Borucowi coś średnio kleiło po Sylwestrze…

redakcja

Autor:redakcja

01 stycznia 2013, 20:22 • 2 min czytania

Reklama
Borucowi coś średnio kleiło po Sylwestrze…

Artur Boruc nie należy do tych bramkarzy, których powinno się trzymać w niepewności. Jeśli ma grać, trzeba go uprzedzić. Najlepiej kilka dni wcześniej. Albo nawet z tydzień lub dwa, żeby zdążył się przygotować. I fizycznie, i mentalnie. W przeciwnym razie dochodzi do takich sytuacji, jak dziś, że Polak w końcu wraca do gry, a trybuny ironicznie biją brawo, gdy łapie prostą piłkę. Zastanawialiśmy się przed kilkoma dniami, czy zima zmieni coś w sytuacji Boruca i… pytanie wciąż jest aktualne. Bo czy po tak niemrawym meczu trener wciąż będzie go wystawiał? Ale dobra – niech szklanka będzie do połowy pełna.
Dalecy jesteśmy też jakiegoś wielkiego pastwienia się nad Arturem, bo niczego koncertowo nie zawalił, nie było powtórki z Irlandii Północnej czy pustych przelotów, ale momentami bardziej niż bramkarza Premiership przypominał Michała Gliwę. Wiecie – można mnożyć przymiotniki: elektryczny, niepewny, nieporadny… I tylko robił dobrą minę do złej gry, kiedy piłka skakała mu po klatce. Trzeba mu jednak oddać, że im dłużej trwał mecz, tym lepiej on sam się prezentował, choć Arsenal – jak to ujął Michał Pol – zagrał wybitnie „proborucowsko”, bo to co miał do wystrzelenia, wystrzelił przed kilkoma dniami z Newcastle (7:3).

Reklama

Choć i graczom Southampton trzeba oddać, że dziś naprawdę się spięli i nie pozwolili Arsenalowi na zbyt wiele. Podopieczni Nigela Adkinsa nawet bardziej zasłużyli na zwycięstwo i pewnie by je odnieśli, gdyby przy drugim golu liniowy nie skupiał się na posylwestrowym moralniaku, tylko na akcji. No i gdyby nie Szczęsny, który zagrał na swoim wysokim poziomie. A tak, skończyło się 1:1.

***

„Polski” mecz mieliśmy też na zapleczu Premiership, gdzie Blackburn zlało Nottingham 3:0. Radek Majewski nie podniósł się z ławki, a Grzegorz Sandomierski, jeśli się podniósł, to do kibla na VIP-ach. Zadziwia nas przypadek tego piłkarza. Przecież on nie był aż tak słaby, by tracić drugi kolejny sezon, i to w całkiem przeciętnej lidze. A tu wypada pierwszy bramkarz, do składu wskakuje Kean, a na ławkę siada jakiś typ, który – z tego, co widzimy – chyba nigdy nie grał w piłkę. Niepojęte.

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama