„Lać mistrza!”, czyli szansa dla maluczkich. Andrzej Kałwa o Pucharze Polski…

redakcja

Autor:redakcja

19 sierpnia 2013, 17:40 • 5 min czytania

Reklama
„Lać mistrza!”, czyli szansa dla maluczkich. Andrzej Kałwa o Pucharze Polski…

„Puchar rządzi się swoimi prawami” – wiadomo, suchar i to taki, przy którym chleb krasnoludów jest delikatnym ptasim mleczkiem. A jednak co roku trafiają się mecze, dzięki którym naiwna wiara w miazmat zwany sportem dostaje pozytywnego kopa, a złośliwa kibicowska natura zaciera ręce, że faworyt dostał po grzbiecie od drużyny z drugiej, trzeciej, czwartej ligi.
Nie „dostał po grzbiecie”, tylko olał Puchar Pasztetowej – tłumaczą Prawdziwi Kibice Faworyta, a tym goręcej tłumaczą, im bardziej było widać, że żadne tam „olał”, tylko po prostu faworyt cienki był jak wspomniana pasztetowa i przegrał zasłużenie.

Tak cię cieszy, że awansują słabeusze? – zapyta ktoś. – Przecież to świadczy o słabości polskiej piłki, kryzysie, upadku, o, Boże, Boże, za Eskimosami jesteśmy, biada nam, biada!

Pewnie, że mnie cieszy. Sport, w którym zawsze wygrywa faworyt i jedyne, czym można się emocjonować, to czy wygra 4:0 czy 6:0, trochę przestaje być sportem. Jeśli będę chciał podziwiać kunszt, technikę i precyzję cyzelowania drobiazgów to sobie obejrzę dzieła renesansowych jubilerów, a nie współczesne wymachy owłosionych kończyn. W sporcie szukam emocji, zaskoczenia, niespodzianki, Dawida, który nie spęka przed forsiastym Goliatem i przywali mu skutecznie w „miętkie”.

Mecze pucharowe rzeczywiście mają swoją specyfikę. W lidze nie da się na dłuższą metę jechać na szczęściu czy ambicji. Komuś zabraknie odżywek, komuś – zawodników wyeliminowanych przez kontuzje, komuś innemu – pieniędzy na odnowę, czy co tam jeszcze, a bogaty faworyt prędzej czy później zacznie odrabiać straty (pomijamy przykłady skrajnego frajerstwa i nie, nie dam się sprowokować do pokazania palcem). W pucharze decyduje jeden mecz, czasem dwa – na ten jeden-dwa mecze nawet czwartoligowiec jest z siebie w stanie wykrzesać dużo, wypluć płuca i przez 90 minut orać boisko. Przyjeżdża Legia, Lech, Wisła, KS Whatever – może im się nie będzie chciało, może zlekceważą, może się zagapią, a my nie mamy nic do stracenia, wszystko do zyskania, kibice patrzą, rodziny patrzą, dajecie, chłopaki… I nagle się okazuje, że Lech Poznań bierze bęcki od Olimpii Grudziądz, że z tą samą Olimpią męczy się Legia Warszawa, że Legię z kolei wykopuje z rozgrywek Stal Sanok, i tak dalej, i tak dalej…

Reklama

Dla „wielkich” klubów Puchar Polski to często przykry obowiązek – przyjemność żadna, jeździć trzeba po zadupiach, grać na klepiskach, korzyści iluzoryczne, liczy się liga… Dla klubów z niższych lig to często jedyna okazja zagrania z Legią, Wisłą, Lechem, Górnikiem czy Śląskiem, dla kibiców-autochtonów to prawie jak bajka – pamiętamy, co się działo w Bytowie, gdy Bytovia grała z Wisłą, a starzy górale wspominają, jaki festyn odbył się w Jadownikach koło Brzeska, gdy w sezonie 1984/85 Jadowniczanka wpadła na Widzew فódź, wtedy będący jeszcze „wielkim Widzewem”. Gospodarze – rzadko to słowo pasuje tak dobrze, jak w tym przypadku – przegrali z Widzewem 1:7, ale opowieści o meczu przekazywane są z pokolenia na pokolenia i kto się zakłada, że za rok, we wrześniu odbędą się w Jadownikach uroczyste obchody 30 rocznicy tego wydarzenia?

Ale sport to nie jest działalność dobroczynna dla maluczkich! Sport to profesjonalizm i słabi giną!

Giną albo nie giną, że wrócę do przykładu Stali Sanok lejącej Legię, czy Olimpii Grudziądz lejącej Lecha. Nikt tym maluczkim niczego nie daje w prezencie poza możliwością zmierzenia się z gigantami. Jeśli przechodzą dalej, to dzięki własnej ciężkiej harówie na boisku. I o to chodzi w sporcie, i dlatego tak lubię rozgrywki pucharowe. Bo tu sukces może odnieść Stal Rzeszów (1974/75) czy Miedź Legnica (1991/92), tu w finale trzecioligowy Raków Częstochowa może przegrać z Wisłą Kraków dopiero po dogrywce (1967), a szansę startu w europejskich pucharach mogą sobie wywalczyć Czarni Ł»agań (1964/65).

Przecież nie zagrali.

Reklama

Nie zagrali, bo PZPN (ówczesny, ówczesny, dzisiejszy jest zupełnie inny i to nieprawda, że na zgrupowaniu dach przeciekał, zwłaszcza, że prawie nie padało!) przestraszył się kompromitacji i chciał na miejsce Czarnych wepchnąć do pucharu Zdobywców Pucharów Legię Warszawa, na co nie zgodziła się UEFA – ale prawo sobie Czarni Ł»agań wywalczyli rzetelnie, lejąc na boisku Karolinę Jaworzyna Śląsk, Start فódź, Pogoń Szczecin, Polonię Bytom, Wisłę Kraków i ŁKS فódź.

I dobrze, że nie zagrali, przecież to by była kompromitacja, ucierpiałby honor, autorytet, blablabla, wielkość polskiej piłki, cośtam-cośtam.

E, tam. Wystarczy zerknąć w historię naszych pucharowych „bojów”, żeby sobie przypomnieć, iż kompromitowanie się na arenie międzynarodowej to my mamy we krwi, a czasem także w wydychanym. Jeszcze niedawno połowa naszych klubów odpadała w lipcu, a druga połowa w sierpniu i nie każcie mi wymieniać nazw przeciwników, bo znowu nam będzie wstyd. Dla kontrastu: wspomniana Stal Rzeszów, grając w PZP, wyeliminowała Skeid Oslo (4:0, 4:1) i odpadła z walijskim Wrexham (0:2, 1:1), a Miedź Legnica nie musi się wstydzić wyniku przegranego pojedynku z AS Monaco – 0:1 i 0:0. AS Monaco w początku lat 90. (Ettori, Thuram, Djorkaeff, Rui Barros, Enrique, Klinsmann i Wenger na ławce trenerskiej) to jednak nie Irtysz Pawłodar czy inne Levadio-Valerengi. Skoro więc i tak odpadamy, to co za różnica, kto odpadnie? W przypadku jakiejś niskoligowej niespodzianki, może nawet wstyd jest mniejszy, bo przecież i tak nikt na nią nie liczy, a przynajmniej miejscowi kibice mają radochę i wspomnienia na paręnaście/-dziesiąt lat.

Po likwidacji Młodej Ekstraklasy i powrotu do pomysłu z drużynami rezerwowymi, także i mogą brać udział w rozgrywkach pucharowych – kto wie, może doczekamy się którejś w finale Pucharu Polski. Precedensy już były: Legia II Warszawa (1951/52), ROW II Rybnik (1974/75) czy druga drużyna Ruchu Chorzów (1992/93).

Reklama

W bieżącym sezonie na wielkie niespodzianki niestety liczyć nie można – kluby ekstraklasowe wzięły się solidnie do roboty i bezlitośnie eliminują przeciwników z lig niskich. Ech, Ursus Warszawa w finale na Stadionie Narodowym, wyobrażacie sobie?… W grze pozostały jeszcze drużyny I ligi: GKS Tychy, Sandecja Nowy Sącz, Arka Gdynia (która, gdyby tylko Szubert był skuteczniejszy, rozjechałaby Ruch jeszcze w regulaminowym czasie), Miedź Legnica i GKS Katowice.

Komu by tu pokibicować doraźnie?… Arka, Miedź i GieKSa już w pucharach grały…
– GKS Tychy także!

Rzeczywiście, w sezonie 1976/787 zagrał dwumecz z FC Koeln, przegrywając na wyjeździe 0:2 i remisując u siebie 1:1. Dygresja: kto bez googlania potrafi wymienić nazwisko strzelca bramki dla tyszan?
Będzie nagroda?

Nie będzie.
Spaaaadaj.

Reklama

Koniec dygresji.

Sandecja zatem – najniżej w tabeli z grających jeszcze w Pucharze Polski pierwszoligowców i jedyny wśród nich zespół, który w pucharach europejskich nigdy nie zagrał. Za nich trzymać będę kciuki w imię sportowej rywalizacji, etosu, ducha…

W imię naiwności, znaczy?

Jak zwał, tak zwał. Im mniej prawdopodobna niespodzianka, tym weselej, gdy się przydarzy.

Reklama

ANDRZEJ KAفWA

Najnowsze

Piłka nożna

Młodzieżówka bez Pietuszewskiego. „Każdy ma potencjał, żeby iść drogą Oskara”

Szymon Janczyk
1
Młodzieżówka bez Pietuszewskiego. „Każdy ma potencjał, żeby iść drogą Oskara”

Weszło