Po transferze Macieja Rybusa do Tereka Grozny pojawiły się głosy: „Zwariował? Czeczenia? Całkiem tam przepadnie”. Może i tak, ale z drugiej strony piłkarz też człowiek i chce się, jak najszybciej ustawić. A chyba nigdzie nie jest o to tak łatwo, jak właśnie w lidze rosyjskiej. Coś na ten temat ma do powiedzenia Cleber. Były zawodnik Wisły i Tereka.
Przed naszą rozmową żartowałeś, że może lepiej by było, gdybyś się nie wypowiadał na temat Tereka, bo jeszcze wystraszysz Komorowskiego i Rybusa. To jak, powinni się bać?
Nie, to tylko żart. Historia Groznego może nie zachęca do przyjazdu. Poznają ją dopiero po jakimś czasie i to z różnych perspektyw, bo od Rosjan i od Czeczenów. Widać tam niechęć między jednymi a drugimi, ale przecież nikt nie lubi być atakowany. Polskę zaatakowali Niemcy i do teraz za nimi nie przepadacie. Dziś Czeczenia się rozwija, w samym klubie też czuć ogromne wsparcie ze strony prezydenta Kadyrowa. Rybus i Komorowski dokonali dobrego wyboru. Poszerzą swoje horyzonty, poznają nową kulturę i inny futbol. Sporo meczów w Rosji gra się na takim poziomie jak w europejskich pucharach. Szczególnie, kiedy mierzysz się z przeciwnikami z silniejszej części ligi. Mam tu na myśli CSKA, Zenit, Dynamo, Lokomotiw i Spartaka.
Wspomniałeś o Ramzanie Kadyrowie. To prezydent Czeczenii, prezes Tereka i człowiek, o którym mówiło się, że torturował i zabijał swoich politycznych przeciwników.
Czytałem te wszystkie historie, ale ja nigdy nie miałem z nim żadnych problemów. Inni zawodnicy Tereka chyba też nie narzekali. Pieniądze wpływały w terminie, organizacja świetna, na mecze podróżowaliśmy prywatnym samolotem Kadyrowa, wynajmował nam najlepsze hotele. Pełne wsparcie i pełna ochrona. Jedyna wada mojego wyjazdu do Rosji to tęsknota za rodziną. Podpisałem dwuletni kontrakt i nie chciałem znowu odwracać ich życia o 180 stopni. Ale kiedy tylko prosiłem klub o bilety dla żony i synów, nie było żadnego problemu. Przyjeżdżali do mnie, do Kisłowodska i wszystko mieli opłacone. Jak ja leciałem do Krakowa, to też klub płacił za przeloty.
Opowiedz jeszcze o tych legendarnych premiach Kadyrowa.
Po tym, jak w debiucie strzeliłem zwycięskiego gola ze Spartakiem Nalczyk, dostałem… kluczyki do samochodu.
Jakiego?
Land Rovera. Ale kolega z Kamerunu, Essame doradził mi, żebym od razu wymienił tę nagrodę na pieniądze. I tak za jeden mecz zarobiłem 125 tysięcy dolarów.
Rybus zalicza dwie asysty. Na co może liczyć?
Zależy od nastroju Kadyrowa. Zanim podpisałem umowę z Terekiem, usłyszałem od kogoś dobrą radę: „nie zaznaczaj w kontrakcie wysokości premii, bo Kadyrow nigdy nie płaci tyle, ile ustaliliście. Płaci więcej. Dlatego lepiej nie mieć tego na papierze”. Nie wierzyłem, ale na własnej skórze przekonałem się, że to prawda. Niby podstawowa premia za remis lub wygraną to 5 tysięcy dolarów, ale każdy z nas dostawał przynajmniej sześć-siedem tysięcy, czasem nawet dwadzieścia. Ł»ycie pełne niespodzianek. Kiedy grałem w Tereku, zremisowaliśmy z CSKA, dwukrotnie pokonaliśmy Dynamo Moskwa, raz Zenit i w ciągu dziesięciu miesięcy zarobiłem prawie trzysta tysięcy dolarów na samych premiach, wliczając w to oczywiście kwotę za samochód. A przecież nie byłem w tej drużynie gwiazdą na specjalnych warunkach.
