Każdy z nas lubi piłkarzy nieobliczalnych, którzy nawet sami dla siebie są wielką niewiadomą. Euro wykreowało w trakcie swojej bogatej historii wielu takich osobistości. W 1996 roku odkryciem został Christo Stoiczkow. Cztery lata później Rui Costa. W 2008 Andriej Arszawin. W 2004 odkryciem nie był jeden piłkarz, lecz cała reprezentacja Grecji, która nie miała w swoim składzie kreatywnych graczy. Nasi rywale odgrażają się, że mecz z Polską będzie jedynie preludium przed ich kolejnym sukcesem. Patrząc przez pryzmat pieniędzy, Grecja nie ma najmniejszych szans w rywalizacji z Biało-Czerwonymi. Wartość ich podstawowej jedenastki wynosi (pi razy drzwi) 20 milionów euro. To mało, bo reprezentacja Smudy jest wyceniana na mniej więcej 60 baniek. Jednak należy pamiętać, że Grecja to najbardziej nieobliczalna drużyna turnieju. Bez większego echa odbije się po Europie informacja, jeśli podopieczni Fernando Santosa zawiodą i przegrają wszystkie trzy z pierwszych spotkań. Ale jest też drugi możliwy scenariusz – Grecja wygrywa nawet i trzy mecze, wychodząc z grupy z pierwszego miejsca. Ich awans do ćwierćfinału też nikogo zbytnio nie zaskoczy. Patrząc na kadrę Hellady nasuwa się tylko jedna myśl – stać ich na wszystko. Kiedyś objawieniem został Theodoros Zagorakis, dzisiaj w jego ślady ma prawo pójść tylko jeden człowiek. Poznajcie Theofanisa Gekasa.
Każdy kto regularnie śledził w ostatnich latach rozgrywki Bundesligi potwierdzi, że przypominający Tarzana Grek jest uosobieniem chodzącej, tykającej bomby. Jest nieobliczalny jak Buszmen z karabinem w ręce. Gość lubi działać z zaskoczenia. Gdy wszyscy skreślają go na starcie, ten ładuje bramki jak szalony. Ale jeśli powiesi mu się poprzeczkę zbyt wysoko, to z reguły zawodzi. To typ bombardiera, którego stać go na strzelenie czterech goli w meczu, ale są też dni, gdy nie potrafi celnie uderzyć w światło pustej bramki. Swoich pracodawców, w trakcie czternastoletniej kariery zmieniał już dziewięciokrotnie. Czasem wchodził na szczyt, ale tylko po to, żeby za moment z niego spaść. Gdy lądował już na dnie, odbijał się z niego ze zdwojoną siłą, żeby wrócić do punktu wyjścia – i tak w kółko. Jego tryb życia jest równie hardkorową jazdą, co codzienna przejażdżka rozpędzonym rollercoasterem po parku rozrywki. Nie ma drugiego greckiego piłkarza, który tak często zmieniałby adres zamieszkania co on. Gekas jest pierwszym Grekiem w historii, który trafił do znienawidzonej przez jego rodaków Turcji.
Ł»eby zrozumieć konflikt między zwaśnionymi stronami należy cofnąć się w hen wysoko daleko. Wszystko zaczęło się w 1897 roku na Krecie, która podobnie jak dzisiaj, borykała się z gospodarczą katastrofą. Wyspa nie była w stanie utrzymać się z własnych środków, więc jej mieszkańcy zostali zmuszeni do dokonania podziału ówczesnych dóbr doczesnych – posągi mitycznych bogów, pola, chatki, i takie tam. Pieniądze, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, podzieliły kreteńską społeczność. Grecy, którzy stanowili większą część, mieszkańców (około 200 tysięcy) wyspy byli oburzeni, że władzę sprawuje mniejszość muzłumańska (90 tysięcy). Zaczęło dochodzić do pierwszych niepozornych ulicznych starć, które z czasem przerodziły się w krwawą jadkę. Dla Greków i Turków data 14.02.1897 jest oficjalnym preludium wojny, która w ich głowach toczy się zresztą do dziś. To właśnie tego dnia odbyła się pierwsza rzeźnia, w której śmierć poniosło 36-ciu Turków i 18-stu Greków. Skonfliktowanych mieszkańców próbowała pogodzić cała Europa, ale do dziś nie znalazł się taki, który przekonałby obie strony, iż dalsza nienawiść jest pozbawiona głębszego sensu. Tak naprawdę nigdy nie zawieszono broni i działań wojennych. Każdy Grek – nawet Gekas – musi odbyć w młodzieńczym wieku służbę wojskową, żeby w razie czego być gotowym na atak ze strony przyjaciela nieprzyjaciela.
