Michał Ł»ewłakow zapytany kiedyś o długość przerwy w ligowych rozgrywkach w Polsce stwierdził, że dla niego to egzotyka, bo za granicą zwykle miał najwyżej tydzień wolnego. Tej zimy Ekstraklasa nie grała przez 69 dni. Wszyscy, jak zwykle, znów narzekali, że to za długo i że tracimy czas, a tymczasem świat nam odjeżdża. Mało kto jednak zwrócił uwagę, co dzieje się na zapleczu. Na to, że tam przerwa trwa CZTERY BITE MIESIÄ„CE. Dokładnie 118 dni, od połowy listopada do połowy marca. Ł»e pierwszoligowcy przygotowują się do rozgrywek dłużej niż grają i gonią pod tym względem Skandynawów, mając od nich zgoła inne warunki klimatyczne…
Co można zrobić w ciągu czterech miesięcy? No, na przykład – osiem razy pojechać na dwutygodniowe wakacje. Albo prawie wyleczyć zerwane więzadła w kolanie. Krótko mówiąc, to cały szmat czasu. Narzekamy, że nasze najlepsze kluby grają zbyt mało i rzadko, to co powiedzieć o pierwszej lidze, która z zimowego snu obudzi się, gdy Ekstraklasa będzie już po czterech wiosennych kolejkach.
Warto zadać sobie trzy kluczowe pytania:
– Jakim sposobem mamy mieć silne rozgrywki, jeśli nie gramy przez pięć miesięcy w roku?
– Jak w tych warunki kluby mają funkcjonować i próbować na siebie zarabiać?
– A także, kto mógłby tę sytuację zmienić i czy komuś w ogóle na tym zależy?
Pierwszy krytyczny głos wyraża Piotr Reiss. – Niestety, gdy w całej Europie toczą się rozgrywki ligowe, my ciągle tylko trenujemy. Prosta matematyka: w ciągu czterech lat życia tracimy rok samej gry … To zarazem śmieszne i straszne. Nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, bo na przykład grudzień nie po raz pierwszy pokazał, że dałoby się grać nawet do samych świąt. No i problem mają też przecież trenerzy, którzy muszą czymś zająć piłkarzy, przełamać tę zimową monotonię i popracować tak, żeby zespół wiosną jakoś w lidze wyglądał.
Nie chcemy podawać skrajnych, oczywistych przykładów i pisać, że Anglicy grają prawie bez przerwy. Albo, że u Włochów, w nieco innym klimacie, zimowa pauza trwa 18 dni, a niektóre kluby rozpoczynają zagraniczne obozy jeszcze w święta Bożego Narodzenia. Możemy znaleźć dziesiątki lepszych przykładów…
Druga liga belgijska nie gra zimą przez 17 dni.
U Francuzów przerwa trwa 24 dni
W Holandii o jedną dobę więcej
W Niemczech odpoczywa się 46 dni
W Szwajcarii – 69, Austrii – 94
Nawet porównując z ostatnim, skrajnym przykładem, tracimy do Austriaków trzy i pół tygodnia regularnego kopania. Zdaniem Reissa, przerwa powinna trwać MAKSYMALNIE sześć do ośmiu tygodni. Podobny, jasny układ proponuje trener Pogoni – Marcin Sasal: dwa tygodnie na odpoczynek, później cztery na przygotowanie i jazda! 42 dni wolnego zamiast 118.
Drugie postawione pytanie brzmi: jak kluby mają na siebie zarobić? Jak funkcjonować, jeśli utrzymują ludzi, z których pracy przez pięć miesięcy w roku nic nie wynika? No, bo przecież nie grają, kibice dowiadują się o nich tylko z gazet i internetu. Nie mówiąc już o tym, że reklamodawcy na koszulkach czy bandach obecni są przez siedem miesięcy w roku.
Temat, za naszą namową, podejmuje Łukasz Mazur, były prezes Górnika, dziś członek zarządu Ruchu Radzionków. – Zarobić? Niestety, zarobić się nie da. Osobiście, uważam pierwszą ligę za dość dziwny twór. Kwoty z tytułu praw telewizyjnych są bardzo niskie – i słusznie, bo płaci się za produkt, a pierwsza liga to na razie… antyprodukt – kwoty transferowe, poza złotymi strzałami, również są „groszowe”, a koszty utrzymania wysokie. Do tego płacimy, co jest absolutnym skandalem, ekwiwalenty sędziowskie – podkreśla. Krótko mówiąc – pierwsza liga od Ekstraklasy jest niewiele tańsza, a nie ma głównego przychodu w postaci pieniędzy z Canal+. Do tego jeśli spojrzeć na frekwencję i wpływy z dnia meczowego, dojdziemy do wniosku, że do tej zabawy tak naprawdę cały czas trzeba dokładać.
Wreszcie więc trzecie pytanie – kto i jak mógłby próbować temu zaradzić? Choćby w kwestii tak elementarnej, jak właśnie terminarz rozgrywek.
Najprościej byłoby odpowiedzieć – NIKT, skoro nawet dyrektor wykonawczy Piłkarskiej Ligi Polskiej, współorganizatora rozgrywek (obok PZPN-u) i zrzeszenia klubów pierwszej ligi nie widzi w tym nic niestosownego. – Ustaliliśmy terminarz przyjmując szerszy horyzont, sprawdzając także długoterminowe prognozy pogody i ja osobiście, jak dotąd, nie spotkałem się z żadnym sygnałem, że ma to negatywny wpływ na mikro czy makrocykl treningowy – upiera się Jerzy Staroń.
PLP gratulujemy więc dobrego humoru, a już jutro w osobnym wpisie poświęcimy tej zagadkowej organizacji trochę więcej miejsca…
PAWEŁ MUZYKA