Z warunków życia byłeś zadowolony? Do samego Groznego zbyt często się nie wybierałeś.
Wolałem nie ryzykować. Mieszkałem w Kisłowodsku, a po Groznym spacerowałem tylko z Czeczenem Timurem Dżabraiłowem, którego tam wszyscy znali. Sam bym się bał, bo nigdy nie wiadomo, jak mogliby zareagować opozycjoniści Kadyrowa. Nie chciałem szukać kłopotów. Na meczach mieliśmy pełną ochronę. Policjanci mieli kałasznikowy, granaty, widać, że byli przygotowani na jak na wojnę. A ja… robiłem sobie z nimi zdjęcia na pamiątkę.
Gdybyś miał dziś 22 lata, jak Rybus, to przeniósłbyś się do Tereka?
Na każdy przypadek trzeba spojrzeć indywidualnie. Ja, wyjeżdżając do Rosji, miałem 35 lat i byłem doświadczonym zawodnikiem. Zależało mi na pieniądzach, bo dostałem trzy razy więcej niż w Polsce, a i Wisła na mnie zarobiła. Czy wyjechałbym, mając 22 lata? Nie wiem, pewnie nie. Grałem w tym wieku w Brazylii i po jakimś czasie przeniosłem się do Portugalii. Czułem, że to była dla mnie dobra liga. Dla Rybusa Rosja może być przetarciem. Ten chłopak ma potencjał, żeby kiedyś trafić do Niemiec albo do Hiszpanii. Z Terekiem żadnych tytułów nie zdobędzie, ale da się poznać skautom większych klubów. Komorowskiemu też się nie dziwię, że zdecydował się na wyjazd, bo to już doświadczony piłkarz, przed trzydziestką i nie ma co ukrywać, że poszedł tam dla kasy. Będzie miał też chyba trochę lepszą sytuację niż ja, bo za moich czasów w Tereku był beznadziejny trener. Facet po prostu nie znał się na piłce, a to przekładało się na jakość treningów i brak profesjonalizmu wśród zawodników. Dziś, z tego, co wiem, stawiają już na porządnych szkoleniowców.
Powiedziałeś kiedyś, że życzyłbyś Małeckiemu transferu do Tereka. To chyba dobry moment.
Lubię „Małego”, to fajny kolega, bardzo dobry piłkarz, ale wszyscy znamy jego charakter. To buntownik, a tam buntowników traktuje się surowo. Po miesiącu treningów siedziałby w szatni cichutko. Od dawna zresztą doradzałem mu transfer. Powinien wyjechać i spróbować czegoś nowego. Ma dobrego menedżera, z wieloma kontaktami w Turcji, więc mógłby tam pograć. Liczę, że po ostatnich wybrykach „Mały” się podniesie. Szkoda mi go, ale jest jeszcze czas, żeby to wszystko naprawić.
Powiedz na koniec, co z twoim synem, Lucasem. Ostatnio gazety pisały, że interesuje się nim PSV.
Lucas najchętniej zostałby w Wiśle, cały czas powtarza, że w wieku 19 lat będzie strzelał bramki w pierwszej drużynie, ale jeszcze nie wiem, jak będzie wyglądała jego przyszłość. Muszę się zastanowić. Jest zainteresowanie kilku klubów zagranicznych, ale najpierw chciałbym porozmawiać z Wisłą. Mam nadzieję, że klub pomoże mi w załatwieniu paszportu dla Lucasa, bo to już praktycznie Polak i chciałby grać w juniorskiej reprezentacji Polski. Jeśli nie otrzymam takiej pomocy, to prawdopodobnie zmieni klub.
Rozmawiał TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA