak. Jeśli jesteś fanem klubu, który nagle łączy się z innym, to nie bardzo wiesz, co o tym wszystkim myśleć. Zwłaszcza, jeśli mówimy o grupach fanów zupełnie ze sobą wcześniej w żadnym pozytywnym sensie nie powiązanych. Z drugiej jednak strony, jeśli prezes nie ma pieniędzy na prowadzenie klubu, to stara się ratować w taki czy inny sposób, żeby wszystko nie upadło. Gdyby było ładnie, pięknie, to nikt nie robiłby transakcji ani wcześniej z Lechem, ani później z Groclinem.

Reklama

Do Grodziska przeniosłeś się właśnie z Poznania i to po zaliczeniu bardzo dobrego sezonu.
Jestem z Wielkopolski i jak każdy kibic Lecha chciałem zagrać mecz w Ekstraklasie przy Bułgarskiej. To było spełnienie moich marzeń i nie mam zamiaru tego ukrywać. Zagrałem dla Kolejorza w kilkudziesięciu spotkaniach i bardzo się z tego cieszę, ale trafiłem na fuzję z Amicą Wronki i doszło do rozmów. Każdy z nas miał rozwiązane kontrakty i trenerzy sami dobierali sobie zawodników do zespołu. Byłem na liście trenera Smudy, ale oferta z Grodziska była bardzo konkretna. Nie chodzi o pieniądze, bo byłem na tyle młodym zawodnikiem, że finansowo chodziło mniej więcej o to samo. Bardziej liczyła się perspektywa regularnej gry. Menedżer nakierował mnie na ten pomysł twierdząc, że trener Smuda nie będzie chciał stawiać na młodego i tak wylądowałem w Groclinie.

Nie żałujesz tego kroku?
Nie ma sensu żałować. Można zawsze myśleć „co by było gdyby”, ale po co? Niewielu obrońców z mojego byłego Lecha przebiło się wtedy u Smudy. Ja grałem regularnie w Grodzisku i niczego więcej do szczęścia nie potrzebowałem. Lechowi kibicuję cały czas, noszę go w sercu i jestem przekonany, że kiedyś wrócę do Poznania – pracować, albo chociaż grać w oldbojach.

Po drugiej fuzji i krótkim pobycie w Gdyni do piłkarskiego życia wróciłeś dopiero w Bytomiu. Drużynowo zlecieliście z ligi, ale ty zrobiłeś wtedy spory krok do przodu.
Rozwiązałem kontrakt z Polonią Warszawa i musiałem się gdzieś zaczepić. To był bodajże luty i wszyscy wylatywali już na obozy w Turcji. Nie miałem wielkiego pola manewru, ale z perspektywy czasu uważam to za bardzo dobry ruch. Jak powiedziałeś, tam wróciłem na właściwie tory. Strzeliłem kilka bramek i mocno się odbudowałem. Był nawet taki moment, że zostałem kapitanem. Poza tym, poznałem wielu fantastycznych ludzi i całą specyfikę życia na Śląsku. Zupełnie inny klimat. Po latach spędzonych w Poznaniu czy Warszawie zobaczenie tego było dla mnie mega dużym przeżyciem i doświadczeniem.

Skoro o specyficznym klimacie mówisz, to bardzo ciekawi mnie wątek Zagłębia, bo byłeś w Lubinie stosunkowo niedawno. Tam jest naprawdę jakieś inne powietrze, że wszyscy zapominają, jak się gra w piłkę? Nawet najbardziej niedoceniany wcześniej فukasz Piątek zalicza tam nieprawdopodobny zjazd.
Powiem ci szczerze, że coś w tym chyba jest. Mimo, że żona miała tam naprawdę fantastyczną i przesympatyczną rodzinę, to już jadąc do Lubina dostawałem różne telefony z nienajlepszymi opiniami. Ostrzegali, że idąc do sklepu czuje się ludzką zawiść. To jest małe miasto i praktycznie wszyscy się znają. „Przyszedł kolejny piłkarz, będzie bardzo dużo zarabiał i nie wiadomo co”. Poza tym sporo ludzi mieszkających tam pracuje w kopalni KGHM-u, gdzie zarabiają naprawdę bardzo dobre pieniądze, a większość pracy wykonują maszyny. Zawiść ludzka jest tam straszna. W tym okresie, w którym ja byłem, otoczka była mega słaba i z tego, co opowiadali koledzy, którzy grali tam później, niewiele się w tej kwestii zmieniło. Nie czuje się tam przyjemności z gry w piłkę, a to jest, moim zdaniem, bardzo ważne. Inna sprawa, że wyniki nie były wtedy dobre. Trener Urban stworzył fundament pod dobry zespół, ale coś nie wypaliło i po pół roku Urbana już w Lubinie nie było, a razem z nim siedmiu piłkarzy, których wprowadził do drużyny. Nie dano trenerowi stabilizacji i czasu.

Reklama

Ty też mocno się przestrzeliłeś w Zagłębiu, bo idąc tam powiedziałeś, że chcesz w Lubinie coś wreszcie wygrać, a prawie nie grałeś.
Nie wypadało powiedzieć inaczej. Choć może nie tyle nie wypadało, co… Jak tam przyjechałem i spojrzałem na kolegów i trenera, to naprawdę powiedziałem sobie: kurde, to musi w końcu wypalić. Jednak nie było fajnie, nie ruszyliśmy do przodu. Ja też nie pokazałem się z dobrej strony w meczach, w których grałem. Mało tego, prezentowałem się słabo i zdaję sobie z tego sprawę. Czas, który tam spędziłem, traktuję jako kolejne doświadczenie i tyle.

Podobnie jak w Grodzisku, ptasiego mleczka wam w Lubinie nie brakowało, ale wyniki zrobił tylko Groclin.
Klimat w Grodzisku był zdecydowanie inny. Inne życie. Gdyby ktoś znał przyczynę porażek Zagłębia, to wprowadziłby wszystkie potrzebne zmiany, żeby klub znalazł się na szczycie. Poza tym, to jest piłka – nie wszystko można kupić. Ale to są tylko takie moje odczucia. Ja to wtedy tak widziałem.

Długo tam nie zabawiłeś, ale i tak zdążyłeś zostać odsunięty od zespołu. I nie chodziło tylko o sprawy czysto sportowe.
O, z tego miejsca pozdrawiam serdecznie Pavla Hapala. Ponoć Czesi to wystraszony naród, ale ja bardzo lubię zarówno ich, jak i Słowaków. Inne kraje, ale bardzo fajni ludzie. A Hapal? Wszedł do szatni, wyczytał cztery nazwiska, kazał zabrać rzeczy i „do widzenia”. Kto tam jeszcze był?

Gancarczyk, Galkevicius i Małkowski.
Dokładnie. Zero rozmowy. Nie zaprosił do pokoju i nie powiedział tego w cztery oczy tylko przy wszystkich, bez słowa wyjaśnienia, wywalił nas z szatni. Wyglądało to na grubą akcję i poważnie zacząłem się zastanawiać, co takiego nawywijałem. Przejechałem kogoś? Nawrzeszczałem na panią na klatce schodowej? Nie wiedziałem, co się dzieje. Nie byłem może wybitnie podstawowym zawodnikiem, ale na pewno nie stwarzałem żadnych problemów w szatni. Wręcz przeciwnie – zawsze ze wszystkimi świetnie się dogaduję. Nigdy mi tej sytuacji Hapal nie wytłumaczył. Do dziś nie podał ręki. Abstrahując od tego, jak się zachował, wiem z rozmów z kolegami, że w przyszłości krzywych akcji z tym trenerem było w klubie dużo, dużo, dużo więcej.

Reklama

Argumentowano to odsunięcie słabymi wynikami drużyny, a odsunięty został rezerwowy obrońca.
I najlepszy wtedy w drużynie Janusz Gancarczyk. Może trener nie lubił zawodników, którzy nie zostawali po treningach? Nie wiem. Nie porozmawialiśmy, a później jak graliśmy przeciwko sobie to odwracał głowę i uciekał wzrokiem. Dla mnie takie zachowanie było mega słabe, ale nie chcę już o tym gadać.

A te głosy, że są piłkarze w Zagłębiu, którzy lubią zwiedzać miasto nocą mimo słabych wyników?
Nie wiem, mnie to na pewno nie dotyczy. Może mnie jeszcze nie znasz, ale nie mam z tym najmniejszych problemów. Będąc w Lubinie miałem już żonę i dziecko, więc patologicznego modelu rodziny nie preferowałem.

