Witamy w krainie, gdzie profesjonalizm już dawno powiedział dobranoc

redakcja

Autor:redakcja

08 lutego 2013, 21:45 • 6 min czytania

Witamy w krainie, gdzie profesjonalizm już dawno powiedział dobranoc

Wiecie, co odróżnia nas od Anglików z Premier League? Oczywiście poza tymi pieniędzmi, które oni mają, a nie mamy my i setkami piłkarzy, których my nie mamy, a oni i owszem… Kiedy u nich jeden zawodnik dostaje chwilowego zaćmienia, wsiada do samochodu i bez zgodny prezesów jedzie do innego klubu z nadzieją, że podpisze z nim kontrakt, pół świata zastanawia się, co nim kieruje i jak może robić z siebie takiego frajera. Kiedy u nas natomiast pięciu gości samowolnie opuszcza drużynę i wyjeżdża ze zgrupowania, wcześniej bukując sobie na własną rękę bilety do Polski, nikt się nawet nie dziwi. Ba – po cichu każdy nawet przyznaje im rację – bo fakt, ktoś tu odrobinę przegina, ale… Czy na pewno oni?
Historie, które nie miałyby prawa wydarzyć się w poważnych ligach, w polskiej rzeczywistości dzieją się niemal codziennie. Nasz krajowy futbol to produkt specyficzny. Można powiedzieć – temat dla koneserów. Dla własnego zdrowia psychicznego nie warto traktować go śmiertelnie poważnie. Oczywiście, pod jednym warunkiem – że można sobie na to pozwolić. Ł»e nie jest się na przykład młodym, zawodowym piłkarzem z kredytem na pierwsze własne mieszkanie i prezesem, który od pięciu miesięcy nie wypłaca pensji, bo w jakimś tartaku za wschodnią granicą interes idzie mu gorzej niż się kiedyś spodziewał.

Reklama

„Ucieczka” polonistów ze zgrupowania w Turcji…

to nasz świeży, absolutny numer jeden w umownym rankingu zdarzeń, które się po prostu nie dzieją. Nie dzieją się w poważnej piłce, ale – jak widać – w każdej chwili mogą wydarzyć się w Polsce. Ta lista zdaje się zresztą nie mieć końca.

Reklama

Od zawsze narzekamy, że nasi piłkarze są przepłaceni, że to, co wielu z nich ma zapisane w kontraktach (nie mylić z tym, co dostają REGULARNIE do ręki) nijak ma się do ich umiejętności. Prosty przykład: Ireneusz Król mówi dziś w „Przeglądzie Sportowym”, że Dwaliszwili chyba nie sprawdził jeszcze stanu swojego konta, bo przecież dostał już zaległe 500 tysięcy za ostatnie miesiące. Aż od razu chciałoby się zadać pytanie: co takiego Gruzin dokonał przez minione pół roku, że należy mu się za to równowartość nowego mieszkania w Warszawie? Dlaczego niektórzy uczciwie zarabiają na nie przez całe życie, przez 30 lat spłacając kredyty, a jego za kopanie piłki na przeciętnym poziomie stać po stu osiemdziesięciu dniach życia? Odpowiedź w gruncie rzeczy jest prosta: podpisał umowę – na rynku finansowo zdegenerowanym, który na takie praktyki pozwala. Ba, są na nim nawet mile widziane.

Ale ilu naprawdę jest u nas takich gagatków? Pewnie ciągle zbyt wielu, biorąc pod uwagę realną wartość naszej krajowej piłki, ale zobaczmy tylko, co dzieje się na drugim planie: ile patologii płacowych? Jak zarządza się tymi pieniędzmi? Jak przesuwa pół składu do rezerw, każe rozbierać choinki, trenować w dziwnych klubach kokosa, naciska na rozwiązanie kontraktów. Taki Piotr Kuklis, na przykład, kiedyś nawet nie mógł obejrzeć z trybun meczu swojej drużyny – wiecie, taki nowoczesny element wojny psychologicznej. Generalnie, co klub, to jakieś „wiejskie” praktyki.

Jeszcze nie tak dawno „Fakt” pisał o naszych pierwszoligowcach mniej więcej w tym stylu: „wykonują najlepszy zawód na świecie. Zgarniają bajeczne pieniądze, a przez pół roku nawet nie grają”. Tyle że im niżej zejdziemy, tym większą te „bajeczne pieniądze” okazują się… bajką. Coraz więcej etatowych pierwszoligowców – co jest nie do pomyślenia w poważnych ligach, tak, ten termin jeszcze będzie powracał – zastanawia się nad tym, czy nie pójść wreszcie do „normalnej” roboty. Jeden przypomina sobie, że ma uprawnienia spawacza, drugi, że potrafiłby naprawić samochód. Jeszcze inny, że mógłby pracować w kopalni albo rozejrzeć się za pracą w Niemczech czy w innej Norwegii.

