Jak donosi sport.pl, szykuje się ligowa rewolucja – i to już od najbliższego sezonu. Liga po rozegraniu 30 meczów miałaby wejść w kolejną fazę, z podziałem na grupy, co dodatkowo zwiększy liczbę spotkań. Nie będziemy tego pomysłu krytykowali, ale też dalecy jesteśmy od zachwytów. Cały bowiem problem z reformami Ekstraklasy polega na tym, że ma je przeprowadzać Ekstraklasa. A Ekstraklasa to kluby, które dziś w tej lidze są, a jutro może ich nie być. Siłą rzeczy, każdy prezes klubu w pierwszej kolejności myśli o czubku własnego nosa.
Nie powinno być tak, że o reformie ligi decyduje uczestnik rozgrywek. On jest niejako w tym wszystkim stroną. Dla przykładu – Ekstraklasa sama siebie nie zmniejszy, nawet gdybyśmy założyli, że jest to konieczne. Ekstraklasa też bardzo niechętnie się powiększy, ponieważ ta sama pula pieniędzy musiałaby zostać podzielona na więcej podmiotów. Musi więc wymyślać jakieś cuda na kiju, w stylu: sezon klasyczny plus „dogrywka”.
A przecież polską piłkę można byłoby w znacznie większym stopniu sprofesjonalizować, przy jednoczesnym podniesieniu liczby meczów, poprzez zmniejszenie ekstraklasy do dwunastu zespołów, rozgrywających cztery rundy.
Wyobraźmy sobie, że w ekstraklasie (stan na dziś) zostają:
Legia
Lech
Polonia
Górnik
Śląsk
Lechia
Piast
Pogoń
Widzew
Jagiellonia
Zagłębie
Wisła
Teraz wyobraźmy sobie, że w pierwszej lidze grają:
Korona
Ruch
Podbeskidzie
Bełchatów
Cracovia
Zawisza
Arka
I tak dalej…
Oczywiście jest to podział bardzo umowny, bazujący na aktualnej tabeli i na niczym więcej. W praktyce przy dwunastu drużynach można byłoby sukcesywnie eliminować biedaków, którzy nie są w stanie spełniać wymagań licencyjnych. Jest spora szansa, że udałoby się zebrać dwanaście klubów, które są w stanie płacić za swoje rachunki. Tak jak pula pieniędzy jest ograniczona, tak ograniczona jest też pula zawodników. Na dwanaście drużyn może by się ich zebrało, na szesnaście – co widzimy teraz – jest z tym problem.
Przy opisanym powyżej wariancie zyskałaby na atrakcyjności ekstraklasa, ale też zyskałaby pierwsza liga, w której regularnie pojawiałyby się duże piłkarskie marki. Regularnie w tych rozgrywkach brałoby udział 8-10 rozpoznawalnych klubów. Wtedy pierwsza liga mogłaby myśleć o konkretniejszych pieniądzach od sponsorów.
Rzecz jasna, każdy może wytykać minusy takiego „projektu” i wskazywać lepsze rozwiązania, z powiększaniem ligi włącznie – jak kto lubi. Wszystko jedno. Sęk w tym, że żadna idea – nawet jeśli ktoś wymyśli coś absolutnie genialnego – nie przejdzie, jeśli naruszy przyklepany przez kluby ład. I dlatego właśnie zdolność Ekstraklasy do reform jest mocno ograniczona.
Reformować powinien ktoś „z góry”, kto nie ma bezpośredniego interesu w lidze, tzn. nie jest jej uczestnikiem i rozumie, że trzeba czasami coś poświęcić. Ekstraklasa nie powinna też traktować się jako podmiot całkowicie niezależny. Jest dużą niesprawiedliwością, że o tak poważnej reformie rozmawia się bez udziału klubów pierwszej ligi – te dzisiaj w ekstraklasie nie grają, ale za moment mogą grać. Nie można traktować ekstraklasy i pierwszej ligi jako dwóch niezależnych „zbiorów”. To jeden organizm.