Michał Stasiak: – Po miesiącu ciągłego biegania zaczyna się człowiekowi w głowie kręcić…

redakcja

Autor:redakcja

01 stycznia 2013, 23:34 • 11 min czytania

Reklama
Michał Stasiak: – Po miesiącu ciągłego biegania zaczyna się człowiekowi w głowie kręcić…

– W Grecji gra się cały rok i to ma duże znaczenie. Bo spójrzmy, co jest u nas – ekstraklasa ma zimą dwa i pół miesiąca przerwy, a pierwsza liga cztery miesiące. Weźmy więc młodego piłkarza z pierwszoligowego klubu – jeśli rocznie zabieramy mu cztery miesiące gry, to w ciągu trzech lat zabieramy mu rok. I tak można w kółko liczyć, ile chłopak na tym wszystkim traci. My się potem dziwimy, że jak porównujemy 19-latka z Polski z 19-latkiem z Hiszpanii, to już jest przepaść. No, bo ten nasz zamiast się szkolić technicznie, wykonywał dziwne ćwiczenia na sali gimnastycznej – mówi w wywiadzie dla Weszło Michał Stasiak, były piłkarz m.in. Widzewa, Zagłębia i greckiej Skody. Rozmawiamy m.in. o malowaniu trawy sprayem, fruwających bandach, przerywaniu meczu przez chłopców od podawania piłek i jego powrocie do piłki po zawieszeniu za aferę korupcyjną.
Zima zweryfikuje, czy dla takich osób, jak pan, obaj Grzelakowie, Matusiak czy Ostrowski jest jeszcze miejsce w polskiej piłce, czy lepiej przestać już się oszukiwać.
Miałem sporo czasu, żeby zejść na ziemię, ale chciałbym znów stanąć na nogi. Nie czuję się wypalony, ani też na tyle słaby, żeby nie dać rady w ekstraklasie czy na zapleczu. Ale widzę też, co się w Polsce dzieje. Te plany oszczędnościowe, stawianie na młodzież pokazują, że nasze kluby dopadł kryzys. Niektórzy znaleźli się w miejscu: nie mamy pieniędzy, zagrajmy tymi, co są, a może się uda. Taki Widzew nie postawił na młodzież z wyboru, tylko z konieczności, bo nie stać go było na piłkarzy z nazwiskiem. I wyszedł na tym dobrze, choć po świetnym początku mówienie, że ci chłopcy mogą zdobyć mistrzostwo, wyrządziło im sporą krzywdę. Zresztą, widać, że dzisiejszej młodzieży łatwiej jest zaistnieć, niż jeszcze kilkanaście lat temu. Dziś 19-latek, jeśli faktycznie ma wybitny talent, szybko może stać się gwiazdą ligi.

Reklama

Znajdzie się gdzieś w tym wszystkim jeszcze miejsce dla was – piłkarzy mających swoje oczekiwania i pół roku wyjęte z życiorysu?
Nie zapomnieliśmy, jak się gra w piłkę, a potrzebujemy tylko zaufania. Zima to dobry moment, żeby wrócić, na pewno lepszy, niż środek rundy. Teraz okazało się, że piłkarzowi lepszemu technicznie i taktycznie, ale słabiej przygotowanemu wejść z marszu do tej naszej słabej ligi jest bardzo ciężko. Nie da się oszukać braków w przygotowaniu fizycznym.

Rafał Grzyb przepracował całą zimę, biegając po lasach, a od razu wskoczył do składu Jagiellonii.
Pierwsze mecze miał słabsze, dopiero potem się rozegrał. No właśnie, ale od pierwszego spotkania był już z drużyną, nie wchodził do gry w trakcie rundy. Ebiego Smolarka wprowadzano bardzo powoli, stopniowo, a zaskoczył dość późno. W takim Podbeskidziu myśleli, że jak przyszedł Jeleń, to wciągnie resztę nosem i od razu zostanie gwiazdą. Piłkarsko może faktycznie od wielu był lepszy, ale poległ fizycznie. Niektórzy chyba sądzili, że jak biegał po lesie i chodził na siłownię to tak, jakby był w rytmie meczowym. A to jest dzień do nocy.

Dlatego pewnym rozwiązaniem dla zawodników bezrobotnych wydaje się ten obóz w Wodzisławiu Śląskim, pan też się nad tym poważnie zastanawia.
Fajny pomysł, choć budzi pewne wątpliwości, np. czy jakikolwiek poważny klub będzie chciał zmierzyć się w sparingu z bezrobotnymi. Ale lepiej pojechać na takie zgrupowanie, przygotować się w odpowiednich warunkach, mając opiekę na miejscu, niż ćwiczyć samemu. Ja ostatnio trenowałem dwa razy dziennie – chodziłem na siłownię i biegałem. Tylko, że po miesiącu tego ciągłego biegania człowiekowi zaczyna się już w głowie kręcić, musi trochę poczuć piłkę.