Gekas chyba nigdy nie był szczególnym fanem militari, inaczej pod żadnym pozorem nie przeniósłby się do obozu wroga. Ale można popatrzyć na to także z innej, bardziej perspektywicznej strony. Za kilka lat „niepozorny piłkarzyk” będzie uchodził za symbol sportowca, który kiedyś dołożył swoją cegiełkę do pojednania zwaśnionych narodów. Zrobił już wystarczająco dużo żeby zapisać się na kartach politycznej historii. Jego transfer wywołał z początku wiele kontrowersji, ale wystarczyło zaledwie kilka meczów, kilka bramek, żeby wkupić się w łaski, jak dotąd wrogo nastawionych, tureckich kibiców. Gekas przyszedł do Samsunsporu w krytycznym momencie, gdy drużyna znajdowała się w strefie spadkowej. Dwoił się i troił żeby udowodnić swoją wartość, ale nawet jego gole – a strzelił ich w ciągu rundy 8- nie pomogły drużynie w odrobieniu strat do bezpiecznego miejsca. To fenomen, bo po ustrzeleniu trzech hat-tricka w meczu ze znienawidzonym przez Samsunspor Fenerbahce, Gekas nie dość, że został wybrany do jedenastki kolejki w Europie, to w dodatku zaczął cieszyć się respektem ze strony muzłumańskiej publiczności. Gdyby jeszcze rok temu ktoś obstawił, że osiągnie to będąc gwiazdą tureckiej ligi, to najprawdopodobniej – tak na wszelki wypadek – zostałby zapięty w kaftan bezpieczeństwa.
Nie ma wątpliwości, że mający bez wątpienia ciekawą historię piłkarz może ubiegać się o inne wyróżnienia, na przykład o tytuł „najodważniejszego piłkarza w na Starym Kontynencie”. Byłby jednym z głównych kandydatów do zgarnięcia nagrody – oczywiście jeśliby taka istniała. Ł»aden z obecnych kadrowiczów Hellady pod żadnym pozorem nie zdecydowałby się na kontynuowanie kariery w muzłumańskiej Turcji. Polityczne i militarne pranie mózgu cały czas odbija się na psychice Greków, którzy względem wroga czują niezmierzoną nienawiść. Z pozoru mogłoby się wydawać, że Gekas jest homo, albo pacyfistą, bo znacznie różni się od swoich ziomków. Ale to tylko pozory, bo kontrowersyjny piłkarz jest wręcz uzależniony od adrenaliny i walki. On sam, mimo zadawalającego przebiegu aklimatyzacji na wrogim terenie, wciąż uważa że turecki kebab jest nieudolną kopią greckiego gyrosa – nic dziwnego, Grecy uważają, że są prekursorami w każdej dziedzinie życia, od krawiectwa aż po budowę statków kosmicznych.
31-letni napastnik urodził się w 1980 roku w Larissie. W mieście, w którym nigdy na oczy nie widziano choćby jednego Turka. Młody Gekas już od najmłodszych lat przejawiał smykałkę do wielu dyscyplin sportowych. Piłka nożna była w jego przypadku jedynie jedną z wielu form spędzenia wolnego czasu. Gdy miał zaledwie kilkanaście lat, zamiast trykotu i korków, wolał ubierać się w slipy Super Mana, albo komiczną maskę Batmana z rogami. Bynajmniej nie chodziło tutaj o szkolny karnawał. Gekas, dzisiaj poważny piłkarz, kiedyś na poważnie trenowałâ€¦ wrestling. To wytłumaczalne, bo facet miał wszelkie zadatki żeby zostać aktorem-barbarzyńcą w reżyserowanych walkach. Efekty treningów widać zresztą do dziś – Gekas upada na murawę równie efektownie co znokautowany Marcin Najman.
Z kariery przebierańca zrezygnował dopiero wtedy, gdy pojawiła się propozycja podpisania profesjonalnego kontraktu z miejscowym AE Larissa. Gekas bez zastanowienia zrzucił z siebie strój kreskówkowego bohatera i zajął się poważnym sportem za jaki uchodzi w Grecji futbol. Wrestling nie był w stanie zapewnić mu pełnej stabilizacji finansowej, dlatego za namową rodziny, zerwał znad łóżka plakat z Hulkiem Hoganem.
Być może nigdy nie zacząłby kopać piłki profesjonalnie, gdyby nie nasz wybitny trener Kazimierz Górski, bez którego Jacek Gmoch nigdy nie dostałby szansy zaistnienia w greckim futbolu. W 1988 roku AE Larissa sięgnęła po swoje jak dotąd jedyne mistrzostwo kraju, które jest wspominane w tym mieście do dziś. Gekas miał na swoim koncie zaledwie 8 wiosen, ale już wtedy, w roli zaciekawionego obserwatora zaczął wyciągać pierwsze wnioski z oglądanych przez siebie meczów. Zaprocentowały one już 10 lat później. Gdy Francuzi świętowali w Paryżu zdobycie MŚ, on szykował swój plan podbicia świata. Na początku wiodło mu się średnio i nic nie wskazywało na to żeby kiedykolwiek stał się gwiazdą drużyny narodowej. Nie oszukujmy się, ale trzecia liga, w której występował, przypomina bardziej rozgrywki amatorów, niż poważną firmę. Udało mu się z nie wyrwać dopiero trzy lata później, ale do szczytu wciąż miał daleko, bo gra w drugoligowej Kalithei przypomina bardziej skromny pagórek jakich jest pełno w wakacyjnym kurorcie Halhidiki, niż słynną górę Olimp. Mimo wielu przeciwności losu, Gekas wraz ze swoim nowym klubem awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej. Ku zaskoczeniu mediów, nikomu szerzej nieznany piłkarz, zaczął strzelać bramki jaka na zawołanie, dzięki czemu zepchnął na dalszy plan całą konkurencje.W barwach przeciętnej Kalithei, w wieku 25-lat sięgnął po koronę króla strzelców. Nic dziwnego, że zgłosił się po niego wielki Panathinaikos. Wtedy wydawało się, złapał boga za nogi. Tylko nielicznym – w jakby nie patrzeć już zaawansowanym wieku – udaje się wyrwać z prowincji i trafić do lepszego świata. Po wielu latach ciężkiej pracy Gekas zapewnił sobie wreszcie stabilizacje finansową, ale to nie zaspokoiło jego zawodowych ambicji. Kupił plazmę, nowe auto, kilka polówek Armaniego – hajs, lans i wygoda. Niejednemu człowiekowi będącemu na jego miejscu poprzewracałoby się w głowie, ale nie Gekasowi, który nie zdążył się jeszcze nawet nacieszyć nowym mieszkaniem, a już musiał się z niego wyprowadzać. Sam pewnie najchętniej zamieszkałby w nim wtedy na lata, ale dzisiaj nie ma czego żałować, los dał mu później drugą szansę.
Działacze „Koniczynek”, mimo jego wzorowej postawy, postanowili wyrzucić go jak śmiecia, żeby sprowadzić do klubu nowy lepszy model za jaki uchodził wówczas gwiazdor PAOK-u Saloniki Dimitris Salpingidis – ciekawostka, dziś obaj stanowią o sile ataku Hellady. Odejście niespełnionego wrestlera odbyło się w formie skandalu. Gekas, w ramach wymiany, miał wówczas podążyć w przeciwnym kierunku, co jego następca, czyli do Salonik. Ale obrażony na klub, odrzucił satysfakcjonującą dla pracodawcy ofertę, co bardzo skomplikowało sprowadzenie upragnionego Salpingidisa. Panathinaikos nie miał wystarczających funduszy aby dokonać transakcji bez pozbycia się niechcianego przez siebie piłkarza. Ostatecznie obie strony dopięły swego. Gekas wylądował w niemieckim Bochum, a Salpingidis zajął jego miejsce w Panathinaikosie. W meczu z Polską prawdopodobnie obaj będą zmuszeni do pracy na rzecz dobra całego zespołu, ale poza boiskiem nie mają powodów żeby darzyć się szczególną sympatią. Na ryby razem nie jeżdżą – chociaż obaj są „rybomaniakami”. Każdy z nich działa przede wszystkim na korzyść własnego interesu. Możliwe, że to właśnie egoizm okaże się gwoździem do trumny greckiej kadry podczas turnieju.
Do dziś decyzja o pozbyciu się Gekasa, jest dla ateńskich kibiców najgorszym marketingowym ruchem w historii klubu. Od tamtego czasu minęło co prawda pięć lat, ale działacze wciąż plują sobie w brodę, że z własnej głupoty, tudzież woli, pozbyli się tak dobrego piłkarza na korzyść Salpingidisa, który w Atenach nie zdołał podołać wyzwaniu. Gdy Salpingidis uczył się żyć bez goli w Panathinaikosie, Gekas performował ze swoim nowym Harrym Potterem, trenerem Marcelem Kollerem. To właśnie pod jego okiem, przebywający na wygnaniu Grek wszedł na najwyższy możliwy level.
Osiągnął to, czego nie udało się nawet Robertowi Lewandowskimu w minionym, fantastycznym dla niego sezonie, w którym ustrzelił aż 22 goli. Gekas w swoim debiucie na obcej ziemi strzelił co prawda mniej, bo 20 bramek, ale to wystarczyło żeby ostatecznie sięgnąć po koronę króla strzelców Bundesligi. Jest jak dotąd jedynym piłkarzem w historii niemieckiej piłki, który dokonał tej sztuki przebywając w Niemczech jedynie na wypożyczeniu. Właścicielem jego zawodniczej karty wciąż był Panathinaikos, który zmienił swoje stanowisko i zapragnął sprowadzić go z powrotem na „Spyros Louis”.
Nic dziwnego, że Grecy chcieli ponownie wkupić się w łaskę zawodnika i z miejsca dać mu możliwość gry w pierwszym składzie. Sęk w tym, że dla rozwijającego się w ekspresowym tempie Gekasa, powrót do Aten oznaczał krok wstecz, a nie awans. Naturalnie, że postanowił poszukać szczęścia za granicą – a ofert nie brakowało. Ostatecznie wybrał Niemcy, a jego nowym domem stało się Leverkusen. Do dziś Bayer uchodzi za solidniejszą markę od greckiego Panathinaikosu. Nic dziwnego, że włodarze „Koniczynek” schowali dumę do kieszeni. Na odejściu wygnańca zarobili całkiem niezłą sumkę, 2.8 milionów Euro.
Już w pierwszym spotkaniu w barwach nowego pracodawcy Gekasowi udało się zdobyć siedem goli w jednym spotkaniu. Oczywiście, był to sparing z amatorską drużyną, który „Aptekarze” wygrali ostatecznie 15:1, ale już sama liczba „7” rozbudziła apetyty głodnych sukcesu kibiców. Ci, którzy myśleli, że Grek znalazł w końcu oazę spokoju, po raz kolejny okazali się być w błędzie. Szybko okazało się, że Grek nie potrafi znaleźć wspólnego języka z ówczesnym szkoleniowcem Bayeru, Michael Skibbe. Efekt był taki, że dobrze zapowiadający się napastnik wylądował na ławce rezerwowych.
Po 18-stu miesiącach pobytu w Leverkusen przeniósł się ponownie, tym razem został wypożyczony do ratującego się przed spadkiem Portsmouth. W Bayerze grał coraz rzadziej, a jego forma przypominała równie pochyłą. Z logicznego punktu widzenia, mogłoby się wydawać, że transfer do Premier League jest dla takiego zawodnika nie tylko życiową szasną, ale także skutecznym lekarstwem na strzelecką impotencje. W przekoloryzowaniu rzeczywistości pomagali mu greccy dziennikarze, którzy zapewniali że ich rodak podjął najlepszą z możliwych decyzji. Swoją opinie argumentowali tym, że do Portsmouth dołączyli jego dwaj koledzy z drużyny narodowej: Kostas Chalkias i Angelos Basinas. Niestety, „Pompey” pożegnali się z ligą kończąc rozgrywki na ostatnim miejscu, a sam Gekas całą rundę przesiedział na ławce i trybunach. Jedynym osiągnięciem, które zostało odnotowane w jego piłkarskim CV był debiut w najbardziej renomowanej lidze świata, kiedy to 93 minucie zmienił konającego ze zmęczenia Jermaine’a Pennanta. Jednak słowo „debiut” jest w tym przypadku sporym zakłamaniem rzeczywistości, bo w czasie spędzonym na boisku nie zdążył nawet kopnąć piłki. Greckie trio nie zdążyło jeszcze nawet rozpakować walizek, a już musiało szukać szczęścia gdzieś indziej.
Gekas wrócił do Leverkusen na tarczy. Patrząc na jego grę na obczyźnie, a raczej jej brak, działacze „Aptekarzy” mieli pełne uzasadnienie, żeby postawić na nim definitywnie krzyżyk. Sam piłkarz, ze względu na obowiązujący kontrakt, nie miał zamiaru żegnać się ze swoim bogatym pracodawcą. Próbował jeszcze odbudować swoją pozycję na „Bayer Arena”, ale bezskutecznie. Obie strony poszły na kompromis. Trener Bayeru miał spokój, bo nie musiał się użerać się z niechcianym pracownikiem, a Gekas dostał możliwość regularnej gry w Herthcie Berlin na zasadzie wypożyczenia – po raz trzeci w karierze. Ten ruch sprawił, że zajął pierwsze miejsce, ale w niechlubnej historii greckiej piłki. Gekas po raz trzeci w karierze poczuł smak spadku. Na otarcie łez, podobnie jak w Samsunsporze, udało mu się zanotować hat-tricka w meczu z Wolfsburgiem.
Ł»aden klub w Bundeslidze nie widział już dla niego miejsca w swoich szeregach. Wszyscy byli przekonani, że na greckim piłkarzu ciąży klątwa, która objawia się degradacją zespołów, w których regularnie występuje. Jednak Gekas nie zamierzał dać łatwo za wygraną. Zacisnął zęby, pogodził się ze swoją ułomnością, i ostatecznie zdecydował się na grę w drugoligowym Eintrachcie Frankfurt. Dumny piłkarz prawdopodobnie nigdy nie zgodziłby się na grę na zapleczu niemieckiej piłki, gdyby nie fakt, że działacze Eintrachtu pomogli w przeszłości wielu młodym greckim piłkarzom.
O dziwo, jego problemy związane z tułaczką po kolejnych klubach nigdy nie przełożyły się na jego reprezentacyjną karierę, co jest trochę niepokojące w kontekście meczu Polska-Grecja. Zadebiutował w niej w 2005 roku nie grając nigdy wcześniej w juniorskich kategoriach wiekowych, ale od tamtego czasu nie ma większego problemu z wywalczeniem miejsca w pierwszej jedenastce. W eliminacjach do Mundialu w 2010 roku, z 10-cioma bramki został najskuteczniejszym snajperem kwalifikacji. Euro 2012 będzie jego trzecią i prawdopodobnie ostatnią wielką imprezą w karierze. 31-letni napastnik po turnieju prawdopodobnie zrezygnuje z występów w kadrze, żeby w pełni skupić się na poszukiwaniu kolejnego pracodawcy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za kilka lat przejdzie do historii jako piłkarz, który najczęściej w trakcie swojej kariery zmieniał barwy klubowe.
RADOSŁAW BUDNIK