Zacytuję ci anonimową wypowiedź jednego z zawieszonych piłkarzy (za ekstraklasa.net): „Gdyby osiągane przez nas rezultaty były inne, to kibice z pewnością przymykaliby oko na takie rzeczy. Każdy robi, co uważa. Nie wydaje mi się, żeby zawodnicy chodzili i pili, bo codziennie mamy przecież treningi, czasami dwa, więc jak by na nich wyglądali? Poza tym, kibice w Lubinie są, jakby to powiedzieć, troszkę zazdrośni, że my gramy, a oni jadą do kopalni i harują pod ziemią.”
Nie wiem czyje to są słowa, ale wyczuwam tu delikatne przyznanie się do tego, że ktoś po treningach lubił coś wypić. Ja czegoś takiego nie zaobserwowałem i mnie te podejrzenia nie dotyczyły. Raczej wszyscy byli wystraszeni, bo przy tych słabych wynikach naprawdę wyjście do sklepu nie było przyjemnością. Z tą kopalnią to też przesada, że harują pod ziemią. Nie wiem, być może ta zawiść wynika z jakichś sytuacji wcześniejszych, o których nie wiem. Może rzeczywiście imprezowali. Nie wiem. Nie ma sensu o tym gadać – było, minęło. Nie myślę o tym. Ł»yczę Zagłębiu jak najlepiej.

Serio? Nie miałeś żalu do Zagłębia o sposób, w jaki ta sprawa została rozegrana i jak się z Tobą rozstano?
Nie, nie miałem i nie mam żalu do Zagłębia. Doszliśmy do porozumienia z prezesami i rozstaliśmy się w zgodzie.

Reklama

Ale do Hapala masz.
Czy żal? Nie wiem czy to żal. Moim zdaniem powinien się inaczej wtedy zachować, ale może ma właśnie taki sposób bycia i tyle. Nie jestem pamiętliwy.

Masz już jakiś pomysł na siebie, gdy zawiesisz buty na kołku? Pójdziesz w rodzinny biznes i zaczniesz majstrować przy samochodach?
Jeszcze się poważnie nie zastanawiałem. Obiecałem sobie, że nie będę grał na siłę w niższych ligach. Nie będę dzwonił po klubach i prosił: „zatrudnijcie mnie, mogę jeszcze coś dobrego dać”. Cała moja rodzina siedzi w biznesie samochodowym, a ja jeden rodzynek poszedłem w piłkę. Nie wiem, czy bym się w tym odnalazł. Jak trzeba było zrobić coś z samochodem, to odwoziłem auto i wszyscy przy nim majstrowali, a ja nie bardzo nawet wiedziałem, o co chodzi.

Co rozumiesz poprzez stwierdzenie „niższe ligi?”
Podziwiam ludzi, którzy na niższych szczeblach łączą pracę z grą w piłkę, ale siebie w czymś takim w ogóle nie widzę. Praca i gra na jakichś wioskach, gdzie można dostać pałą w łeb? Przy całym szacunku dla tych, którzy się w to bawią – dzięki.

A jak zadzwoni taka Puszcza Niepołomice z I ligi?
Jak zadzwonią, to porozmawiamy. Zapytam, co tam u nich słychać i jakie mają plany na przyszłość. Wtedy zobaczymy.

Reklama

W naszym cyklu „Weszło z butami” jest takie pytanie: „Nie sądziłem, że tyle osiągnę” czy „liczyłem na więcej? Co byś odpowiedział?
Hmm, co bym odpowiedział? Pewnie będąc młodszym odpowiedziałbym, że liczyłem na więcej. Teraz jednak pokora – doceniam to, co mam.

A wbrew pozorom masz niemało. Dwa puchary Polski, superpuchar, dwa puchary ligi… Czego najbardziej żal?
Literki „A” przy nazwisku. Nie ma co ukrywać. Umiejętności nie mam jakichś wielkich, ale wydaje mi się, że byli zawodnicy, którzy dostali szansę w reprezentacji mimo tego, że wcale jakoś specjalnie się nie prezentowali. Byłoby to fantastyczne przeżycie. Zwłaszcza, że grałem we wszystkich reprezentacjach juniorskich – od U-15 do olimpijskiej. Tego żałuję.