Patrzy się inaczej w Polsce na nazwisko Stasiak od momentu afery korupcyjnej?
Są ludzie, którym to przeszkadza, i ja ich rozumiem. Ale są też tacy, których interesuje to, że zawieszony byłem do listopada i karę odcierpiałem. Myślę, że trenerom specjalnie ta sprawa nie wadzi, bardziej prezesom. W końcu to oni firmują klub swoim nazwiskiem, oni dają własne pieniądze i mają prawo nie życzyć sobie takiego zawodnika w drużynie. Trochę się obawiam, ale skoro tylu piłkarzy wróciło do gry, to czemu mnie miałoby się nie udać?

Reklama

Po pańskim pobycie w Zagłębiu, a spędził pan tam kilka lat, ostatecznie pozostał spory niesmak…
Nie miałem pretensji do klubu, że rozwiązali ze mną kontrakt. Bo takie było ich prawo. A dla mnie Zagłębie było najlepszym okresem w życiu. Pamiętam, że jak tam szedłem, to każdy na Lubin kręcił nosem. Bo stary stadion, bo daleko, bo małe miasto i kiepska atmosfera. Mało kto chciał tam iść. Tymczasem prezes Pietryszyn w pół roku zrobił więcej, niż pozostali przez kilka lat, znacznie się też przyczynił do mistrzostwa. A dziś każdy piłkarz w Polsce – może poza tymi z Lecha, Legii i Wisły – chciałby grać w Zagłębiu. Dobra baza treningowa, fajny stadion, brak problemów finansowych. Mamy gdzieś taki drugi klub? A sam pobyt w Zagłębiu wspominam bardzo dobrze.

Kłótnie z trenerem Bajorem również?
Byłem kapitanem, a dla mnie kapitan to ktoś, kto ma autorytet w szatni – myślę, że wówczas go miałem – i załatwia pewne sprawy. Rola kapitana nie zaczyna się na założeniu opaski i nie kończy na wymianie proporczyków. To coś znacznie większego. Jeśli o czymś rozmawiamy w szatni, to mogę w imieniu zespołu powiedzieć to na głos. Jak trzeba było walczyć o premie, to też szedłem ja rozmawiać.

Ale po premie to nie do trenera pan chodził. Poszliście kiedyś z Mateuszem Bartczakiem do Bajora, powiedzieliście mu, jakie robi błędy, co wam się nie podoba i…
Jeśli przegrywamy trzy mecze z rzędu, trener pyta nas o opinię, to z Mateuszem mówimy, co drużyna by zmieniła. Trener pyta, a my odpowiadamy. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mu słodzili, a za plecami obrabiali tyłek. Doszło więc do męskiej rozmowy, przekazaliśmy uwagi zespołu w kulturalny sposób, bez żadnych wyzwisk czy obrażania. Nie wiem, czy Bajor się obraził, ale zaraz próbował odsunąć Mateusza, choć zdał sobie w porę sprawę, że to byłby strzał w stopę. On był wtedy w świetnej formie, więc trener uznał, że lepiej nie podcinać gałęzi, na której się siedzi… W końcu odsunął mnie. Podszedł, powiedział prosto w oczy, że to przez słabszą ostatnio formę i to samo powtórzył w mediach. Przyjmijmy, że mu wierzę, ale jeśli w jednym meczu rozgrywam 90 minut, a w drugim ląduję na trybunach, jest to co najmniej dziwne.

Mówili, że buntował pan kolegów z powodów finansowych.
Byłem wściekły, jak ktoś coś takiego mógł napisać. Zagłębie zmieniało akurat system płac – wcześniej dostawaliśmy „wejściówki”, a później miała być dodatkowa kasa tylko za wygrane mecze. Ł»eby było śmieszniej, to ja ten kontrakt na nowych zasadach podpisałem trzy miesiące wcześniej. I co, zaraz potem miałbym buntować zespół? Dla mnie to kpina.

Reklama

Nie dawał pan sobie w kaszę dmuchać przez całą karierę, często dochodziło do jakichś spięć po tym, jak chlapnął pan coś w szatni czy w mediach. Choćby w tym samym Zagłębiu przejechał się pan wcześniej po prezesach, mówiąc o ich niepoważnym zachowaniu i dziecinadzie.
Okej, ja rozumiem, że piłka to biznes, ale niektóre numery przechodziły wtedy ludzkie pojęcie. W Lubinie byłem już dogadany, przyjechałem na jeden trening, a jak wróciłem po kilku dniach, to ponad połowa ustaleń została zmieniona. Po treningu, który nie miał prawa o niczym zdecydować. No, chyba, że ktoś uznał, że krzywo biegam po lesie albo nie umiem grać w dziadka. W końcu z Zagłębiem i tak się dogadałem, w dodatku z tym samym prezesem.

