Świetnie strzelał z wolnych, kapitalnie grał głową, przez prawie dekadę był najważniejszym piłkarzem reprezentacji Niemiec. Wczoraj w Lipsku rozegrał swój ostatni, pożegnalny mecz w karierze i w sumie byśmy o tym nie pisali, gdyby nie fakt, że odchodzi piłkarz, którego w stosunku do wielkości nazwiska nigdy nie ceniliśmy. Niestety, ale Michael Ballack bardziej niż z erą Goetze i Reusa kojarzy się z Torstenem Fringsem i Berndem Schneiderem, z wymuszaniem fauli i rozstawianiem kolegów z drużyny po kątach, mówiąc krótko: z dawną epoką i z przepompowanym ego.
Dał się zapamiętać jako ten, który w kluczowych momentach kariery zawsze ponosił porażkę. W 2002 roku przegrał w finale Ligi Mistrzów z Realem Madryt, miesiąc później nie zagrał w finale mundialu z Brazylią (de facto – też porażka), na mundialu w 2006 roku odpadł w dogrywce z Włochami, a potem dołożył jeszcze do tego pamiętny wieczór w Moskwie, gdzie Chelsea w karnych przerżnęła z United. Oczywiście można to wszystko tłumaczyć, wspominać o nieszczęsnym „Neverkusen” albo o poślizgnięciu się na piłce Johna Terry’ego – w tym przypadku nie ma to jednak sensu.
W Niemczech w kontekście Ballacka uknuto stwierdzenie „unvollendeter”, czyli piłkarz niespełniony. Zdobył trzy mistrzostwa Niemiec z Bayernem, triumfował raz w Anglii, ale – pomijając indywidualne nagrody – to właściwie wszystko. W czasach niemieckiej bryndzy potrafił robić za generała, jako pomocnik w 98 meczach kadry strzelił aż 42 gole, trudno jednak powiedzieć, żeby przełożyło się to na jakieś konkrety.
Juergen Klinsmann mówił o nim „Capitano”, doceniał pewność siebie i spokój, o którym Anglicy pisali „Mr Cool Head”. Jego następca, Joachim Loew oraz dyrektor kadry Olivier Bierhoff tacy łagodni nie byli. Widząc nadciągającą hordę młodych-zdolnych nie bali się postawić Ballacka pod ścianą. Mówili: albo grasz albo krytykujesz. A Ballack wolał krytykować: pseudomotywacyjne slogany, dziwaczne odprawy, odsuwanie od kadry starych znajomych (Frings). W końcu sam więc został odstawiony przy pierwszej nadarzającej się okazji, gdy Kevin Prince Boateng zmasakrował mu kostkę. Od tego czasu odsuwany był cicho i powoli, ustępując miejsca Oezilowi, Muellerowi i innym. Tym, którzy piłkarsko szli z duchem czasu, którzy wnosili do kadry nową jakość. Ballack do tej nowej wizji futbolu pasował średnio. Dotychczasowy lider padł ofiarą systemu.
Dziś nie widać, żeby kibice jakoś bardzo za nim tęsknili, żeby wspominali choćby jego gola z Austrią na Euro 2008. Jeśli ktoś tęskni to chyba tylko ci, którzy lubili skandale i skrajne emocje, które wywoływał. Po meczu z Barceloną jak oszalały gonił sędziego Ovrebo, innym razem szarpał się z Lukasem Podolskim albo obracał dziewczynę kolegi z drużyny Christiana Lella. Jeszcze innym, gdy był bez klubu, dostał mandat za prędkość i wystosował pismo o zmniejszenie kary z powodu… brakiem stałego miejsca pracy.