Wycieczka ligowców do Turcji by ci wystarczyła?
Wycieczka do Turcji? Pewnie, że tak. Mógłbym oczywiście powiedzieć, że usatysfakcjonowany byłbym dopiero po meczu z Anglią na Wembley, ale dla mnie każde powołanie byłoby olbrzymim wyróżnieniem. Nawet jakby to miała być wycieczka na Tajlandię.

Wiesz, że na koncie masz jedną spektakularną porażkę o pewne bardzo prestiżowe trofeum?
A, tak, wiem. Przegrany finał o puchar Weszło. Kapitalna sprawa. Byliśmy o krok od kolejnego wielkiego sukcesu. Wydaje mi się, że największego w mojej przygodzie z piłką. Szkoda, że przegraliśmy z Polonią Warszawa, bo przygotowany był nawet bankiet i odkryty autokar. Miał być przejazd ulicami Bytomia, zjazd do kopalni i wizyta prezydenta, a wszystko się rozmyło. Dobrze, że chociaż trener pozwolił nam wypić na drugi dzień zmrożone wcześniej szampany.

Reklama

Z zupełnie innej beczki: skąd u ciebie pomysł na Twittera?
Chyba po to, żeby być na bieżąco. Był taki moment, że w ogóle nie śledziłem stron związanych ze sportem. Tu wchodzę i momentalnie dowiaduję się, co i gdzie powinienem przeczytać.

I taki piłkarz, wychodząc do ludzi np. poprzez media społecznościowe, może bardzo dużo zyskać.
Moim zdaniem na razie piłkarz, który wychodzi do ludzi, może jeszcze dużo stracić. Jesteśmy raczej takim narodem, który patrzy tylko gdzie i komu dowalić, albo kogo kopnąć, a nie pochwalić za otwieranie się na świat. Często po przegranych meczach nie ma dyskusji, tylko dostaje się ostre pociski. Dla mnie to jednak nie ma znaczenia. Jestem na Twitterze, bo chcę. Nie są to sprawy klubu czy drużyny, tylko moje prywatne. Słowa, które tam wpisuję, moje opinie czy sugestie, nie muszą nikomu odpowiadać.

Częściowo się zgadzam, ale przykład Kuby Rzeźniczaka pokazuje, że wygrać można jednak sporo.
Kuba zdecydowanie bardziej wkręcił się w tego Twittera niż ja. Jestem raczej sporadycznym użytkownikiem, a „Rzeźnik” idzie po całości. To jest fajne. Lubię takich gości jak on, którzy mają pomysł na siebie.

Twoje dialogi z zdań z trenerem Michniewiczem też nie przeszły bez echa.
Tak, trener ma poczucie humoru, więc prywatnie mogliśmy sobie w formie żartu podocinać.
Z nim zresztą zawsze coś się dzieje. Pamiętam jak prowadził mnie w Lechu. Ekipę mieliśmy wtedy kapitalną – do dziś mam kontakt prawie z wszystkimi chłopakami. Jechaliśmy kiedyś na mecz Górnikiem. U trenera Michniewicza było tak, że po opuszczeniu hotelu koncentracja musiała być maksymalna. Film motywacyjny, słuchawki na uszach i te sprawy. Ja, „Mowlaj” (Mariusz Mowlik) i „Zaki” (Zbigniew Zakrzewski) też się koncentrowaliśmy, ale zawsze jakieś jaja musieliśmy odstawić. Trener nazwał nas nawet drużynowymi klaunami. No i jedziemy na ten mecz, a w radiu leci piosenka „I believe I can fly”. „Zaki” schował się za fotelem, zatkał sobie nos i śpiewa: „I believe I can fly”. Trener wstał i pyta wkurzony: „Kto to!?”. W autokarze cisza, więc usiadł, a „Zaki” znów zatyka nos i krzyczy: „R. Kelly”. A że trener zrozumiał „Telich”, to wstał i wrzasnął: „Telich! Co ty odpierdalasz!?”. Miałem szczęście, że w 93 minucie strzeliłem bramkę na 2:1 i rozeszło się po kościach.

Reklama

Rozmawiał SEBASTIAN KUŚPIK

Fot. FotoPyk

Najnowsze

` ` ` `

Weszło

`