W Widzewie też pan miał problem z prezesem.
A, o Grajewskiego chodzi. Szkoda słów… Prędzej czy później przy takim zarządzaniu klubem przez tego pana Widzew musiał spaść. Czytałem na Weszło wywiad z Tomkiem فapińskim i podpisuję się pod każdym słowem. To, że w końcu Grajewski odszedł z Widzewa, mogło wyjść tylko na wielki plus dla klubu. Ciągłe zmiany trenerów, wymienianie co rundę połowy składu i kiedyś to musiało pęknąć. Całe szczęście, że klub się szybko podniósł.

Niektórzy w Łodzi zastanawiali się, gdzie pan na te frytki chodził…
Obaj z Patrykiem Rachwałem graliśmy wtedy w młodzieżówce – on był kapitanem, ja jego zastępcą – i obaj otrzymaliśmy oferty transferu. Grajewski zaprosił nas do siebie, powiedział, że teraz jest trudna sytuacja i wie, że gramy za frytki, ale zimą znajdzie nam lepsze kluby. A ja jak potem powtórzyłem w wywiadzie, że nie chcę grać za frytki, to Grajewski się wściekł.

Powiedział wtedy: „Najlepiej, żeby Stasiak poszedł do Realu, choć sądzę, że ostatnie występy w młodzieżówce upoważniają go do gry w trzeciej drużynie Realu! Smarkacz nie dojrzał do gry w reprezentacji.”
Cóż, Grajewski słynie z tego, że ma cięty język. My później już się nigdy nie spotkaliśmy.

Reklama

Innym razem, jak przyszła oferta z Legii, to na łamach mediów powiedział pan, że na pewno nigdy tam nie pójdzie.
Ale to nie tak, że miałem coś do Legii. Jako dziecko chodziłem na Widzew, na Ligę Mistrzów, potem przez pięć lat grałem w tym klubie i sporo mu zawdzięczałem. I co, miałbym pójść do Warszawy? No nie, nie wypadało…

Ten pański wyjazd za granicę też wziął się z konieczności.
To prawda. W Polsce nie mogłem grać w piłkę, a że nie chciałem jeszcze kończyć – musiałem brać, co było. Wbrew temu, co niektórzy myślą, to finansowo wcale nie miałem lepiej, niż w Zagłębiu. Ale wiesz, do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy w tej Grecji się znajdę. Wyjechaliśmy z żoną do Warszawy cztery godziny wcześniej, żeby nie pędzić na samolot, a na drodze takie korki… Dla mnie to był znak – że chyba lepiej jak zostanę. Ale zdążyłem minutę przed zamknięciem odprawy.

I po lądowaniu w Atenach zupełnie inny świat.
W Grecji gra się cały rok i to ma duże znaczenie. Jak ostatni mecz w roku graliśmy 21 grudnia, dzień później był trening, później cztery wolnego i 2 stycznia kolejny mecz. A spójrzmy, co jest u nas – ekstraklasa ma zimą dwa i pół miesiąca przerwy, a pierwsza liga cztery miesiące. Nie brzmi to poważnie. Fajnie, że każdy klub w ekstraklasie ma podgrzewaną murawę na głównym obiekcie, ale co to w praktyce zmienia? Przez większość czasu i tak nie można na niej trenować, może raz w tygodniu. Dlatego konieczne jest co najmniej jedno podgrzewane boisko treningowe. Jak przychodzi zima, to zamiast kopać piłkę ćwiczymy na sali.

Te cztery miesiące wakacji robią różnice.
Weźmy młodego piłkarza z pierwszoligowego klubu – jeśli rocznie zabieramy mu cztery miesiące gry, to w ciągu trzech lat zabieramy mu rok. I tak można w kółko liczyć, ile chłopak na tym wszystkim traci. My się potem dziwimy, że jak porównujemy 19-latka z Polski z 19-latkiem z Hiszpanii, to już jest przepaść. No, bo ten nasz zamiast się szkolić technicznie, wykonywał dziwne ćwiczenia na sali gimnastycznej.

Reklama

Zaplecze i warunki w Grecji na kolana też nie powalają.
Wiele klubów ma z tym problem, ale nie wygląda to tak źle. U nas w Skodzie funkcjonowało to na przyzwoitym poziomie, chociaż… Jak właściciel klubu przyjeżdżał, to malowali trawę sprayem, żeby ładniej wyglądało. Wszyscy wokół niego chodzili na baczność – facet budził respekt.