W Bytomiu nie tak dawno paru „panów piłkarzy” zrezygnowało z ogrzewania mieszkania i postanowiło spać w kurtkach, bo nie mają z czego opłacić rachunków. Na jedzenie też im nie zawsze wystarcza, więc trener czasem wyciągnie parę złotych z kieszeni i powie: „masz, kup sobie jakąś bułkę czy jogurt”.

Fajnie jest być dobrym piłkarzem – przynajmniej takim z ligowego topu – i wygodnie, nawet przy nieregularnych wypłatach, zarabiać na tym niezłe pieniądze. Jednak nagłej pobudki z myślą, że nigdy już takim nie będę, nie życzymy nikomu. Ł»yjemy w blisko 40-milionowym kraju, w którym gra w klubie nie takim jak Lech albo Legia, ale w klubie numer 30 w Polsce powoli przestaje być atrakcyjną perspektywą.

Tam już zwykle jest i straszno, i śmiesznie. Na przemian.

Nawet nie chcemy wiedzieć, jakie opinie o polskiej piłce rozpowszechnia dzisiaj np. taki Ronald Gercaliu, który chciał się promować w Łódzkim Klubie Sportowym, aż nagle się okazało, że ten nie opłacił mu prądu i gazu w mieszkaniu, wychodząc pewnie z założenia, że jak chłopak posiedzi trochę zimową porą w ciemności i chłodzie, to w sumie nic się wielkiego nie stanie. Zresztą, innym razem część zawodników testowanych w łódzkim pierwszoligowcu dostała wiadomość, że noc spędząâ€¦ na terenie stadionu – mogą się wygodnie ułożyć w paru pomieszczeniach, umownie nazywanych przy ul. Unii lożami dla VIP-ów.

Ciekawe, czy któremuś z nich przyszło do głowy zabrać z domu jakiś koc albo śpiwór.

A to przecież nie koniec, to dopiero początek. Lista historii, które nie dzieją się w poważnych ligach, ale zawsze mogą wydarzyć się u nas, ciągnie się w nieskończoność. Warta Poznań, której szefowa (przynajmniej ta tytularna) jeszcze parę tygodni temu roztaczała plany o grze w europejskich pucharach, w kluczowym okresie przygotowań nie ma trenera – PRZEZ MIESIÄ„C. Nie ma też trenera bramkarzy, ani drugiego trenera, bo wszyscy odeszli. Piłkarzy też zresztą za bardzo nie widać, bo każdy albo rozwiązał kontrakt na własne życzenie, albo został o to grzecznie poproszony w związku z brakiem funduszy. Aż strach zaglądać głębiej, bo nie wiadomo, którędy coś nieprzyjemnego wypłynie.

Ale wróćmy do ekstraklasy, żeby nie tworzyć złudnego wrażenia, że w niej jest całkiem NORMALNIE. Otóż jeden z klubów naszej najwyższej ligi zupełnie niedawno musiał zmierzyć się z nietypowym problemem. Z początkiem lutego trener miał w planie wylecieć z ponad dwudziestką piłkarzy na dawno zaplanowany i opłacony obóz zagraniczny. Niby całkiem normalna praktyka w świecie futbolu, a tu nagle się okazuje, że podróż czterech piłkarzy – teoretycznie – może nie dojść do skutku. Chłopaki… nie mają paszportów. Tak jest. W tej lidze paszport potrzebny jest tylko nielicznym. W końcu jesteśmy w Schengen, a europejskie puchary dane są tylko szczęśliwcom. Podobnie zresztą jak realne fundusze na wzmocnienie drużyny.

Jeden z dyrektorów sportowych uznał ostatnio, że nie jest w klubie niezbędny – wystarczy, że będzie pod telefonem i tydzień zimowego okna transferowego spędził na zagranicznym urlopie. Tej zimy.

Wisła Kraków – etatowy mistrz Polski minionej dekady – wysyła światu sygnał, że w tej chwili nie stać jej na nikogo. Jeśli weźmie jeszcze jakiegoś piłkarza, to tylko takiego, który potraktuję grę w Ekstraklasie jako promocję, za grosze. W międzyczasie na jej nowym, wartym 500 milionów stadionie odpadają elementy dachu. Niektórzy twierdzą nawet, że nie na jednej, ale trzech różnych trybunach.

Tak, to wszystko dzieje się u nas. To i wiele więcej. Witajcie w piłkarskiej rzeczywistości, którą czasem naprawdę lepiej obserwować z pozycji fotela w dużym pokoju. فatwiej, wygodniej, zabawniej – kwestia tylko odpowiedniego podejścia. Wiemy, że już tęsknicie. Jeszcze 15 dni i znowu się zacznie.

Najnowsze

Anglia

„Wenger ma małe pojęcie o piłce”. Intrygująca opinia z Wysp Brytyjskich

Marcin Ziółkowski
1
„Wenger ma małe pojęcie o piłce”. Intrygująca opinia z Wysp Brytyjskich
Reklama

Weszło

Reklama
Reklama