To pewnie wchodził co chwila do szatni.
Trener miał taką zasadę, że na każdy mecz brał dwudziestu zawodników, a taktykę i skład ogłaszał półtorej godziny wcześniej. Jak graliśmy z AEK, trener przygotowywał nas do meczu, to on stał za nim, w swoim słomianym kapeluszu, i palił cygaro. Przegraliśmy w anormalnych warunkach, bodaj 4:3. Właściciel natychmiast wparował do szatni, zaczął nas po grecku wyzywać, kopnął w ustawioną na środku skrzynię ze sprzętem i paterę z owocami. Nikogo nie trafił, ale był blisko.

Kluczyki Skody za najważniejsze zwycięstwa rozdawał?
A skąd… W greckiej piłce jest teraz wielka bieda, naprawdę. Zdarzało się, że na kilkudziesięciotysięczny obiekt przychodziło 600 kibiców. Wyglądało to śmiesznie i tragicznie zarazem – no, bo jak się w takich warunkach skoncentrować? Sznaucnerowi w pewnym momencie nie płacili przez osiem miesięcy, dziś słychać o problemach Panathinaikosu, a kasę ma jedynie Olympiakos. Zresztą, my ani w kontraktach, ani w klubowym regulaminie nie mieliśmy choćby słowem wspomniane o premiach. Miało być „wedle uznania prezesa”. W pewnym momencie mieliśmy serię dziesięciu meczów bez porażki, w większości zagrałem, akurat zbliżały się święta, a jak otworzyłem kopertę z premią – myślałem, że koledzy mi zabrali pieniądze. Tragedia, serio.

Liga grecka to w ogóle momentami zupełna egzotyka.
Trzy kolejki przed końcem gramy z Levadiakosem – miejsce w górach, a stadion prawie na samym szczycie. Cholernie wieje, na rozgrzewkę nie bierzemy nawet piłek. Sędzia mówi, że dziś wszyscy grają o tej samej porze, więc meczu na pewno nie przełoży. No, chyba, że istniałoby zagrożenie dla życia… Dobra, gramy – bramkarz ustawia piłkę na „piątce”, to przytrzymuje ją obrońca. Bo w przeciwnym wypadku ją zwieje. Nagle zaczynają po stadionie latać bandy, tak metr nad powierzchnią ziemi, żeby akurat uciąć komuś głowę. Jest zagrożenie dla życia, przerywamy mecz. Następnego dnia już nie wieje, jest za to niesamowita ulewa. Wody po kostki. Trener na odprawie mówi: jak najdalej od własnej bramki, po prostu wybijajcie piłkę do przodu. No, genialny to był mecz (śmiech).
Dzień wcześniej przedostatnia Kerkyra przyjeżdża na Olympiakos. Oni zdążyli zdobyć mistrzostwo kraju, po meczu szykują fetę, więc nie ma opcji, żeby to przegrali czy nawet zremisowali. Kilka minut przed końcem ostatni obrońca zaczyna się bawić, głupio traci piłkę i Kerkyra wygrywa 1:0. Po raz pierwszy w Pireusie.

Reklama

Greccy sędziowie nie od dziś znani są z różnych numerów.
Możemy narzekać na naszych arbitrów, ale przy Grekach to nic. Wielka czwórka ma być w wielkiej czwórce i sędziowie im nie zaszkodzą. Tam w ogóle pod koniec rozgrywek dzieją się rzeczy niespotykane. Jak w Polsce dwadzieścia lat temu w niektórych meczach miały miejsce różne cuda, tak wciąż jest teraz w Grecji… Jest u nas taki przepis, że za czwartą żółtą kartkę pauzuje się w następnym meczu. W sumie przepis jak przepis, bo w Grecji też pauzujesz, ale w jednym z trzech najbliższych spotkań – możesz sobie wybrać! Widzę na boisku gościa, który wedle znanych mi zasad nie powinien grać, to go podpytuję:
– Dlaczego nie pauzujesz?
– Bo pauzuję za tydzień…

Tam wszyscy kombinują jak tylko się da. W jednej z ostatnich kolejek rozgrywamy u siebie naprawdę ważny mecz, prowadzimy 1:0, a jak rywal groźnie atakuje, to chłopcy do podawania piłek rzucają jedną futbolówkę na boisku. Sędzia, wiadomo, przerywa grę – rzut sędziowski i my ją wybijamy na drugą stronę. I tak trzy razy!

Rozmawiał PIOTR TOMASIK

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama